Najważniejszy rejs odbywa się we wnętrzu człowieka
Z księdzem prałatem Andrzejem Jaskułą, proboszczem parafii Niepokalanego Serca Maryi w Sośnie, w diecezji pelplińskiej, kapitanem jachtowym, założycielem i prezesem Chrześcijańskiej Szkoły pod Żaglami, członkiem światowej organizacji żeglarskiej Hermandad de la Costa (Bractwo Wybrzeża), członkiem Bractwa Kaphornowców, wieloletnim moderatorem Ruchu Światło-Życie, kapelanem harcerzy
i Bractwa Kurkowego, rozmawia Justyna Wiszniewska
Czy zamiłowanie Księdza do żeglarstwa związane jest z jakąś tradycją rodzinną?
– Tradycji żeglarskich w mojej rodzinie nie było, ale moja mama dosyć wcześnie nauczyła nas (mnie i moją starszą siostrę) pływać w Bałtyku, czyli w ruchomej wodzie. Jako 18-latek zdałem egzamin na tzw. żółty czepek, który dawał wtedy także uprawnienia młodszego ratownika. Mama, mimo że ma dziś 83 lata, nadal pływa, np. w rzece Brdzie, i prowadzi samochód. Tata przez szereg lat pracował przy elektryfikacji linii kolejowych. Jego autorstwa są m.in. dwa dworce i wiele kilometrów trakcji kolejowej. To jest dla mnie wielki skarb, że oboje rodzice jeszcze żyją i mają się dobrze!
Czyli u początku żeglarstwa była fascynacja morzem?
– W czasach socjalizmu morze było jedynym takim miejscem, gdzie nie była zaznaczona granica, co mnie, jako młodego człowieka, bardzo pociągało. Morze kojarzyło się zawsze z jakąś wolnością, przestrzenią… Jako chłopak patrzyłem na płynące statki, które – wydawało się – że podążają, gdzie chcą… Zresztą w tamtych czasach niejeden żeglarz wykorzystał jacht po to, żeby uciec „z jedynie słusznego obozu państw” do wolnego świata. Zachowałem na pamiątkę kapelusz, który dostałem od Czecha – Ryszarda Kąkolskiego, który wykorzystał polskie morze (Czesi mieli wtedy przystań niedaleko Szczecina) i na jachcie uciekł za granicę. Spotkałem go w USA, w latach 90., gdy jako oficer płynąłem na żaglowcu „Pogoria” po Wielkich Jeziorach Amerykańskich. Poza tym w mojej rodzinie mocne były tradycje patriotyczne związane z odzyskiwaniem przez Polskę niepodległości.
Jakie to były tradycje?
– W rodzinie mojego dziadka od strony mamy w czasie zaborów przywiązywano ogromną wagę do tego, żeby każdy umiał czytać i pisać po polsku. Dziadek brał nawet udział w strajku szkolnym, który objął m.in. całe Pomorze, podczas którego domagano się języka polskiego w szkołach (wszystkim znany jest zapewne epizod „dzieci wrzesińskich”). Kiedy dziadek wrócił z I wojny światowej, to w odradzającej się Polsce od razu znalazł pracę w magistracie. Pamiętam taką sytuację, że kiedy skończyłem ósmą klasę i pokazałem świadectwo, dziadek, który przecież nie miał matury i był tylko po szkole zawodowej, zapytał mnie, kiedy była Insurekcja Kościuszkowska. Bez zająknienia podałem rok. Jemu jednak taka odpowiedź nie wystarczyła i chciał, żebym podał dzień i miesiąc, ale niestety tego już nie wiedziałem. Dziadek powiedział wtedy do mnie: „A widzisz, my musieliśmy naszemu ojcu zawsze podawać pełną datę”. W związku z tym, nigdy nie należałem ani do socjalistycznego harcerstwa, bo to jakoś nie trzymało się tradycji domu, a nie mówiąc już o ZMS. Natomiast od pierwszej klasy szkoły podstawowej byłem ministrantem w parafii Świętej Trójcy w Bydgoszczy. Kościół, obok rodziny to była druga przestrzeń wolności w PRL… Oprócz wspaniałych księży prefektów – słynnego proboszcza ks. prałata Mieczysława Skoniecznego, takie wielkie postacie, jak Prymas ks. kard. Stefan Wyszyński, który potem udzielił mi święceń kapłańskich, i ks. kard. Karol Wojtyła, wpłynęły na moją osobowość i decyzję o wyborze kapłaństwa.
Kiedy w takim razie Ksiądz zaczął żeglować?
– Powiedzmy, że pływałem już w szkole podstawowej. Pamiętam, jak razem z kolegą Grzesiem mieliśmy wywrotkę na kajaku z żaglem na jednym z jezior kaszubskich. Byłem wtedy żeglarzem samoukiem. Lubiłem sporty ekstremalne. Postawiłem na żeglarstwo, bo pasjonowało mnie ono jako zmaganie się. Niezwykłe było dla mnie to mocowanie się z wiatrem: czy wiatr nas wywróci, czy my ujarzmimy wiatr. Ciągnęło mnie na morze. Jako kleryk, niestety, nie mogłem żeglować po Bałtyku, bo byłem na liście „czarnej reakcji socjalistycznej ojczyzny”. Na poważnie żeglarstwem zająłem się dopiero po pięciu latach kapłaństwa, kiedy zostałem najmłodszym proboszczem i diecezjalnym moderatorem Ruchu Światło-Życie.
Przydzielono mi wtedy malutką parafię w miejscowości Janikowo-Ostrowo (najstarsza dzielnica obecnego Janikowa koło Inowrocławia), gdzie na mocy ściśle tajnej umowy z Prymasem ks. kard. Józefem Glempem wybudowałem w stanie wojennym (1982 r.), bez żadnych pozwoleń, ośrodek oazowy, w którym co roku w miesiącach wakacjnych prawie pięćset osób brało udział w rekolekcjach. Było tam jezioro, na którym trzymałem maluteńki jacht.
Młodzież uczestnicząca w rekolekcjach oazowych miała możliwość zasmakowania żeglarstwa. Zawsze byłem za tym, żeby wychowanie młodzieży odbywało się w myśl zasady: „W zdrowym ciele zdrowy duch”. Dziś, patrząc wstecz, z perspektywy 30 lat mojego kapłaństwa mogę powiedzieć, że młodzi pod pewnym względem zawsze są tacy sami: tęsknią za lepszym światem, za przyjaźnią, miłością, za pięknymi ideałami. Inaczej natomiast przedstawia się sprawa z realizacją tych ideałów. Dzisiejsza młodzież ma większe niż ich starsi koledzy kłopoty ze swoim ciałem, i to począwszy od przyspieszonego dojrzewania i problemów z tym związanych, aż po codzienną elementarną dyscyplinę, kiedy trzeba wstać i swoje, za przeproszeniem, „zwłoki” podnieść z łóżka, bo dzwoni budzik, kiedy trzeba utrzymać porządek wokół siebie, zachować umiar w jedzeniu itp.
A co to był za mały jachcik, na którym ćwiczyła młodzież oazowa?
– To był mały kabinowy jacht typu „inka”, który się nazywał tak jak dotąd wszystkie moje jachty, tzn. „Stella Maris”, czyli „Gwiazda Morza”, a to jest inne imię Matki Boże, wzięte z brewiarzowego hymnu. Kiedy ta łódka się zestarzała, razem z moim śp. przyjacielem Heniem – wielkim wychowawcą młodzieży harcerskich drużyn wodnych w Bydgoszczy, na którego wszyscy mówili „druszek” – wybudowaliśmy jacht klasy „mikro”, która wówczas zaczynała być w Polsce modna. Trwało to aż trzy lata. Właściwie to on budował jacht, a ja dostarczałem materiałów. W PRL trzeba było wszystko „załatwiać”. Pamiętam, że żywicę i matę do jachtu odkupiłem od kogoś, kto prywatnie produkował plastikowe zlewozmywaki, miski itp. Nie wiem, jak on się rozliczył, bo potrzebowałem tego aż 300 kilogramów. Jacht ten służył mi wiele lat na Zalewie Koronowskim, na którym pływałem m.in. z ministrantami, organizując dla nich obozy żeglarskie. Tę moją drugą łódkę podarowałem potem Chrześcijańskiej Szkole pod Żaglami. W roku 2001 pojechała do Chorwacji na lawecie i była pierwszą łódką, na której młodzież ćwiczyła w naszej bazie na wyspie Iż.
Kiedy wypłynął Ksiądz po raz pierwszy na morze?
– Gdy Polska stała się wolna. W roku 1990 bez żadnej łaski mogłem po prostu opuścić Polskę i pojechać na mój pierwszy rejs pełnomorski z Burgas w Bułgarii przez Stambuł do Aten i potem przez Kanał Koryncki do Dubrownika. Można powiedzieć, że od tego momentu zarzuciłem żeglarstwo „szuwarowe” i zostałem już na morzu. Na tym rejsie wszystkiego się uczyłem, byłem zwykłym członkiem załogi. Potem przez kilka lat pływałem w czasie wakacji z przyjaciółmi po Morzu Tyrreńskim. A potem była już Chrześcijańska Szkoła pod Żaglami. Gdyby tak policzyć, to przepłynąłem ok. 50 tys. mil morskich, to jest mniej więcej tyle samo, co dwa razy dookoła świata. Jakieś doświadczenie więc mam. Poza tym jestem już chyba nałogowym wychowawcą i dlatego zawsze zabieram ze sobą młodzież.
Miał Ksiądz okazję osobiście zetknąć się ze Sługą Bożym ks. Franciszkiem Blachnickim. Jak Ksiądz wspomina założyciela Ruchu Światło-Życie?
– Ksiądz Blachnicki bardzo mi odpowiadał, ponieważ miał niestandardowe pomysły, a ja lubiłem wyróżniać się czymś dobrym, a jednocześnie czymś niekonwencjonalnym. W seminarium np., co nie było tak do końca legalne, ćwiczyłem kulturystykę. Byłem współzałożycielem studenckiego, kleryckiego Koła PTTK, sekcji rowerowej. Kiedy byłem na oazie kleryckiej w Krościenku, ks. Blachnicki przychodził z Kopiej Górki do małego domku, w którym mieszkaliśmy, i prowadził gawędy. Bardzo nam się to podobało. Ksiądz Blachnicki był zawsze w moich oczach odważnym kapłanem. Szkoda, że potem został w Carlsbergu i nie dożył czasów, w których mógłby wrócić do Polski. Nie zapomnę, jak podczas rekolekcji dla moderatorów diecezjalnych w Tyńcu spotkaliśmy się z ks. kard. Franciszkiem Macharskim. Powiedział wtedy o ks. Blachnickim, że on jest kimś, kto idzie w rytmie Kościoła posoborowego wielkimi krokami, a my jesteśmy takimi małymi ministrancikami, z małą miotełką w ręku, którzy nie mogą nadążyć zagarniać tego wszystkiego, co on dużą miotłą rozgarnia. Ostatni raz spotkałem ks. Franciszka w Rzymie na kanonizacji o. Maksymiliana Marii Kolbego. W 1989 r. przestałem być moderatorem diecezjalnym Ruchu Światło-Życie. W 1992 r. dostałem propozycję, żeby popłynąć jako kapelan harcerzy polskich w wielkich regatach „Kolumbus” z okazji 500-lecia odkrycia Ameryki. Popłynąłem więc z harcerzami na „Zjawie IV” z kpt. Bronkiem Tarnackim. Wiele się od niego nauczyłem. Wtedy też bardziej zaangażowałem się w działalność harcerską.
Czy za tę działalność duszpasterską z młodzieżą nie spotykały Księdza restrykcje ze strony SB?
– Kiedy w czasie stanu wojennego pojechałem do Warszawy głosić rekolekcje ewangelizacyjne u Księży Jezuitów na Rakowieckiej, „nieznani sprawcy” porysowali mi gwoździem samochód i otrzymałem anonimowy telefon, którego treść można ująć krótko: „Nie podskakuj!”. I rzeczywiście byłem takim księdzem, który lubił trochę „podskakiwać”, byłem taki bojowy. Ksiądz Prymas kard. Józef Glemp mówił mi jeszcze przed zabójstwem ks. Popiełuszki: „Bądź z nimi ostrożny”. Zdarzyło się, że kilku moich animatorów oazowych nie chciano dopuścić do matury. Podrzucono im ulotki antyrządowe i to był pretekst. Próbowałem interweniować w ich sprawie w bydgoskiej ubecji.
Od trzech lat Chrześcijańska Szkoła pod Żaglami przygotowuje się do rejsu pokolenia JPII dookoła świata, a konkretnie śladami pielgrzymek Jana Pawła II. Na jakim etapie są przygotowania do tego rejsu?
– Zależy nam, by płynąć pod polską banderą. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, tzn. kiedy dostaniemy pozytywną odpowiedź od armatora, to wypłyniemy na jesieni przyszłego roku. Przygotowaliśmy 300 młodych ludzi w wieku 15-25 lat. Rejs potrwa 20 miesięcy i będzie liczył 20 zmian załogi, a każda zmiana będzie płynęła ok. jednego miesiąca, żeby uczestnicy nie mieli zbyt długiej przerwy w nauce. W tej chwili programy w liceach są tak różnorodne, że nie da się zorganizować nauki na pokładzie, tak jak udało nam się ułożyć wspólny program nauczania podczas rejsu oceanicznego dookoła Ameryki Południowej [26 września 1998 – 31 maja 1999, patronat medialny sprawował „Nasz Dziennik”]. Ci, których zakwalifikowaliśmy, musieli m.in. zdobyć stopień żeglarza, zaangażować się w Liturgię Eucharystyczną, nauczyć się tańczyć, śpiewać. Teraz czekają tylko na wiadomość: „Wypływamy!”. I mam nadzieję, że już niedługo będziemy mogli to ogłosić. Ten rejs to będzie ostatnie moje przedsięwzięcie w ramach Chrześcijańskiej Szkoły pod Żaglami, a potem chyba będę musiał pójść na emeryturę. Na wychowawcę młodzieży jestem już raczej za stary.
Trudno mi w to uwierzyć. Przede wszystkim podejrzewam, że młodzież Księdzu na to nie pozwoli…
– Dobrze, że mamy natomiast rodziców, którzy by chcieli, żeby ich dzieci były porządniejsze i żeby ktoś ich przypilnował. Ale do nas też trafia taka młodzież, której rodzice mają nadzieję, że my przez dwa tygodnie na obozie żeglarskim w Chorwacji naprawimy zaniedbania wychowawcze sięgające kilku lat. I w tej sytuacji atutem wychowawcy – księdza, nie tyle może okazać się to, że on pobożnie odprawi Mszę św. i powie piękne kazanie, ale dobrze, jeśli taki młody człowiek o słabej religijności i charakterze zobaczy, iż ten ksiądz jest również dobry w innych dziedzinach, a on trzęsie się na widok fal. Wtedy komuś takiemu można powiedzieć: „Bycie człowiekiem polega na harmonijnym rozwinięciu wszystkich zdolności i talentów, nie tylko na tym, że ty umiesz dobrze kląć czy znasz się na internecie. Pokaż, że znasz się na innych rzeczach”. Jean Guitton w jednej ze swoich książek napisał – parafrazuję – że świętość nie polega na osiąganiu szczytów, ale na tym, iż człowiek potrafi wypełnić całą żyzną dolinę, która rozciąga się między jednym a drugim szczytem ludzkich możliwości. Ja tę wersję – może trochę przerobioną przeze mnie – propaguję jako jeden z modeli wychowawczych.
Czyli Chrześcijańska Szkoła po Żaglami ma pewien model wychowawczy…
– Oczywiście. Chodzi o to, aby wykorzystać morze w stu procentach, czyli po pierwsze to, że zawsze wymaga ono od żeglarza, aby przemógł siebie w sensie fizycznym i duchowym. Po drugie, morze jest nieprzewidywalne, a więc uczy akceptacji życia takim, jakim ono jest. Po trzecie, morze jest największą przestrzenią dostępną na kuli ziemskiej dla człowieka, która kojarzy się z nieskończonością. Na horyzoncie dotyka nieba. Zanim więc człowiek do niej dojdzie, to wcześniej poznaje innych ludzi, inne cywilizacje, czasem bardzo różne od swojej własnej, uczy się tolerancji, zaspokaja swoją ciekawość, a poza tym odkrywa nurtujące go tajemnice, których w miarę upływu życia paradoksalnie jest coraz więcej. Człowiek zaczyna widzieć świat jako coraz bardziej skomplikowany. Myślę, że tego nie można doświadczyć ani na jeziorze, ani na małej łódce treningowej. Dlatego właśnie potrzebne są dłuższe wyprawy. Najważniejszy jest rejs, który odbywa się we wnętrzu człowieka pod przewodnictwem Maryi, Gwiazdy Morza, według zasad Zbawiciela, po to, by dopłynąć do portu zbawienia. A to jest światopogląd chrześcijański.
Podczas planowanego rejsu dookoła świata młodzi ludzie wezwani zostaną do tego, aby wypłynąć na głębię. Co to oznacza?
– To znaczy, że sami muszą wpłynąć w głąb siebie. Dla młodzieży – a wiem to z rejsu dookoła Ameryki Południowej – jest to przeżycie niesamowite, dlatego że to właśnie młodość jest tym właściwym okresem, w którym człowiek intensywnie odkrywa siebie i świat.
Podczas rejsu dookoła świata w każdym odwiedzanym przez nas kraju będzie czekała Polonia oraz tamtejsza młodzież, przede wszystkim po to, aby poznać młodych Polaków z Ojczyzny Jana Pawła II. Pamiętam, jak podczas rejsu wokół Ameryki Południowej wenezuelscy chłopcy pożyczyli od naszych chłopaków surduty, bo chcieli zatańczyć krakowiaka z polskimi dziewczętami. Tańczyli w szortach, niektórzy na bosaka. To była uboga dzielnica, w której pracował polski misjonarz. Tego typu doświadczenia nie ma nigdzie, przy okazji jakiegokolwiek innego sportu.
Na czym polega dojrzewanie młodego człowieka na morzu, w Chrześcijańskiej Szkole pod Żaglami?
– Benedykt XVI pisze w swojej encyklice „O nadziei”, że problemem współczesnego człowieka nie tyle jest kryzys wiary, ile problem polega na tym, że człowiek syty, zabezpieczony przez renty, emerytury i stan swojego konta przestał być człowiekiem nadziei. Proszę sobie wyobrazić młodego człowieka, który nie chce już niczego zobaczyć, który uważa, że już wszystkiego posmakował… Dlatego właśnie zabieramy go na morze, czasem wrzucamy do wody albo stawiamy w nocy na wachcie, żeby najadł się strachu, kiedy będzie mu się wydawać, że za chwilę łódź rozbije się o skały. Wtedy dopiero zaczyna – jak to mówi młodzież – na nowo kumać. Sens tej idei wychowawczej był już przećwiczony, chociażby przez gen. Mariusza Zaruskiego w okresie międzywojennym. Podczas rejsu Chrześcijańskiej Szkoły pod Żaglami dookoła Ameryki Południowej prowadziłem badania dotyczące przemian religijnych oraz systemu wartości młodej załogi. Okazało się, że młodzież, która np. wchodziła na pokład żaglowca s/y „Fryderyk Chopin”, po czterech miesiącach schodziła inna. Okazało się np., że gdy uczestnik rejsu jeszcze nie był sprawnym żeglarzem, to w jego hierarchii wartości czymś ważniejszym była jego tężyzna i sprawność fizyczna. Natomiast wtedy, kiedy osiągnął sprawność żeglarską, dochodził do wniosku, iż to nie jest wcale istotne, ale ważny jest duch człowieka, jego wnętrze. To samo było z religijnością – przesuwała się w kierunku religijności bardziej dojrzałej. Krótko mówiąc, młodzi ludzie po tych czterech miesiącach mieli bardziej normalną hierarchię wartości. Tylko sobie życzyć czegoś takiego, żeby młody człowiek był normalniejszy i to w znaczeniu jego przystosowania do życia, żeby miał bardziej uporządkowaną moralność, światopogląd itd.
Jakim zadaniom musiała sprostać młodzież podczas rejsu dookoła Ameryki Południowej?
– Co 8 godzin – przez 4 godziny – każdy pełnił wachtę nawigacyjną, i tak dzień i noc… Nie było czasu na nic. Na okrągło, jeśli nie odrabiał lekcji, to miał zajęcia, a jeśli nie miał zajęć szkolnych, to miał wachtę. Raz na 4 dni przez całą dobę był w ogóle wyłączony ze wszystkiego, ponieważ miał tzw. wachtę kambuzowo-hotelową, czyli musiał przygotowywać pod nadzorem kucharza wszystkie posiłki i zadbać o czystość pod pokładem. Mieliśmy 40 dziewcząt i chłopców na pokładzie, dwie klasy: A i B. Raz jedni mogli być na zajęciach, raz drudzy. Tam też młodzież nauczyła się tego, że nie można było zostawiać lekcji na później, bo przychodziły następne i już się tych poprzednich nie zdążyło odrobić. Pamiętam jednego chłopaka, który prawie płakał na początku rejsu: „Gdyby moja mama wiedziała, jak ja wyglądam, to by zawału serca dostała!”. A potem był jednym z najlepszych, który wchodził na reje. Niezwykle istotnym doświadczeniem załogi żeglarskiej jest to, że na pokładzie znajduje się dokładnie tylu ludzi, ilu potrzeba, co stoi w zupełnej sprzeczności z mentalnością współczesnego świata, zgodnie z którą, żeby mieć lepszą fuchę, trzeba kilka osób „wykończyć” po drodze. Powiedzenie żeglarskie mówi: „Tyle jest warta kotwica, ile najsłabsze ogniwo łańcucha”. I dlatego, jeśli wiem, że ktoś jest słabym ogniwem na pokładzie, to mu pomagam, żeby przestał być słaby. To jest przykład katolickiej nauki społecznej – tego, jak społeczeństwo powinno funkcjonować.
Czy opłynięcie przylądka Horn było rzeczywiście zdobywaniem żeglarskiego Mont Everestu?
– Z przylądkiem Horn to było tak. Jak się zwróciłem do mojego ordynariusza ks. bp. Jana Szlagi , żeby mi dał jakiś relikwiarz na drogę, to okazało się, że na biurku miał świeżo przysłane relikwie bł. Marceliny Darowskiej. I z tymi relikwiami popłynęliśmy. Więc mieliśmy takie chody w Niebie, że na samym trawersie Hornu musieliśmy włączyć silnik, bo w ogóle nie wiało (trafiliśmy akurat między jednym a drugim frontem burzowym ). Jednak kaphornowcem zostaje się nie dlatego, że się opłynie sam przylądek Horn, ale dlatego, że się „zejdzie z szerokości co najmniej zwrotnika Koziorożca, przepłynie i wróci”. Przed i po przejściu Hornu mieliśmy kilka sztormów, z powodu których musieliśmy sprostać trudnym sytuacjom, fala oceaniczna miała co najmniej 8-9 metrów, co nawet dla „Fryderyka Chopina” nie było łatwe. Doświadczony kpt. Ziemek Barański miał wszystko na oku.
Podczas rejsów zdarzało się, że załodze groziło jakieś niebezpieczeństwo?
– Należy tak pływać z młodzieżą, żeby nie było sytuacji ekstremalnych. Jednak morze nie jest do końca przewidywalne. Kiedyś popłynęliśmy z naszej bazy na wyspie Iż do Manopello we Włoszech, tam, gdzie jest Oblicze Pana Jezusa na tajemniczej chuście. W drodze powrotnej dogonił nas front atmosferyczny, wiatr wiał z siłą 10 stopni w skali Beauforta. Ponton, który ciągnęliśmy za rufą, uniósł się dwa razy jak latawiec. Wreszcie za trzecim razem lina grubości palca pękła i ponton odfrunął. W tym roku przeżyłem jeszcze bardziej niebezpieczne zdarzenie, kiedy płynęliśmy, uciekając przed dwiema burzami na Adriatyku. Wpłynęliśmy do zatoczki, w której nie było miejsca przy kei i tam dogonił nas ten front. Przez jakieś pół godziny wiało z siłą 10,5 stopni w skali Beauforta, tak że nasz 9-tonowy „Strażnik Poranka” bez żagli przechylał się tak, że brał wodę na pokład. Na szczęście nikt nie wypadł za burtę. Przy tej sile wiatr porywa drobiny wody morskiej, w wyniku czego wytwarza się ściana wody i uderza w jacht. Nic wtedy nie widać. W takich przypadkach doświadcza się tej specyficznej samotności kapitana, który musi sam myśleć, podczas gdy wszyscy są przestraszeni. Zrobiłem wtedy ostry zwrot z wiatrem i przy pomocy silnika udało nam się uciec z zatoczki na otwarte morze, bo skały były już blisko. Młodzież odebrała to wręcz dzięcięco prosto. Ktoś powiedział: „Proszę księdza, na godzinę przed tym zdarzeniem zakończyliśmy odprawiać Mszę Świętą”. Uznali, że doświadczyli Opatrzności Bożej. Dopiero kiedy trochę się dostanie po tyłku, można lepiej takie sprawy zrozumieć.
A w jaki sposób powstał ośrodek na wyspie Iż?
– Po naszym drugim, wielkim rejsie (jubileuszowym) śladami apostołów: Piotra, Jana i Pawła, oraz korzeni kultury europejskiej, jaki odbył sie w 2000 r., postanowiliśmy, żeby pod skrzydła Chrześcijańskiej Szkoły pod Żaglami przyjmować więcej młodych ludzi. To można było zrobić tylko za pomocą stacjonarnego ośrodka. Pojechałem więc do mojego kolegi ks. Stasia, który był proboszczem na wyspie Iż w Chorwacji, i kiedy mu przedstawiłem sprawę, on mi powiedział: „To się dobrze składa, bo w sąsiedniej miejscowości jest stara, nieużywana od 50 lat plebania”. Przebudowaliśmy ją gruntownie i zorganizowaliśmy tam ośrodek. Odbywają się tam szkoleniowe obozy żeglarskie, a wszyscy instruktorzy pracują społecznie – dostają czasem kieszonkowe. Część kosztów pokrywa młodzież, ale poza tym musimy szukać sponsorów.
Z Chrześcijańską Szkołą pod Żaglami związany jest jacht „Strażnik Poranka”, który ma dosyć ciekawą historię…
– Pierwotnie był to jacht pułkownika Kuklińskiego. Jak ogłoszono go zdrajcą, to skonfiskowano cały jego majątek w Polsce, łącznie z tym jachtem. Kiedy Kukliński otrzymywał honorowe obywatelstwo miasta Gdańska, to ten jacht został mu oficjalnie przekazany, po uprzednim remoncie. Tylko że kilka tygodni później ta łódź, będąc na cumach przy nabrzeżu, prawie że zatonęła. Tak był przeprowadzony remont! Jacht został wyciągnięty na brzeg i wypompowano wodę. Potem okazało się, że w silniku woda była jeszcze przez trzy lata. Zrodził się pomysł, żeby komuś ten jacht sprzedać – to był początek fundacji Kuklińskiego na rzecz ludzi, którzy byli ofiarami stanu wojennego – ale nikt nie chciał tego jachtu kupić. Wiadomymi nam kanałami oferta dotarła do nas – Chrześcijańskiej Szkoły pod Żaglami. Obliczyłem, że remont będzie kosztował 50 tys. zł, ale ostatecznie kosztował 150 tysięcy. Gdyby nie to, że to był taki jacht-symbol, to bym się na to nie zdecydował. Jacht „ożył” i na szczęście pływa już szósty rok. Pan pułkownik Kukliński podarował nam potem ten jacht, stąd jesteśmy jego właścicielami.
Jakie znaczenie mają takie inicjatywy, jak Chrześcijańska Szkoła pod Żaglami, dla Kościoła w Polsce?
– Przyczyniają się do budowania elit katolickich, których ciągle nam brakuje. Przejście przez taką szkołę życia, jaką daje Chrześcijańska Szkoła pod Żaglami w aspekcie zarówno fizycznym, jak i duchowym, jest bardziej kompleksowym doświadczeniem niż można sobie wyobrazić. Na pewno nie tworzy „filozofów”, bo tych jest za dużo. Niektórych z pierwszych stron gazet zabrałbym na pokład i przeciągnął pod kilem. Pamietam, jak na zakończenie spotkania z Ojcem Świętym Janem Pawłem II w Pelplinie, które odbyło się kilka dni po zakończeniu rejsu dookoła Ameryki Południowej, powiedziałem do uczestników wyprawy: „Musicie pamiętać o tym, że dostaliście w prezencie przygodę życia. Ktoś na to pracował i uczył was za darmo. Jak wy będziecie mieli kiedyś pieniądze, to macie obowiązek ufundować taki rejs komuś innemu, a już na pewno macie obowiązek opowiadać o tym innym”. Taka formacja jest szczególnie aktualna dziś, kiedy wielu ludzi ucieka w jakieś namiastki, ponieważ chcą być w czymś dobrzy. Nie mają zaś ani charakteru, ani wypracowanych cnót, jak chociażby męstwo, honor, odwaga, bojaźń Boża, nadzieja czy prawdziwa miłość, która jest darem. Za często idą na skróty, a w życiu trzeba czasem długo halsować pod wiatr. Jako kapitan w nawie Kościoła, o którym mówi się czasem Łódź Piotrowa, chciałbym mieć załogę nie głupią, tylko mądrą. Dowodzenie bandą duchowych obdartusów, rodem z „Piratów z Karaibów” jest chyba zawsze bardzo przykre.
Dziękuję za rozmowę, życzę stopy
wody pod kilem i pomyślnych wiatrów!
