Najwyższy czas na lustrację mediów
Rozmowa z prof. dr. hab. Januszem Rulką
Zarysowany przez Pana Profesora obraz dzienników w Polsce jest
przygnębiający. Czy opis tego konkretnego wydarzenia, jakim był
sposób relacjonowania informacji o stu dniach rządu, to wyjątek
czy reguła w świecie mediów?
– Nie badałem innych zjawisk tak dokładnie jak tego zagadnienia,
więc mogę tylko powiedzieć o swoich odczuciach oraz o wynikach badań,
które przeprowadzały ośrodki badania opinii publicznej. Potwierdza
się ogólnie, że wśród dziennikarzy przeważa stanowisko popierające
ugrupowania lewicowe albo liberalne, czasem tzw. mniejszości różnego
typu. To zresztą często się pokrywa. Stąd stosunek mediów do obecnego
rządu i do PiS przez cały okres był na ogół niechętny lub nieprzychylny.
Szczególnie było to widoczne w "Gazecie Wyborczej" i w "Trybunie",
o wiele mniej w "Rzeczpospolitej" i "Wprost".
Czy wobec tego media w Polsce są wolne?
– Trudno mówić o pełnej wolności mediów. Jeśli nawet przyjąć bardzo
szerokie spektrum pojęcia wolności, to wiele tytułów prasowych
niełatwo w nim zmieścić. Wynika to przede wszystkim z systemu własności,
jaki panuje w mediach. Większość ich właścicieli jest wprost lub
pośrednio związana z kapitałem zagranicznym. W efekcie redaktorzy
naczelni pilnują, by zespoły redakcyjne wypełniały ogólną linię
polityczną wydawcy albo przynajmniej nie pisały przeciw niej.
Szczególnie widoczna jest tu rola kapitału niemieckiego, którego
przewaga jest dominująca i niebezpieczna z punktu widzenia naszych
narodowych interesów. Ponieważ zaraz w stosunku do tego, co powiedziałem,
pojawi się zarzut nacjonalizmu lub ksenofobii, przypominam,
że kilka miesięcy temu Niemcy uniemożliwili przejęcie jednej
z gazet berlińskich przez kapitał angielski. Zrobiono z tego wielką
aferę, że wyprzedaje się niemieckie tytuły innym. Tymczasem w
Polsce zdecydowanie przeważa kapitał zagraniczny. Dla mnie jako
historyka szczególnie przykre było przejęcie przez obcych gazety
"Słowo Polskie", która miała tradycje sięgające jeszcze czasów
lwowskich, a potem pionierskich we Wrocławiu, czy "Gazety Olsztyńskiej",
tak zasłużonej dla polskości w okresie międzywojennym. Obecnie
oba te tytuły są w rękach niemieckich.
Co należałoby zmienić w mediach, żeby można było powiedzieć, że
są one wiarygodne i uczciwe?
– Problem leży w tym, że dziennikarze doszli do wniosku, iż są omnipotentni,
wszechwiedzący i mądrzy. Rzeczywiście, przyczynili się do ujawnienia
wielu afer, chwała im za to. Ale równocześnie nabrali przekonania,
że mogą być nauczycielami całego społeczeństwa, które jest od nich
głupsze i wymaga ciągłej edukacji. Fatalną manierą stało się prezentowanie
na pierwszym miejscu poglądów, podawanie ich przed informacjami,
natomiast informacje są niepełne lub preparowane. Odejście od roli
informacyjnej na rzecz pseudonauczycielskiej, pouczania, uważam
za największy zarzut wobec obecnego dziennikarstwa – nie tylko polskiego,
lecz także międzynarodowego. Do tego dochodzi teoria political
correctness – politycznej poprawności: co wolno pisać, czego nie
wolno, a jeśli wolno, to w jaki sposób, albo nawet komu wolno, a komu
nie wolno. Na przykład "Gazeta Wyborcza", nie formułując tego wprost,
jest przekonana, że do mówienia o sprawach stosunków polsko-żydowskich
tylko ona jest uprawniona. Każdy inny, który coś powie, szczególnie
nie tak, jak uważają dziennikarze "GW", jest potępiany. Myślę, iż
pogląd, że tylko jedna strona ma rację albo że tylko pewni dziennikarze
są uprawnieni do krytyki kogoś innego, a innym wara od tego, jest
nie do przyjęcia.
Niejednokrotnie ludzie uczciwi boją się mediów, które potrafią
zniszczyć człowieka, zabić go słowem. Jak wyzwolić się z tego osaczania
przez dyspozycyjnych dziennikarzy?
– Radą na to jest różnorodność źródeł i wzajemna kontrola jednego
tytułu przez drugi. Ale nie na zasadzie pewnego zakrzyczenia, gdy
np. jednego dnia najbardziej popularne gazety urządzają nagonkę
na "Nasz Dziennik" czy Radio Maryja. To oczywiście często jest zmowa,
typowo kartelowa. Jedynym wyjściem jest więc bogactwo informacji,
żeby czytelnik miał możliwość zapoznania się z różnymi punktami
widzenia.
A więc musi być więcej gazet polskich, tzn. o polskim kapitale…
– Oczywiście, to jest jedna z przyczyn tego fatalnego stanu rzeczy.
Jest nie do pojęcia, że tak ogromna część tytułów znalazła się w obcych
rękach, a wygląda na to, że będzie jeszcze gorzej.
Czy chorą pod różnymi względami sytuację uzdrowi lustracja w mediach?
– Uważam, że lustracja powinna mieć miejsce. Dlatego że często tzw.
autorytety medialne – tak jak i autorytety w zakresie nauki
– stroją się w szaty, które im nie pasują i są pozorami. Gdyby czytelnik
wiedział, kim naprawdę był dany dziennikarz, który często nadal
jest sterowany, to na pewno zupełnie inaczej patrzyłby na jego
pracę. Dlatego myślę, że już najwyższa pora, żeby odbyła się lustracja
mediów.
Z drugiej strony, czy odbiorcy mediów nie powinni bardziej energicznie
domagać się respektowania prawdy przez dziennikarzy?
– Domagają się. Kiedy na początku lat. 90. szef izraelskiego Knesetu
napisał, że Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki, co było
przykładem absolutnego rasizmu z jego strony, a potem ukazał się
czołobitny wywiad z tym panem w "Polityce", napisałem list w tej
sprawie. Nie tylko potępiłem tę wypowiedź, ale również podałem, że
w mojej gminie w ciągu jednego dnia zamordowano trzynaścioro Polaków
za przechowywanie trojga Żydów. Oczywiście "Polityka" nie opublikowała
tego listu. Wysłałem go do siedmiu polskich tytułów, m.in. do "Tygodnika
Powszechnego". Nikt nie zamieścił. Takich ludzi, którzy protestują
przeciwko manipulacjom w mediach, są tysiące. Ale co z tego – piszą
listy, które się nie ukazują, więc zniechęcają się i dają sobie spokój.
Albo inny przykład. Kiedyś pokazano film m.in. o tym, że Roman Polański
przez trzy lata okupacji niemieckiej żył na śmietnikach. A jego przechowywała
chłopska rodzina we wsi Wysoka, co on sam opisuje w swoich pamiętnikach
zatytułowanych "Roman". Zażądałem więc sprostowania. Tak samo
postąpiłem, kiedy pan Arnold Mostowicz napisał, że w 1939 r. w Polsce
nie brano Żydów do wojska, bo taki panował antysemityzm. Akurat
te sprostowania zamieszczono, ale dopiero wtedy, kiedy zagroziłem,
że rzecz zostanie nagłośniona w inny sposób. Szkoda, że obok tych spraw
przechodzą obojętnie historycy specjalizujący się w historii
najnowszej.
Stare metody odziedziczone po poprzednim systemie są więc wciąż
obecne w redakcjach.
– Coś takiego ma miejsce. Moja studentka robiła magisterium o podręczniku
do historii z 1952 roku. Ponad 60 razy użyto w nim słowa "faszyzm":
42 razy wobec Polski i Polaków, a jedynie 21 razy wobec Niemców.
Czyli 7 lat po wojnie twierdzono, że przedwojenna Polska była dwukrotnie
bardziej faszystowska niż Niemcy, które wywołały wojnę, mordowały
miliony ludzi. Ten typ języka – choć już nie słowo "faszyzm", ale "ksenofobia",
"nacjonalizm", "nazizm" – odnajduję dziś w publicystyce, głównie
"Gazety Wyborczej".
Dziękuję za rozmowę.
Małgorzata Rutkowska
