Naciski już się przejadły
Posiedzenie komisji śledczej badającej rzekome nielegalne naciski na
służby za czasów poprzedniego rządu się nie odbyło, gdyż zabrakło chętnych do
udziału w obradach. Na posiedzenie przybyło jedynie dwóch śledczych, a przed
komisję nie pofatygował się nawet wezwany na przesłuchanie świadek.
Sejmowa komisja śledcza szukająca nacisków na służby u polityków poprzedniego
rządu, a zwłaszcza u byłego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry, ma
niezwykły komfort działania. Podczas gdy niektórzy członkowie "konkurencyjnej"
komisji śledczej badającej aferę hazardową notorycznie skarżyli się na narzucone
niezwykle szybkie tempo prac i takie ograniczenie czasowe, że w wyznaczonym
przez sejmową uchwałę terminie nie są w stanie nawet przeanalizować wszystkich
dowodów w sprawie, to nie mają prawa skarżyć się członkowie komisji tzw.
naciskowej. Komisja śledcza, aktualnie pod przewodnictwem Andrzeja Czumy (PO),
rozpoczęła swoją działalność niemal od razu po przejęciu władzy przez Platformę
Obywatelską. Jednak terminu zakończenia prac nie wyznaczono. W dodatku nie
wiadomo, czym konkretnie śledczy się zajmują, oprócz stwarzania wrażenia, iż za
czasów poprzedniego rządu miały miejsce jakieś niesłychane, nielegalne naciski
na różnego rodzaju służby.
Od czasu do czasu na posiedzenie komisji wpadną – aby wylać swoje żale – ci,
których koalicja z Jarosławem Kaczyńskim ciężko doświadczyła, czyli Andrzej
Lepper i Roman Giertych, jak również skłócony ze Zbigniewem Ziobrą były minister
spraw wewnętrznych i administracji, prokurator Janusz Kaczmarek. Andrzej Lepper
zgłosił się nawet kiedyś na przesłuchanie "na ochotnika", by się podzielić tym,
co przewodniczącemu Samoobrony nagle się przypomniało. Co jakiś czas przed
komisję wzywany jest również były minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, by
wytłumaczyć się z pretensji formułowanych przez jego byłych kolegów z rządu.
Komisja śledcza wyraźnie jednak znudziła się już nawet jej członkom, i to tym z
Platformy Obywatelskiej. Zaplanowane na wczoraj posiedzenie się nie odbyło.
Przewodniczący Czuma, zwracając się do dziennikarzy oczekujących na rozpoczęcie
obrad, poinformował, że posiedzenia nie może rozpocząć, gdyż nie ma kworum.
Oprócz przewodniczącego Czumy, niezwykłą wytrwałością w uczestniczeniu w
posiedzeniach wykazał się jedynie Krzysztof Matyjaszczyk z klubu SLD. Na
posiedzeniu nie pojawili się m.in. dwaj inni śledczy z PO, którzy w
przeciwieństwie do posłów Prawa i Sprawiedliwości na pewno nie odważyliby się
publicznie oświadczyć, że ta komisja śledcza nie jest do niczego potrzebna. Ale
na posiedzeniu nie tylko nie dopisali jej członkowie. Nie pojawił się na niej
także wezwany na przesłuchanie świadek. Przed komisją stanąć miał Andrzej
Kryszyński, jeden z bohaterów afery gruntowej w rządzonym przez Andrzeja Leppera
ministerstwie rolnictwa. Kryszyński został już nieprawomocnie za płatną
protekcję skazany w sprawie afery gruntowej. O tym, iż wolałby na razie przed
komisją śledczą nie zeznawać, dał sygnał przewodniczącemu Czumie już w ubiegłym
tygodniu. Świadek wystąpił z wnioskiem o przełożenie przesłuchania, wnosząc przy
tym, iż ze względu na tajemnicę śledztwa powinien zostać przesłuchany na
posiedzeniu zamkniętym. Przewodniczący komisji wniosku Kryszyńskiego jednak nie
uznał. Świadek i tak się nie pojawił. Czuma poinformował, iż Kryszyński
przedstawił komisji zwolnienie lekarskie wystawione przez… pediatrę. – Być
może świadek jest chory na koklusz albo cierpi na uporczywe moczenia –
spekulował niepocieszony przewodniczący Czuma.
W programie posiedzenia komisji, które ze względu na brak kworum się nie odbyło,
oprócz przesłuchania świadka, który nie przybył, znalazł się także punkt "sprawy
bieżące". Na ostatnim posiedzeniu w ubiegłym tygodniu Robert Węgrzyn (PO) złożył
wniosek o konfrontację Zbigniewa Ziobry z byłym prezesem PZU Jaromirem Netzlem.
Zapowiadano wtedy przegłosowanie tego wniosku na kolejnym posiedzeniu.
Zaplanowano, że dziś komisja zbierze się ponownie. Jest szansa, iż tym razem
będzie wyższa frekwencja. Przed komisję wezwany został "niezwykle ważny"
świadek, który bez wątpienia może wylać mnóstwo żalów na Jarosława Kaczyńskiego.
Szansę na przypomnienie się mediom i opinii publicznej dostał były polityk i
premier, a obecnie celebryta Kazimierz Marcinkiewicz.
Artur Kowalski
