Na Rosję jest metoda
Jutro, 15 czerwca, rozpoczyna się szczyt Unii Europejskiej, którego jednym
z głównych tematów będzie energetyczne bezpieczeństwo UE. Z kolei w ubiegłym
tygodniu, w piątek, zakończył się w Amsterdamie 23. Światowy Kongres Gazowy
poświęcony perspektywom zaopatrzenia światowej gospodarki w ten surowiec. Tym
wydarzeniom towarzyszą niepokojące wypowiedzi przedstawicieli Gazpromu. Kilka
dni temu jego prezes Aleksij Miller powiedział, że Europa jest skazana na Rosję,
jeśli chodzi o dostawy gazu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Rosja z coraz większą
bezwzględnością używa surowców jako instrumentu nacisku politycznego na Zachód.
Niepoślednią rolę odgrywa w tym Gazprom, stając się de facto najważniejszym
departamentem rosyjskiego ministerstwa spraw zagranicznych.
O niepokojących symptomach w sprawie zaopatrzenia Polski i Europy w surowce
energetyczne oraz sposobach przeciwdziałania zagrożeniom z ekspertem w zakresie
zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego, a także redaktorem naczelnym branżowego
czasopisma "Rurociągi", inżynierem Witoldem St. Michałowskim, rozmawia
Krzysztof Warecki
Czy Rosja wykorzystuje surowce jako instrument osiągania określonych celów
politycznych? Na ile są to działania skierowane na realizowanie interesów ekonomicznych?
– Ceny ropy i gazu mają niewiele wspólnego z faktycznymi kosztami ich wydobycia
i przesyłu. Jest to czysta polityka. Natomiast na Rosję jest metoda, znakomita,
tylko trzeba ją zastosować. Tą metodą jest odbudowanie świadomości narodowej
zamieszkujących na terenie Syberii narodów tureckich – Baszkirów, Tatarów,
Jakutów i innych. Większość nazw syberyjskich wielkich rzek ma przecież tiurkskie
korzenie, a sama nazwa rzeki Moskwa i miasta nad nią leżącego pochodzi przecież
z języka mongolskiego i oznacza "kręty strumień płynący przez bagna".
Jak odbudować narodową świadomość rusyfikowanych od pokoleń narodów?
– Proszę darować, ale posłużę się przykładem z dziejów mojej rodziny. Mimo
że mamy tatarskie korzenie i jeszcze w początkach XIX wieku Michałowscy nosili
imiona Jusup czy Mustafa, to metryka chrztu świętego mego ojca, urodzonego
w 1899 r. w mająteczku Marywil na Kielecczyźnie, była sporządzona po rosyjsku.
Mimo eksterminacji naszych elit przez obu zaborców udało się nam pozostać
Polakami. Syberia była i jest naszą drugą ojczyzną. Tak uważała mieszkająca
w Petersburgu przed I wojną światową polska inteligencja. Przykład pierwszy
z brzegu. Najwybitniejszy poeta Jakucji nazywał się Kułakowski. Zesłany na
katorgę do Ujsola zakonnik św. Rafał Kalinowski był ojcem duchowym Jana Pawła
II. To, czego dokonali Czerski, Czekanowski, Dybowski, Grochowski, Sieroszewski
i dziesiątki innych, przypominać chyba nie ma potrzeby.
Winniśmy narodom Syberii wdzięczność i szacunek. Spłacić ten dług możemy, wspierając
je moralnie w walce z rusyfikacją, alkoholizmem, perfidnie przez moskiewskich
czynowników zaplanowaną degeneracją i wyniszczaniem. W rejon półwyspu Jamał
i Obskiej Guby, zamieszkały od prawieku przez grupy etniczne Chantów i Mansów,
które powinny być właścicielami największych na ziemskim globie, ciągle jeszcze
do końca niewyeksploatowanych złóż gazu, ludzie Gazpromu dostarczają w ogromnych
ilościach tani, skażony chemicznie alkohol. Uzależnieni są od niego wszyscy,
także kobiety i dzieci. Średnia życia mężczyzn nie przekracza 40 lat. Nie mnie
orzekać, czy jest to planowane ludobójstwo.
Dlatego uruchomienie systemu stacji telewizyjnych i radiostacji w Polsce nadających
piosenki narodów Syberii i uświadamiających odbiorcom, czym grozi alkoholizm
i zniszczenie naturalnego środowiska, jednym słowem – programy budzące świadomość
narodową, ale bez elementów polityki, musi odegrać swoją rolę. Należy wesprzeć
– chociażby tylko moralnie – narody takie jak np. Czukcze, które obecnie są
w Rosji obiektem złośliwych drwin, porównywalnych do sławetnych polish jokes,
tylko dlatego że zachowują resztki patriotycznej świadomości. Potrzebne są
działania długofalowe.
Ale działać trzeba chyba szybko. Kilka tygodni temu jeden z przedstawicieli
Gazpromu jednoznacznie zasugerował, że Europa kupuje rosyjski gaz stanowczo
za tanio i jako realistyczną z jego punktu widzenia cenę wymienił tysiąc dolarów
za metr sześcienny.
– Jeżeli cena baryłki ropy podskoczyła w ciągu ostatnich sześciu lat z 20 dolarów
na prawie 75 dolarów i rośnie dalej bez żadnych racjonalnych powodów technicznych,
a jednocześnie związano ceny ropy z ceną gazu – to mamy drastyczny dowód, jak
fikcyjnie te ceny są kształtowane.
W Dumie Państwowej Rosji pojawiła się inicjatywa, aby zapewnić Gazpromowi
monopol na eksport surowców energetycznych z Rosji. Czy celem tej inicjatywy
nie jest wyeliminowanie wewnętrznej konkurencji, która uniemożliwiłaby cenowy
dyktat Rosji?
– Odpowiedź jest prosta. Nie myśmy wymyślili kapitalizm, skoro jednak on jest,
to daje i nam pewne instrumenty działania. Pierwsza liga konsumentów powstała
w Nowym Jorku w roku 1891, aby pohamować galopujące ceny – o ile pamiętam –
mleka. Zróbmy ligę konsumentów gazu (w jej skład powinny wejść: Polska, Ukraina,
Białoruś, kraje bałtyckie, Azerbejdżan i Turcja) i pokażmy Rosjanom… figę.
My mamy ligę konsumentów i nie wpuszczamy ani jednego metra sześciennego gazu
za waszą cenę. Bo to jest nasze terytorium. Bez broni, bez krzyczenia. Najważniejsze,
aby sprawa w ogóle zaistniała, w czym wielką rolę mogą odegrać właśnie media.
Nie możemy zgadzać się na haracz, jaki wyznacza Gazprom. Mieszkańcy Rosji i
tak nic z tego nie mają. Olbrzymie pieniądze idą na flotę 70 podwodnych łodzi
atomowych z zestawem rakietowym Buława 2, dysponującym 10 głowicami każdy,
które są w stanie spenetrować każdy obszar przestworzy na ziemskim globie.
I właśnie na to prezydent Władimir Putin przeznacza wpływy z haraczu gazowego.
Niedawne opowieści, że Ukraina podkrada gaz, są niedorzeczne. To obraza narodu
ukraińskiego. Tym większa, że konta firm rzekomo "podkradających gaz" znajdowały
się w moskiewskich bankach.
Premier Kazimierz Marcinkiewicz od początku swojego urzędowania zabiega w
ramach Unii Europejskiej o dywersyfikację źródeł zaopatrzenia Europy Zachodniej
w surowce energetyczne. Czy jest to możliwe w dającej się przewidzieć przyszłości?
– W należącym do Azerbejdżanu szelfie Morza Kaspijskiego znajduje się złoże
Szah Deniz. 800 miliardów metrów sześciennych gazu. Gazowa rura z tego rejonu
do Polski miałaby długość 2150 kilometrów. Jest to dwa i pół razy bliżej niż
z półwyspu Jamał. Koszt wydobycia azerskiego gazu jest wielokrotnie niższy
niż jamalskiego. Fakt, że fragment tej rury, którą nazwałem swego czasu Gazociągiem
Sarmackim, musiałby na odcinku ok. 200 km przechodzić przez terytorium należącego
obecnie do Rosji Kraju Stawropolskiego, nie ma większego znaczenia, niż na
pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać. Przecież przecinający Polskę odcinek
gazociągu jamalskiego ma długość 682 kilometrów.
W czym więc tkwi problem?
– Azerska dziennikarka Hidżran Alijewa zwróciła uwagę, że problem może tkwić
w ogólnej sytuacji geopolitycznej i mieć ścisły związek z tym, co się dzieje
obecnie w Iranie. Prezydentowi tego kraju trudno zgodzić się na tak radykalną
politykę, jaką z punktu widzenia Rosji jest ścisła współpraca z Zachodem,
ponieważ musi on prowadzić umiejętne kontakty z Rosją, Turcją i Ameryką.
Azerbejdżan jest w niezwykle trudnej sytuacji, bo ma m.in. konflikt z Armenią
– inspirowany zresztą przez Rosjan – o Górny Karabach. Z jednej strony istnieje
silny ruch o podłożu nacjonalistycznym, który dąży do wojny z Armenią, aby
na tej drodze odbić Karabach, ale z drugiej strony są środowiska, które uważają,
że w istocie nie jest to wojna z Armenią, lecz z Rosją.
Z kolei na południu problem komplikuje około 20 milionów Azerów mieszkających
w Iranie, o czym w Europie prawie nikt nie wie. Zabrania się im np. mówić po
azersku. Z tego powodu Azerowie zaczynają się buntować przeciwko reżimowi w
Teheranie. Stwarza to niezwykle dogodną sposobność dla Ameryki do interwencji
w Iranie. Niestety, równocześnie stawia Azerbejdżan w bardzo delikatnej sytuacji
i dlatego kraj ten w obecnej chwili nie może prowadzić samodzielnej polityki.
W Azerbejdżanie wielu uważa, że jedynym poważnym wrogiem jest Rosja. Jednak
Rosję można okiełznać, ale – jak mi się wydaje – na Kaukazie źle grają i Amerykanie,
i Europejczycy. Nie rozumieją mentalności narodów Zakaukazia, które łączą wieki
wspólnej historii.
Jak by Pan ocenił w tym kontekście politykę Unii Europejskiej i w ogóle całego
Zachodu wobec Rosji?
– Absolutnie źle. Powtarza się rok 1924. Powiela się te same błędy co 80 lat
temu. Szczują Ukraińców, szczują nas, żebyśmy wyciągali dla nich kasztany z
ognia. Najbliższy szczyt Unii Europejskiej nic nie zmieni w tym względzie.
Uważam, że sytuację zmieniłyby cztery radiostacje nadające po turecku i w językach
narodów Syberii, o czym wcześniej wspomniałem.
Czy można innymi sposobami przeciwdziałać surowcowemu dyktatowi Rosji, na
przykład poprzez doskonalenie technologii pozyskiwania gazu z węgla, którego
mamy w Polsce pod dostatkiem?
– W czasie II wojny światowej, w okresie bitwy pod Kurskiem, Niemcy zużywały
90 mln ton paliwa. Dla porównania – Polska zużywa obecnie 17 mln ton. Paliwo
to w ogromnej większości było pozyskiwane z węgla. Niemcy nie mieli złóż ropy
naftowej. Technologia jest znana! Pojawia się więc pytanie, dlaczego w Polsce
obecnie się jej nie stosuje? Otóż o rynek na gaz w Polsce zadbali agenci wpływów
Gazpromu, na czele z ich najwybitniejszym przedstawicielem, powszechnie znanym
supermiliarderem. Ale winnymi obecnej sytuacji są nie tylko Rosjanie i ich
agenci wpływów.
W 1997 r. prezydent Azerbejdżanu Gajdar Alijew przyjechał do Polski, aby spotkać
się z prezydentem Polski Aleksandrem Kwaśniewskim. Wspomniana Hidżran Alijewa
twierdzi, że przybył, aby zawrzeć umowę na dostawę azerskiej ropy do naszego
kraju. Działo się to jeszcze przed rozpoczęciem budowy ropociągu BTC Baku –
Tbilisi – Ceyhan. Niestety, nie wiedzieć czemu, umowy nie udało się zawrzeć.
Później jednak okazało się, że była to gra na zwłokę, aby światowe koncerny
na czele z UNOCAL, w którym rodzina prezydenta Busha ma spore udziały, zdążyły
zbudować rurociąg Baku – Tbilisi – Ceyhan. Wbiła nam nóż w plecy nie Rosja,
lecz Ameryka. Do zbudowanego przez Ukraińców rurociągu Odessa-Brody tłoczyć
słonej wody z Morza Czarnego się nie powinno, a azerskiej ropy, którą całą "odsysa" rurociąg
BTC, jest za mało. Zawsze trzeba brać pod uwagę wszystkie kostki domina.
W ubiegłym miesiącu Gazprom zagroził Europie Zachodniej, że jeśli nie zgodzi
się na jego warunki cenowe oraz postulaty związane z likwidacją barier stojących
na drodze do ekspansji rosyjskiego koncernu w krajach zachodnich, to w niedalekiej
przyszłości dostawy surowców energetycznych zostaną przekierowane do Chin.
Na ile realna jest ta groźba?
– Jeżeli chodzi o ropę naftową, to trasa przyszłego ropociągu od rosyjskich
złóż w kierunku Oceanu Spokojnego biegnie szerokim łukiem, omijając od północy
Bajkał, rzekomo na skutek protestów ekologów. Tłumaczenie jest bałamutne, ponieważ
najkrótsza droga do celu przeznaczenia wiedzie przez mongolski płaskowyż Gobi.
Tak poprowadzony rurociąg Tajszet – Morze Żółte byłby aż trzy razy tańszy niż
wokół Bajkału. Zasadniczym powodem jest to, że tak poprowadzony rurociąg jest
poza zasięgiem terytorium chińskiego, wyraźnie zaznaczonym na historycznych
mapach dostępnych obecnie w ambasadzie tego kraju w Warszawie. Chińczycy władali
południem Syberii przez blisko dwa tysiące lat. Kozacy dla rosyjskich carów
skolonizowali ten obszar dopiero 300 lat temu. Obecnie wszystkie chińskie dzieci
uczą się w szkołach, że teraz połowa terytorium ich kraju należy do byłego
kolonialnego imperium. To jest prawdziwy powód, dla którego trasę tego rurociągu
naftowego poprowadzono na północ od Bajkału. Zbudowany zostanie, jeśli w ogóle
do tego dojdzie, dopiero za 5 do 6 lat.
Jeżeli chodzi o gaz, to w rejonie pustyni Takla Makan istnieją rzekomo duże
złoża tego surowca. Dlatego groźby Gazpromu adresowane są – moim zdaniem –
głównie do osób nieznających historii i geografii. Dla Rosjan jest to swoista
gra w szachy, a oni grają w nią znakomicie. Udowodnili to w przypadku Białorusi,
izolując Aleksandra Łukaszenkę na arenie międzynarodowej i uzyskując w ten
sposób nad nim kontrolę. Łukaszenko w stosunku do tego, co się dzieje w Rosji,
a nawet w Stanach, jest superliberalnym politykiem. I chociaż na Zachodzie
ukazało się kilka pochlebnych o Łukaszence artykułów, u nas pan Michnik i jego
gazeta nadal zieją na niego. To, co się będzie działo na Białorusi, jest w
znacznym stopniu rezultatem błędów naszych elit politycznych i reprezentowaniem
przez nie, niestety, nie zawsze polskiej racji stanu.
Jak ocenia Pan generalnie polską politykę energetyczną?
– Nie mamy jej. Rosjanie wyznaczyli haracz na ropę i gaz. Jeżeli Rosja może
to czynić bezkarnie, to tak robi. Wina, że tak się dzieje, leży po naszej
stronie. Nasi decydenci najwyższego szczebla, na skutek tego, że nie było
racjonalnego systemu finansowania działalności partii politycznych, od lat
są korumpowani przez agentów wpływów rosyjskich. W efekcie jako państwo nie
mamy polityki energetycznej. W jaki sposób można pohamować rosyjski dyktat?
Jest na to kilka prostych wspomnianych wyżej sposobów oraz oczywiście faktyczna
dywersyfikacja dostaw surowców energetycznych, zmniejszenie energochłonności
naszego budownictwa (blisko połowa energii w skali kraju przeznaczona jest
na ogrzewanie pomieszczeń). Intensyfikacja wydobycia i zgazyfikowania złóż
węgla, wykorzystanie energii odnawialnych.
Szum medialny towarzyszący negocjacjom o budowie tzw. gazociągu norweskiego
zamiast terminalu LNG umożliwiającego odbiór skroplonego gazu ziemnego jest
dowodem na to, że kremlowscy szachiści kolejną partię rozgrywają z korzyścią
dla siebie. Już 31 lat temu na łamach "Przeglądu Technicznego" opublikowałem
artykuł pt. Czekamy na LNG. Niestety, w IV RP czekamy nadal.
Dziękuję za rozmowę.
