Na Polaków czeka szklany sufit
Z dr Brygidą Solgą, pracownikiem Politechniki Opolskiej i Instytutu
Śląskiego w Opolu, rozmawia Agnieszka Żurek
Czy otwarcie 1 maja 2011 roku niemieckiego i austriackiego rynku pracy może
doprowadzić do potężnej fali emigracji młodych ludzi z Polski?
– Na zagadnienie emigracji należy patrzeć z dwóch perspektyw – kraju, który się
opuszcza, i tego, do którego się przyjeżdża. Są to tak zwane czynniki push i
pull. Trzeba brać pod uwagę także charakter obecnej emigracji z Polski. Pod
względem jakościowym różni się ona zasadniczo od emigracji sprzed 2004 roku.
Wzrasta częstotliwość wyjazdów ludzi coraz młodszych i coraz lepiej
wykształconych. Rzadko podejmują oni decyzję o powrocie do kraju. Skoro po 2004
roku wiele osób wyjechało do Anglii czy Irlandii, a zatem krajów dalekich i w
zasadzie nieznanych wówczas Polakom, to co będzie mogło powstrzymać Polaków
przed wyjazdami do Niemiec, dużo bliżej położonych? W Niemczech dodatkowo
istnieje szeroka i prężnie funkcjonująca sieć migracyjna. Penetracja
niemieckiego rynku pracy odbywa się tam bowiem od kilkudziesięciu lat. Elementem
przyciągającym jest też ogólnie dobra znajomość niemieckiego rynku pracy, a
przede wszystkim wciąż jeszcze większe zarobki za granicą w porównaniu do tych,
które możemy uzyskać w Polsce.
Niemcy są tradycyjnym kierunkiem emigracji Polaków, choć nasza akcesja do
Unii nieco tę sytuację zmieniła.
– Dla niektórych regionów Polski – szczególnie dla Śląska – z powodów
historyczno-prawnych i społecznych Niemcy wciąż są najważniejszym kierunkiem
emigracji. Emigracja ta miała w przeszłości bardzo różny charakter. Przed 1989
rokiem, wtedy gdy wyjazdy były nielegalne, wyjeżdżano na stałe, najczęściej na
podstawie tzw. wizy turystycznej. Mieszkańcy regionu opolskiego, którzy byli
zainteresowani wyjazdem do Niemiec, wyrabiali tzw. wizę turystyczną i z takiego
wyjazdu po prostu nie wracali. Po 1989 roku, kiedy dostaliśmy paszporty,
charakter emigracji zmienił się w sposób zasadniczy. Wyjeżdżano w dalszym ciągu
na dużą skalę, były to jednak wyjazdy już nie na stałe, ale czasowe, przede
wszystkim o charakterze zarobkowym. Po 2004 roku Niemcy spadły na niższą
pozycję, jeśli chodzi o wybór kierunku emigracji. Zaczęto wyjeżdżać przede
wszystkim do Wielkiej Brytanii czy Irlandii, a zatem do tych krajów, które jako
pierwsze otworzyły swoje rynki pracy. Niemcy pozostały jednak na czołowej
pozycji, jeżeli chodzi o kierunki emigracji.
Jakie zjawiska są kluczowe w dynamicznie zmieniającym się charakterze
emigracji Polaków?
– Po 2004 roku wyjeżdża się raczej nie na stałe. Jest to emigracja –
przynajmniej w zamierzeniu – czasowa. Często okazuje się ona jednak emigracją de
facto stałą czy trwałą, bo zdarza się, że mimo deklarowanej chęci powrotu
przebywamy na emigracji kilka czy kilkanaście lat. Funkcjonujemy obecnie w
czasach tzw. homo migrans, jesteśmy coraz bardziej globalną wioską, integracja
europejska umożliwia nam takie nieskrępowane przemieszczanie się. Trudno w
takiej sytuacji odróżnić emigrację stałą od emigracji czasowej.
Dokąd – oprócz Niemiec – emigrują mieszkańcy Śląska?
– Dla Śląska Opolskiego ważnym kierunkiem emigracji jest dzisiaj także Holandia.
Bardzo wiele firm pośrednictwa pracy funkcjonujących w Polsce oferuje
zatrudnienie właśnie w Holandii. Jest to na ogół praca tymczasowa, do
wykonywania której w zasadzie nie trzeba mieć wielkich umiejętności, nie trzeba
nawet znać języka. Wystarczy znaleźć sobie pracę w jednym z 80 biur
pośrednictwa, które istnieją w Opolu, na drugi dzień wsiąść do busa i pojechać.
Jacy są dzisiejsi emigranci z Polski?
– Są młodzi, coraz lepiej wykształceni, w dużej części nie posiadają jeszcze
bezpośrednich zobowiązań rodzinnych, są tuż po szkole lub w pierwszej grupie
wiekowej aktywności zawodowej. Mają duże oczekiwania, marzenia i nadzieje. Z
tego też powodu ich emigracja jest bardzo nieprzewidywalna. Emigranci, którzy
wyjechali po 1 maja 2004 roku – jak pokazują badania – to osoby, które choć
deklarują chęć powrotu do Polski, w praktyce nie wracają. Niektórzy pracują już
od wielu lat w Wielkiej Brytanii, Irlandii, Holandii, Islandii. Nawet trudny
czas kryzysu, który dotknął te kraje, woleli przeczekać za granicą, niż wracać
do Polski. Decyzję o powrocie uzależniają od sytuacji ekonomicznej w Ojczyźnie –
im będzie ona lepsza, tym więcej Polaków rozważy powrót do kraju. Na razie
wszystko wskazuje na to, że dominują bardziej czynniki skłaniające Polaków do
wyjazdu czy pozostania za granicą niż przyciągające do kraju. Często mamy
natomiast okazję słyszeć – i to zarówno na poziomie władz centralnych, jak i
regionalnych tych obszarów, z których wiele osób w ostatnim czasie wyjechało –
że zachęca się Polaków do powrotu.
Skutecznie?
– Samo "zachęcanie" nie wystarczy. Trzeba stworzyć konkretne warunki, które
przyciągnęłyby emigrantów do Polski. Nie chodzi tylko o przekonywanie, że powrót
byłby dla nich rozsądnym i opłacalnym rozwiązaniem. Jeśli mamy kreować migrację
powrotną, musimy mówić o reemigracji mającej pozytywny charakter, a zatem
takiej, która wiązałaby się z efektywną reintegracją społeczną powracających –
przede wszystkim na rynku pracy. Najgorszym wyjściem – i to zarówno dla regionów
migracyjnych, jak i samych migrantów – jest sytuacja, w której Polacy powracają,
a potem niestety rejestrują się jako bezrobotni. Warto oczywiście tworzyć taki
system zachęt, konkretnych narzędzi i instrumentów finansowych, społecznych,
ekonomicznych i innych, po to, aby wykorzystać kapitał zgromadzony przez
migrantów za granicą. Nie chodzi tu o kapitał jedynie materialny, ale także o
zdobyte kwalifikacje, umiejętności, wiedzę, doświadczenia w dziedzinie tego, jak
funkcjonuje rynek pracy w społeczeństwach wysokorozwiniętych. Wykorzystanie tego
kapitału migranckiego i przetransferowanie go np. w rozwój małej i średniej
przedsiębiorczości nadałoby migracjom efektywne ekonomicznie znaczenie.
Berlin prowadzi obecnie kampanię mającą na celu zachęcić młodych Polaków do
emigracji.
– Niemcy borykają się z kryzysem demograficznym i wynikającym z niego problemem
deficytu siły roboczej na rynku pracy.
Szeroko na ten temat dyskutują zarówno politycy, np. minister gospodarki Rainer
Bruederle i polityki zagranicznej Guido Westerwelle, jak i naukowcy, choćby
profesor Klaus Zimmermann, szef renomowanego Niemieckiego Instytutu Badań nad
Gospodarką. Aby zapewnić gospodarce trwały rozwój – zdaniem niemieckich
ekonomistów – istnieje potrzeba imigracji co najmniej 500 tys. osób rocznie. Jak
wyliczyli, od 2015 r. z rynku pracy ubywać będzie około 250 tys. pracowników
rocznie. Konieczne będzie ponadto wydłużenie wieku emerytalnego do 70 lat.
Sytuacja ta będzie zatem generowała coraz większy popyt na imigrantów. Im
większy on będzie, tym większe będzie też nasze zmartwienie odnośnie do kolejnej
fali emigracyjnej po 1 maja 2011 roku. Będą się tutaj ścierały wszystkie
wymienione czynniki push i pull. Imigranci są bardzo potrzebni na zachodnim
rynku pracy także ze względu na sam sposób jego funkcjonowania w tych krajach.
Jest to tak zwany dualny rynek pracy.
Pierwszej i drugiej kategorii?
– Możemy mówić o podziale na tzw. sektor pierwszorzędny oferujący pracę
wysokopłatną, rozwojową, ludziom o wysokich kwalifikacjach – tych prac podejmuje
się przede wszystkim rodzima siła robocza, i "drugorzędny sektor rynku pracy",
który oferuje zajęcia trudne, relatywnie nisko płatne. Te ostatnie często
podejmowane są właśnie przez cudzoziemską siłę roboczą. Dzisiaj trudno już
byłoby funkcjonować tak ukształtowanemu rynkowi pracy bez imigrantów. Ostatnio
obserwujemy to zjawisko także w Polsce. Do niedawna polscy studenci w okresie
przerw wakacyjnych bardzo chętnie podejmowali się prac sezonowych w sadownictwie
czy ogrodnictwie, teraz są to natomiast prace, które – owszem – wykonują, ale
już nie tutaj, w Polsce, lecz na przykład właśnie w Niemczech czy Holandii. Do
tego typu prac trudnych do Polski z kolei przyjeżdżają imigranci z niżej
rozwiniętych krajów, na przykład zza wschodniej granicy. Imigracja tego typu nie
jest oczywiście nowym zjawiskiem, bo już po 1989 roku pojawiła się w Polsce. W
sensie ilościowym nie ma jeszcze charakteru znaczącego, ale należy się
spodziewać, że także u nas będzie miała coraz większe znaczenie.
Jakie prace podejmują więc młodzi Polacy wyjeżdżający do naszego zachodniego
sąsiada?
– W Niemczech młodzi ludzie z Polski będą potrzebni do tych zajęć, na które nie
ma chętnych wśród rodzimej siły roboczej, takich jak praca na roli, w
sadownictwie, w budownictwie czy opieka nad starszymi osobami. Są to prace
trudne, niewdzięczne i niżej płatne. W Niemczech już dziś bardzo brakuje także
informatyków czy inżynierów. Należy się zatem spodziewać, że również wysokiej
klasy specjaliści będą zachęcani do przyjazdu do Niemiec. Kiedy polski
informatyk czy naukowiec wyjeżdża po to, żeby za granicą pracować właśnie jako
informatyk czy naukowiec, mamy do czynienia z klasycznym drenażem mózgów. W ten
sposób tracimy specjalistów, których wykształciliśmy. Zjawisko, z którym
najczęściej mamy do czynienia obecnie, to sytuacja innego rodzaju, określana
mianem deprecjacji kwalifikacji. Wyjeżdżają osoby wykształcone, o określonych
umiejętnościach – wśród nich coraz więcej osób po studiach – natomiast za
granicą nie podejmują pracy w swoim zawodzie. Zdarza się, że absolwent wydziału
zarządzania czy filologii pracuje na tzw. zmywaku.
Czy grozi nam masowy odpływ z Polski młodych wykształconych ludzi?
– Nic nie wskazuje na to, aby struktura demograficzna emigrantów miała się
zmienić. W dalszym ciągu wyjeżdżać będą najczęściej młodzi, wykształceni ludzie,
którzy w związku z niedopasowaniem struktury kształcenia do potrzeb rynku pracy
będą mieli problemy ze znalezieniem zatrudnienia w Polsce bądź też zatrudnienie
im zaproponowane będzie mało atrakcyjne w stosunku do ich planów – aby się
usamodzielnić, kupić mieszkanie, założyć rodzinę. Będą brali pod uwagę te
czynniki, na które zwracałam już uwagę – przede wszystkim oczywiście wciąż
jeszcze dużą opłacalność emigracji. Nadal, pracując za granicą, można zarobić
kilkakrotną wartość polskiej pensji. Ta sytuacja spowoduje, iż skala wyjazdów
będzie wciąż znacząca. Wydaje się jednak, że nie przybierze ona charakteru
masowego. Na pewno nie nastąpi to w odniesieniu do regionu opolskiego. Kto
bowiem chciał stąd wyjechać i zarabiać w Niemczech, już to zrobił. Coraz
częściej widać jednak, że osoby te podejmują decyzję o zaprzestaniu migracji i
powrocie do kraju.
Co najczęściej stoi za decyzją o wyjeździe? Tylko bezrobocie?
– Najczęściej tak. Choć – zwłaszcza w niektórych społecznościach regionalnych
czy lokalnych – nadal panuje "moda na wyjazdy", choć jednocześnie należy
zauważyć, że – jak pokazują badania – młode pokolenie zdecydowanie częściej niż
przed kilkoma laty skłonne jest traktować emigrację jako ostateczność. Decydują
się na nią wtedy, kiedy już naprawdę nie ma szans na zdobycie w miarę choćby
satysfakcjonującej pracy.
Czasowa, ale jednak długotrwała migracja zarobkowa ukształtowała rodziny
niepełne.
– Najczęściej do Niemiec wyjeżdża mąż-ojciec i pracuje tam do emerytury. W
Polsce natomiast pozostaje rodzina. Coraz częściej jednak wyjeżdżają też
kobiety. Ta tzw. migracja wahadłowa, z którą mamy tu do czynienia, oznacza życie
na huśtawce – jak określił to zjawisko prof. Marek Okólski z Uniwersytetu
Warszawskiego – które jest efektem funkcjonowania między regionem pochodzenia –
np. Śląskiem Opolskim – i rodziną, która tu pozostała, a miejscem pracy na rynku
niemieckim. Z pewnością nie jest to sytuacja korzystna dla funkcjonowania
rodzin. Zmęczenie takim życiem to czynnik, który najczęściej brany jest pod
uwagę w podjęciu decyzji o powrocie.
Dziękuję za rozmowę.
