Na koniec pieriedyszki – widok znajomy ten

Stanisław Michalkiewicz

Kolejna już w historii Polski, dwudziestoletnia pieriedyszka, powoli dobiega końca, więc obserwuje sytuację nie tylko razwiedka tubylcza, ale kto wie – może i gestapo już typuje do przyszłych awansów?

Po wyborach parlamentarnych i prezydenckich w 2005 r. Prawo i Sprawiedliwość zapowiedziało ustawę o likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych oraz ustawę przewidującą ujawnienie materiałów wytworzonych w PRL przez Urząd Bezpieczeństwa i Służbę Bezpieczeństwa. I rzeczywiście – Sejm uchwalił trzy ustawy: ustawę z 9 czerwca 2006 r. o Służbie Kontrwywiadu Wojskowego oraz o Służbie Wywiadu Wojskowego, ustawę z 9 czerwca 2006 r. o służbie funkcjonariuszy Służby Kontrwywiadu Wojskowego i Służby Wywiadu Wojskowego, i wreszcie – ustawę z 9 czerwca 2006 r. – przepisy wprowadzające do dwóch wyżej wymienionych ustaw. Artykuł 57 tej ostatniej ustawy przewidywał, że Wojskowe Służby Informacyjne zostaną zlikwidowane z dniem 30 września 2006 roku. I tak się stało. Zanim to jednak nastąpiło, na podstawie wspomnianych przepisów ustaw rozpoczęła swoją działalność komisja likwidacyjna, której członków w połowie, to jest 12 – powoływał premier, a w połowie – prezydent. Komisja ta od funkcjonariuszy WSI, którzy zamierzali podjąć służbę w nowych strukturach, zbierała oświadczenia między innymi na temat tajnej współpracy z przedsiębiorcami, nadawcami radiowymi i telewizyjnymi, redaktorami naczelnymi, dziennikarzami i wydawcami. Po likwidacji WSI komisja ta, już jako weryfikacyjna, badała prawdziwość tych wszystkich oświadczeń. Na tej podstawie miała sporządzić raport i o likwidacji, i o weryfikacji, który pierwotnie miał trafić do prezydenta, marszałka Sejmu i premiera. Jednakże z inicjatywy prezydenta Lecha Kaczyńskiego doszło do nowelizacji ustawy z 9 czerwca – przepisy wprowadzające. Nowelizacja ta, dokonana ustawą z 14 grudnia 2006 r. w art. 70c ust. 1 postanawiała, że przewodniczący komisji weryfikacyjnej niezwłocznie przekazuje raport prezydentowi, prezesowi Rady Ministrów i wicepremierom, zaś dopiero prezydent przekazuje go marszałkom Sejmu i Senatu. Prezydent decydował też o terminie i zakresie przekazania raportu do publicznej wiadomości, zaś jego postanowienie w tym względzie było równoznaczne z uchyleniem tajności tego dokumentu. 16 lutego 2007 r. prezydent wydał postanowienie o podaniu do wiadomości publicznej raportu o działaniach żołnierzy i pracowników WSI wykraczających poza sprawy obronności państwa i bezpieczeństwa Sił Zbrojnych.

Treść raportu potwierdzała wcześniejsze przypuszczenia, że Wojskowe Służby Informacyjne, które nietknięte przetrwały całą sławną „transformację ustrojową”, nie tyle służyły Rzeczypospolitej Polskiej, co zwyczajnie podporządkowały ją sobie, przejmując kontrolę nad co najmniej tysiącem najważniejszych z punktu widzenia gospodarki i funkcjonowania państwa przedsiębiorstw, a w szczególności – nad infrastrukturą finansową. Uczyniły to dzięki pozyskaniu do współpracy wielu państwowych dygnitarzy i wpływowych polityków oraz ludzi ze świata mediów i przemysłu rozrywkowego – dzięki czemu udawało się im neutralizować w opinii publicznej wszelkie podejrzenia co do podwójnej roli WSI w państwie. Oczywiście ci wszyscy tajni współpracownicy i sympatycy razwiedki zostali w tym momencie zmobilizowani dla potrzeb kampanii, której celem było z jednej strony stworzenie w opinii publicznej wrażenia, że raport jest dokumentem bez znaczenia, że nie zawiera żadnych rewelacji, a jeśli nawet coś na rewelację wygląda, to jest to wyssane z brudnego palca chorych z nienawiści ludzi tworzących komisję weryfikacyjną, słowem – repertuar znany z „nocnej zmiany” w roku 1992. Brakowało tylko okolicznościowego wiersza Wisławy Szymborskiej, która wtedy, w ramach świadomej dyscypliny, zrozumiała powinność swej służby i za załatwienie Nagrody Nobla odwdzięczyła się poezyją pod tytułem „Nienawiść”. Drugim wszelako nurtem kampanii skierowanej przeciwko raportowi były oskarżenia, iż naraża on na szwank bezpieczeństwo państwa, a zwłaszcza żołnierzy bohatersko walczących z nieprzyjaciółmi rodzaju ludzkiego w Iraku i Afganistanie. Wprawdzie jeden zarzut wykluczał, a w każdym razie podważał drugi, ale socjotechnicy z razwiedki doskonale wiedzieli, że ludzie mają wprawdzie dobrą pamięć, ale krótką, więc można zaryzykować. Czyż najlepszym tego dowodem nie były głosowania w wyborach parlamentarnych w roku 1993 i w 2001, wskutek których rządy w Polsce objęli dawni funkcjonariusze Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, gotowi jeszcze w niedawnych latach 80. wymordować wszystkich dookoła, byle tylko dogodzić Związkowi Radzieckiemu?

Wreszcie – nie na darmo razwiedka pozakładała sobie stacje telewizyjne i rozgłośnie radiowe, nie na darmo powtykała do mediów swoich tajnych współpracowników. Wprawdzie Wojskowe Służby Informacyjne zostały formalnie zlikwidowane, ale ta oficjalna nieobecność okazała się tylko wyższą formą obecności. Okazało się, że WSI, chociaż rozwiązane, dysponują nie tylko własną reprezentacją parlamentarną, prokuraturami i sądami, nie tylko mediami i ekspertami, ale również zastępami autorytetów moralnych, gotowych na głos trąbki stanąć do szeregu. Gdyby tak wojsko z równym zapałem broniło niepodległości i państwa przed penetracją obcej agentury, Polska miałaby zadatki na regionalne mocarstwo, ale niestety – problem polega na tym, że nasza razwiedka, w odróżnieniu – dajmy na to – od rosyjskiej, patrzy tylko, jak by tu szybko całe państwo rozkraść, a potem znaleźć kogoś, kto zapewni bezpieczne przetrawienie „nagrabliennogo”. W rezultacie udało się pozbawić publikację raportu rezonansu, na jaki zasługiwałby w normalnym państwie.

Jednak niebezpieczeństwo nie zostało całkowicie rozładowane, bo nowelizacja z 14 grudnia 2006 r. przewidywała, że w miarę ujawniania nowych okoliczności, do raportu będą dołączane uzupełnienia. Trzeba powiedzieć, że i pan prezydent rzucił razwiedczykom linę ratunkową, rodzaj oferty pojednania, w postaci oświadczenia, iż nie będzie ujawniał fragmentów zagrażających bezpieczeństwu państwa albo bezpieczeństwu „sił zbrojnych”. Wygląda jednak na to, że razwiedka pozostała głucha na te syrenie śpiewy i postawiła – jak to wyraził były minister obrony Radosław Sikorski – na „dorżnięcie watahy”, żeby mieć spokój i z komisją weryfikacyjną, i z lustracją przy okazji też. Inna sprawa, że w kwestii lustracji postępowanie pana prezydenta też nie było zbyt czytelne. Oto zgodnie z przedwyborczymi zapowiedziami PiS, Sejm uchwalił ustawę z 8 października 2006 r. o ujawnieniu informacji o dokumentach organów bezpieczeństwa państwa… i tak dalej. Przewidywała ona, że materiały będące w posiadaniu IPN zostaną ujawnione, a jeśli komuś nie będzie się podobało, co tam bezpieka na jego temat sporządziła, to niech dochodzi prawdy przed sądem. Przeciwko tej ustawie wystąpiła ponad podziałami zagadkowa koalicja senatorów, wysuwając różne wzruszające argumenty, którymi, ku zdumieniu zwolenników lustracji – bardzo przejął się i wzruszył również pan prezydent. Z jego inicjatywy pojawiła się nowela do tej ustawy, w której przywrócił on wszystkie mechanizmy pomyślane do blokowania lustracji – z postępowaniem przed „niezawisłymi sądami” włącznie. Jeśli nie położyć tego na karb nieznajomości rzeczy, to musimy uznać, że pan prezydent może być bardziej przebiegły, niż wygląda. Zresztą – cóż innego mamy sobie pomyśleć, zwłaszcza po wyroku niezawisłego Trybunału Konstytucyjnego, który ze znowelizowanej przez pana prezydenta ustawy lustracyjnej pozostawił tylko ruiny i zgliszcza?

Toteż gdy Prawo i Sprawiedliwość, jak można się domyślać – na własne życzenie przegrało ubiegłoroczne wybory, 8 listopada 2007 r. ukazało się zarządzenie premiera przewidujące zakończenie działalności komisji weryfikacyjnej na 30 czerwca 2008 roku. Był to rodzaj pocałunku Almanzora, jaki pan premier Jarosław Kaczyński złożył na czole tej komisji, wskazując jednocześnie razwiedce właściwy modus operandi. Nowy rząd premiera Donalda Tuska, zdając sobie sprawę, czyja ręka przywiodła go do tak prestiżowych stanowisk w państwie, w podskokach zaczął realizować politykę odwdzięczania się, która obejmowała również, a właściwie przede wszystkim kwestie bezpieczeństwa. Nie chodzi oczywiście o bezpieczeństwo państwa, przeciwnie – o zagwarantowanie bezpiecznej osłony procesowi odzyskiwania i umacniania odzyskanych przez razwiedkę pozycji w strukturach państwa, gospodarce, mediach i wszystkich innych dziedzinach – ostatnio nie wiadomo dlaczego również w ochronie zdrowia. Za parawanem „rządu miłości” dokonuje się okupacja Polski przez razwiedkę, która najwyraźniej chce z tym zdążyć jeszcze przed planowanych Anschlussem do Eurokołchozu. Właściwie sytuacja jest już niemal w całości pod kontrolą, czego spektakularnym wyrazem są przeprosiny składane przez ministra obrony Bogdana Klicha osobom umieszczonym w raporcie komisji weryfikacyjnej w charakterze funkcjonariuszy bądź konfidentów razwiedki. Współczując ambitnemu psychiatrze, który dostał się pod ostrza tak potężnych szermierzy, trudno jednak nie zauważyć, że i tak jest on szczęściarzem, iż zirytowani dekonspiracją potentaci nie zażądali od niego praktykowanego wśród kryminalistów bardziej upokarzającego zadośćuczynienia. Zresztą – kto wie – może i zażądali, tyle że nie na oczach publiczności? Jednak całkiem bezpiecznie nie jest, bo przecież komisja weryfikacyjna sporządziła jednak jakieś uzupełnienia zwane „Aneksem”, o którym krążą różne wieści, ale którego nikt nie widział. Niepokój muszą odczuwać zwłaszcza trzej byli ministrowie obrony: Janusz Onyszkiewicz, Bronisław Komorowski i Jerzy Szmajdziński – ponieważ trudno sobie wyobrazić, żeby okupacja Polski przez razwiedkę odbywała się i rozwijała bez ich wiedzy i aprobaty. Musimy tak domniemywać choćby przez rewerencję dla tych dygnitarzy, a w szczególności – dla pana Janusza Onyszkiewicza, który przy tym wszystkim jest również autorytetem moralnym, może nie takim jeszcze jak „drogi Bronisław”, niemniej jednak. Myśl, że mógł on o niczym nie wiedzieć i został przez razwiedkę postawiony na stanowisku ministra obrony w charakterze muła, byłaby w najwyższym stopniu nietaktowna. Ale nie da się ukryć, że jeśli rzeczywiście „Aneks” sugeruje podejrzaną tolerancję owych ministrów dla razwiedkowej okupacji Polski, to też dobrze nie wygląda. Nic więc dziwnego, że zainteresowanie zawartością „Aneksu” rośnie do tego stopnia, iż razwiedka, porzuciwszy wszelkie pozory, musiała nakazać policmajstru premiera Tuska, by „powinność swej służby zrozumiał” i spuścił ze smyczy prokuratorów i bezpieczniaków. Tak oto doszło do „przeszukań” u Piotra Bączka i dr. Leszka Pietrzaka. Najwyraźniej policmajster jeszcze nie wie, czy razwiedka każe mu ich „sądzić” – więc będzie musiał wykombinować przeciwko nim jakieś „zarzuty”, a potem znaleźć odpowiednio niezawisły sąd, żeby wszystko było gites tenteges – czy na razie jeszcze nie każe. Toteż są oni póki co „świadkami”, jako że już Rejent Milczek odkrył, iż „nie brak świadków na tym świecie”, ale na wszelki wypadek bezpieka robi im kipisz w mieszkaniach, żeby jednak od zbytku praworządności nie poprzewracało im się w głowach. Bo kiedy przyjdzie „prikaz z rajkoma” („Priszoł prikaz z rajkoma: rasstrielat wsiech pa domach…”), to i całą Komisję Weryfikacyjną się wyaresztuje i tak dalej, ale na razie – cyt! Widać, że nie tylko prokuratorzy krajowi zdolni są do wszystkiego, ale i funkcjonariusze ABW. Jeden z nich chyba naprawdę myślał, że nie musi się legitymować, kiedy o nic niepodejrzewanemu cywilowi rozkazuje ściągać spodnie do osobistej rewizji. Widać, że młode kadry poczucie władzy mają we krwi, niczym starzy czekiści, i nie są gorsze od starszych, a jak trzeba będzie komuś znowu przywiązać „kamulki do nóg”, to ochotników nie zabraknie. Nic dziwnego; kolejna już w historii Polski, dwudziestoletnia pieriedyszka, powoli dobiega końca, więc obserwuje sytuację nie tylko razwiedka tubylcza, ale kto wie – może i gestapo już typuje do przyszłych awansów?

drukuj