Na wybory – mimo wszystko
Choć już w niedzielę będziemy wybierali wójtów, burmistrzów, prezydentów i
radnych, to kampania toczy się w dość niemrawym tempie. Jak wynika z ostatnich
badań społecznych, frekwencja w niedzielę powinna być na podobnym poziomie jak
cztery lata temu, gdy w pierwszej turze głosowało 45 proc. wyborców, w drugiej
jeszcze mniej – 36 procent. Dlaczego tak wielu Polaków nie chce głosować? A czym
kierują się ci, którzy pójdą w niedzielę do urn?
Skaryszew, nieduże miasteczko na południe od Radomia, przy drodze do Rzeszowa.
Jak wszędzie z plakatów spoglądają na ludzi twarze kandydatów na burmistrza,
radnych gminnych, powiatowych i wojewódzkich. Gdzieniegdzie widać ulotki, ale
atmosfery zbliżającego się głosowania wcale nie czuć i nie jest to na pewno
główny temat rozmów w sklepie czy na targu. – Panie, a po co mam iść na te
wybory? – pyta sam siebie starszy mężczyzna. – Władze i tak się nie interesują
sprawami ludzi. Nawet główną drogę przez Skaryszew zaczęli remontować dopiero w
roku wyborczym, bo teraz to im zależy na głosach ludzi – dodaje rozżalony. – Ale
to akurat trasa międzynarodowa, więc miasto nie miało wpływu na jej remont,
który akurat wypadł w roku wyborczym – próbuje tłumaczyć stojąca na przystanku
kobieta, która na wybory na pewno się wybiera. – To pewnie jakoś burmistrz to
załatwił – upiera się mężczyzna.
Po co głosować?
Justyna Stebniewska nie jest zdziwiona rozżaleniem i zniechęceniem ludzi.
Wychowała się pod Skaryszewem, liceum kończyła w Radomiu, studiowała w Poznaniu,
tam założyła rodzinę, ale często przyjeżdża w rodzinne strony. – Stąd jest niby
niedaleko do Warszawy, ale ludzie czują się opuszczeni przez państwo. Widzą, że
kraj się zmienia, ale uważają, że u nich te zmiany idą za wolno, że liczy się
Warszawa, inne duże miasta, a wieś i małe miasteczka są zostawione same sobie,
bo tu brakuje pracy, zarabia się mało, a wiele gospodarstw na wsi wypadło z
rynku i produkują tylko na swoje potrzeby – wyjaśnia.
Wielu potencjalnych wyborców nie ma zamiaru iść do urn także w dużym Radomiu, bo
– podobnie jak w Skaryszewie – nie wierzą, aby mogły mieć one wpływ na ich
życie. Krystyna Wysocka brała od 1989 roku udział w każdym głosowaniu. Teraz
pierwszy raz nie pójdzie i jak twierdzi, jest to decyzja nieodwołalna. – Może w
małej gminie wybory samorządowe mają sens, ale w Radomiu to jest po prostu
głosowanie na listy partyjne czy na partyjnego prezydenta. A ja już jestem
zmęczona polityką, tymi ciągłymi sporami, waśniami, kłótniami. Przestałam nawet
oglądać dzienniki telewizyjne. Może pan napisać, że nie idę na wybory, bo jest
to mój obywatelski strajk – mówi pani Krystyna.
Michał Januszewski prosi, aby go nie pytać o politykę, bo ten temat dla niego
nie istnieje. – Ja mam teraz poważniejszy problem, bo z powodu kryzysu obroty
mojej firmy spadły i kilkoro ludzi, których zatrudniam, może stracić pracę.
Akurat 21 listopada będę w drodze na Wybrzeże, gdzie szukam odbiorców, więc nie
wybory mi będą wtedy w głowie – tłumaczy. I dodaje: – Nie wierzę też w tych
wszystkich niezależnych, bezpartyjnych kandydatów, którzy się wkoło reklamują,
bo w końcu oni zawsze mają za sobą jakieś polityczne, partyjne środowisko. To po
co popierać jakieś farbowane lisy? Emerytowana nauczycielka Zofia Łukomska
twierdzi z kolei, że tak naprawdę kandydaci starający się o głosy ludzi nie
znają ich problemów, nie wiedzą nawet, co mogliby zrobić dla swoich wyborców
jako radni.
Podobne nastroje panują w części elektoratu w Ciechanowie, dawnym wojewódzkim
mieście na północ od Warszawy. Mieszkańcy, którzy nie idą do wyborów, mają ku
temu takie same powody jak ludzie z innych miast i gmin. Pan Julian, bezrobotny
od sześciu lat, mówi otwarcie: – Nigdy nie chodziłem na wybory, także za komuny.
Mnie politycy nic nie dadzą, a też od nich nic nie chcę.
Niektórzy nie chcą głosować, bo ich zdaniem… i tak wiadomo, kto wygra.
Twierdzą, że prezydent pewnie będzie ten sam, radni również w większości
zachowają swoje fotele. Szans na zmiany nie ma zatem żadnych.
Ireneusz Maluchnik powinien, czy raczej ma prawo, głosować na radnych gminnych,
powiatowych, wojewódzkich oraz na wójta gminy. I to go właśnie zniechęca do
udziału w wyborach samorządowych. – Jak głosuję na posła czy senatora, to
przynajmniej wiem, na kogo idzie mój głos, na jaką konkretnie partię. A teraz to
się porobiły jakieś komitety "Nasz Dom", "Wspólny Dom", "Zgoda" i pod innymi
dziwacznymi nazwami, które nic nie mówią. Kandydatom chodzi tylko o to, żeby się
dorwać do władzy i liczą, że jak nie będą działać pod szyldem partyjnym, to
ludzie ich szybciej poprą – podkreśla Ireneusz Maluchnik.
Wydawać by się mogło, że wybory samorządowe zbojkotują głównie mieszkańcy małych
miast i wsi, a w dużych miastach sytuacja będzie diametralnie inna. Bo w
Poznaniu, Wrocławiu, Gdańsku, Warszawie mieszkają ludzie bardziej zaangażowani w
sprawy publiczne, aktywniejsi w życiu demokratycznym. Ale w rzeczywistości i w
wielkich metropoliach frekwencja wcale nie musi być oszałamiająca. Kamila
Rostkowskiego, warszawskiego studenta, spotykamy w jednej z księgarni. Jak
twierdzi, bardziej jest teraz zainteresowany swoim licencjatem niż głosowaniem.
– Wiosną i latem zamiast się uczyć i kończyć pracę licencjacką, zaangażowałem
się w działalność publiczną. Więc teraz sobie odpuszczam – stwierdza Kamil. –
Wtedy, po katastrofie smoleńskiej, ze znajomymi spędziliśmy wiele wieczorów
przed Pałacem Prezydenckim. Mocno zaangażowaliśmy się w kampanię prezydencką,
potem był wyjazd do pracy do Niemiec i powrót do smutnej rzeczywistości. Powiem
panu szczerze, że jestem zdegustowany tym, co się teraz dzieje w Polsce,
postępującym upadkiem naszego państwa. Wybory samorządowe niczego nie zmienią,
więc je odpuszczam. Walka o przyszłość Polski rozegra się na pewno jesienią, ale
przyszłego roku, gdy będziemy wybierać nowy parlament. Wtedy na pewno nie
zabraknie mnie w kampanii i przy urnie – zapewnia Kamil.
Pani Zofia pracuje jako opiekunka dwojga dzieci na warszawskiej Białołęce. Nie
idzie na wybory, bo jest zmęczona polityką. Przestała też już wierzyć
kandydatom, partiom i "niezależnym komitetom". – Jestem przekonana, że ci
ludzie, ktokolwiek z nich zostanie wybrany, nie spełnią żadnej z obietnic. Ta
cała polska demokracja stała się jakąś farsą, teatrem – stwierdza pani Zofia. I
dodaje, że z tego samego powodu wielu znanych jej młodych, zamożnych
warszawiaków, ludzi z kręgu jej pracodawców, także nie idzie głosować.
Będą wybierać
Wielu Polaków jest przekonanych, że wybory samorządowe to jednak bardzo ważne
głosowanie, które również decyduje o naszej przyszłości. Wszak to w urzędach
gminnych i miejskich załatwiamy najwięcej spraw, to samorządy powinny dbać o
budowę i remonty dróg, kanalizacji, wodociągów, szkół. To od nich w dużym
stopniu zależy komfort naszego codziennego życia, możliwości wypoczynku,
spędzania wolnego czasu, rozwijania zainteresowań sportowych czy kulturalnych.
Dobry gospodarz gminy czy miasta może w ciągu czterech lat zostawić po sobie
wiele dobrych inwestycji. A jeśli ktoś sobie nie radzi, to łatwo go za pomocą
kartki wyborczej zmienić na innego kandydata.
Michał Kobos otwarcie deklaruje, że na wybory pójdzie i poprze obecnego wójta. –
On już sporo zrobił, mamy nowe drogi, wyremontowane szkoły, ośrodek zdrowia,
ładne boiska przy szkołach bez czekania na rządowy program "Orlik". Wójt robi
to, czego od niego oczekują ludzie, i tak powinno być – podkreśla pan Michał. –
Ma też ambitny program na kolejne cztery lata i – co ważne – mimo sporych
inwestycji nasza gmina nie jest bardzo zadłużona. Takiego gospodarza trzeba
poprzeć – dodaje.
Zbigniew Plebański z Warszawy idzie na wybory, bo liczy, że dojdzie do zmiany
władz w stolicy. – Warszawa to najbogatsze miasto w kraju, ma ogromny budżet,
sporo inwestuje, ale moim zdaniem, robi to chaotycznie. Dlatego potrzebne są
zmiany, aby te możliwości, jakie ma miasto, były lepiej wykorzystane. Teraz jest
za dużo PR, a za mało konkretnych działań – mówi nasz rozmówca. – W wyborach na
prezydenta jeszcze się waham, kogo poprzeć, ale radnego już mam. To mój sąsiad,
pierwszy raz startuje do Rady Warszawy, ale nam dał się poznać jako skuteczny
szef wspólnoty mieszkaniowej i inicjator wielu społecznie pożytecznych działań.
I takich potrzeba w samorządzie – dodaje.
Agnieszka Pajewska niedawno założyła rodzinę, pierwszy raz będzie głosować razem
z mężem. Właśnie przeprowadza się do domu po dziadkach męża pod Warszawą. – Od
dawna tu przyjeżdżałam, mogłam poznać efekty działań władz gminy i dlatego
zagłosuję na obecnego wójta. To dynamiczny człowiek, a choć gmina nie dysponuje
tak dużym budżetem jak sąsiednie podwarszawskie miasta, to jednak wsie są
zadbane, czyste, drogi wyremontowane, jest też nowoczesna, dobrze wyposażona
szkoła. Dla mnie to ważne, bo chcemy przecież z mężem mieć w przyszłości dzieci
i chcielibyśmy, aby uczyły się w dobrej szkole – tłumaczy pani Agnieszka. –
Poprę też obecnego radnego, bo to człowiek, który jest aktywny w naszym
środowisku, pomaga ludziom choćby w załatwieniu wielu urzędowych spraw, jednym
słowem, interesuje się na co dzień swoim okręgiem wyborczym, a nie tylko w
czasie kampanii – dodaje Agnieszka Pajewska.
Aldona Kownacka z Radomia idzie na wybory, bo mimo wszystko liczy, że mogą one
coś zmienić w kraju. – Zwłaszcza teraz nie można być biernym. Przyznam szczerze,
że jestem zaskoczona biernością wielu ludzi bojkotujących wybory. Myślałam, że
po katastrofie smoleńskiej obudzi się aktywność Polaków, że zaczną stawiać
wymagania rządzącym, ale znowu jest jakiś marazm, czasami beznadzieja. Szkoda –
twierdzi pani Aldona. – A nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak wiele od
nas zależy. U mojej siostry na wsi cztery lata temu radny został wybrany
większością tylko trzech głosów. W Radomiu mamy okręgi wielomandatowe i wybory
proporcjonalne, ale i tak o wyniku decyduje często kilka czy kilkanaście głosów,
że akurat ta, a nie inna osoba z listy zdobywa mandat. Naprawdę czuję, że w tej
sytuacji od mojego głosu wiele zależy – argumentuje.
Justyna, studentka z Legionowa, też idzie na wybory. Nie chce podawać nazwiska,
bo w wyborach startuje także jej ojciec, a w dodatku ona zamierza głosować na
konkurencyjną wobec PO listę. – Mówiąc oględnie, koledzy z listy ojca nie bardzo
mi się podobają, lepiej prezentuje się konkurencja. Chociaż pewnie tata i tak
się spodziewa, że zagłosuję na kogoś innego, bo różnimy się w poglądach na wiele
spraw: jestem bardziej konserwatywna niż on – tłumaczy.
Gabriela Chustecka cztery lata temu nie głosowała w wyborach lokalnych, bo nie
zdążyła wrócić do kraju z zagranicznej delegacji z powodu awarii samolotu. Teraz
na szczęście będzie w kraju i nic nie przeszkodzi jej w oddaniu głosu. – Nie
chcę, aby rządził nami ktoś mało kompetentny, dlatego będę głosować – podkreśla.
Jej zdaniem, Polacy bardziej interesowaliby się wyborami samorządowymi, gdyby
nie szkodliwa działalność mediów. – To media, głównie telewizja, nakręcają
spiralę konfliktów politycznych, to one podgrzewają atmosferę wojny między
partiami i to się przenosi na niższy szczebel. Nie dziwmy się więc, że jeśli
ludzie naoglądają się dzienników telewizyjnych przez kilka miesięcy i słyszą
głównie o konfliktach, to mają dość polityki i wyborów. Byłoby zupełnie inaczej,
gdyby w mediach toczyła się prawdziwa debata publiczna na argumenty, no ale
wtedy trudniejsze zadanie mieliby dziennikarze, bo musieliby się dobrze
przygotować do rozmowy – ocenia Gabriela Chustecka. – Pomijam już to, że
większość mediów ma wyraźny przechył w stronę partii rządzącej – dodaje.
Krzysztof Losz
