Murdoch ginie od własnej broni
Ta historia ekscytuje cały świat. Oto Rupert Murdoch, jeden z
najpotężniejszych ludzi, posiadacz globalnego imperium medialnego News Corp.,
publicznie przesłuchiwany jest przed komisją parlamentarną i publicznie
przeprasza za to, że jego ludzie zlecali masowe podsłuchy rozmów telefonicznych,
w tym podsłuchy ofiar zamachów i ich rodzin. Czy tak mocno dziś ugodzony Murdoch
przejdzie do kontrataku? Trudno uwierzyć, że nadal silne finansowo imperium
podda się bez walki. Na razie przyjęło taktykę przepraszania, współpracy z
organami ścigania, pełnej otwartości i wyczekiwania.
Rupert Murdoch musi zamknąć poczytną brukową gazetę niedzielną "News of the
World", kończąc jej żywot po 160 latach i poświęcić najbardziej zaufanych ludzi,
aresztowanych, zatrzymywanych i przesłuchiwanych z ciężkimi zarzutami. Musi
pogodzić się z tym, że nie uda mu się odkupić od państwa większościowych
udziałów w największej brytyjskiej platformie satelitarnej BSkyB, w której miał
dotąd 39 proc. i która była jego oczkiem w głowie. Ze znajomości i spotkań z nim
tłumaczy się w Izbie Gmin brytyjski premier David Cameron, zagrożony nawet
dymisją. Wartość gigantycznego majątku Murdocha, szacowanego na 60 mld USD, na
giełdzie gwałtownie spada. I co najważniejsze, nikt nie wie, kiedy i w jakich
rozmiarach ujawnią się kolejne rozdziały skandalu. Jeden z brytyjskich
dziennikarzy napisał nawet kilka dni temu, że na scenie jest już więcej trupów
niż w końcowej scenie "Hamleta".
W walce o rząd dusz
Murdoch urodził się w 1931 roku w Australii. Odebrał wykształcenie w Oksfordzie,
gdzie przyjrzał się – co ważne – mediom w Wielkiej Brytanii, w której wymyślono
tanie brukowce zwane tabloidami. Rozpoczął swą wielką karierę biznesową na
antypodach, rozbudowując do wielkich rozmiarów skromny majątek ojca – wydawcy
gazety. Z biegiem lat opanował także rynek brytyjski i amerykański, a nawet
indyjski, inwestując m.in. w płatną telewizję FOX i słynną wytwórnię filmową
20th Century Fox, rozgłośnie radiowe, platformy satelitarne i portale
internetowe. Został właścicielem wpływowego dziennika "The Wall Street Journal"
w USA i "The Times" w Anglii. Nabył także udziały w kanale TV National Geografic
i firmach medialnych ulokowanych w Azji i Ameryce Południowej. Roczne przychody
jego firm na świecie wynoszą blisko 33 mld USD. Ale nie pieniądze są
najważniejsze. Najważniejszy jest niespotykany w dziejach wpływ na światową
opinię publiczną. W samej Wielkiej Brytanii, jak podaje serwis BBC, jego gazety
czyta 14 mln ludzi (to najsilniejszy koncern prasowy), jego serwisy internetowe
mają 5 mln użytkowników (3. miejsce), jego telewizję ogląda 12 mln ludzi (3.
miejsce). Nic dziwnego, że śledztwo w tej aferze stanowi polityczne i biznesowe
trzęsienie ziemi.
W historii mediów masowych Murdoch zasłynął jako wyjątkowo konsekwentny uczeń
wynalazców tabloidów epatujących sensacją i wykorzystujących najniższe instynkty
masowego odbiorcy dla powiększenia dochodów wydawcy. Jego wpływ na kształt
mediów w XX w. był niezwykle silny i wielu znających się na prasie ludzi
twierdzi niebezpodstawnie, że to Murdoch jest głównym winowajcą obniżenia
jakości dziennikarstwa i zepsucia mediów w ogóle, w pogoni za zyskiem. On sam
bronił się, że robi to, by ujawniać występki możnych tego świata, stając po
stronie zwykłych ludzi i dając im tani dostęp do tego, czego oczekują.
Drugim charakterystycznym rysem Murdocha było upodobanie do licznych kontaktów z
przywódcami politycznymi oraz łączenie świata mediów i świata polityki. Wśród
kilkunastu osób, jakie rządzą imperium News Corp, znajdziemy np. José Marię
Aznara, byłego premiera Hiszpanii. Kazus Murdocha wzmacnia pikantny fakt, że
budując swoje imperium, łączył brukową tanią sensacyjność swej masowej oferty z
równoczesnym "obstawianiem" prawej strony sceny politycznej. W świecie mediów,
zwykle sympatyzującym politycznie z lewicą, np. z Demokratami w USA czy z Partią
Pracy w Wielkiej Brytanii, był swoistym odmieńcem i solą w oku. Dlatego obecny
skandal z tak wielką satysfakcją opisują lewicowi dziennikarze, ciesząc się z
upadku potężnego konkurenta, dodatkowo znienawidzonego za wspieranie
amerykańskich republikanów i brytyjskich konserwatystów, choć – jak się okazuje
– także wieloletni premier z Partii Pracy Tony Blair z upodobaniem spotykał się
z właścicielem News Corp. Oskarżenia mają jednak solidną podstawę i świadczą o
tym, że dziwaczne połączenie prawicowych sympatii z niegodziwymi metodami
dziennikarskimi musi prowadzić wcześniej czy później do katastrofy, co tu dużo
mówić – dotkliwszej dla prawicowych polityków, bo może okazać się, że ich dobre
imię jest nie do odzyskania. Murdoch jeszcze nie dał za wygraną, ale
najwyraźniej ginie od broni, której sam z upodobaniem używał.
Sprawę zamiatano pod dywan
O tym, że brukowce żywią się tym, co podsłuchają, podpatrzą i rozdmuchają, a
czasem po prostu zmyślą, wiadomo od zawsze. Na ogół jednak uchodzi im to na
sucho. Tym razem doszło jednak do takiego splotu okoliczności, w którym z
niewielkiego płomyka – wydawałoby się, ugaszonego przed 5 laty – dziś nagle
wybuchł gigantyczny pożar. W 2006 roku tabloid "News of the World" przeżył
kryzys, ponieważ ujawnione zostało, że jego dziennikarz zajmujący się rodziną
królewską we współpracy z prywatnym detektywem nielegalnie kupował dane o
telefonach krewnych Elżbiety II i jej służby. Zamieszany w to był policjant,
który dane ujawnił. Wcześniej gazeta zasłynęła z kampanii na rzecz ujawniania
nazwisk przestępców skazanych za pedofilię i zajmowała się pikantnymi
szczegółami z życia wielkich tego świata: sportowców, aktorów, polityków, często
przegrywając procesy o zniesławienie. Tabloid ten budził kontrowersje, lecz
czytelnicy wiele mu wybaczali, licząc na to, że dziennikarze pilnują, by bogaci
i wpływowi nie byli bezkarni. "News of the World"miał ich przywoływać do
porządku, nie przebierając w środkach. Jego wydawcy chwalili się, że swymi
publikacjami doprowadzili do skazania ponad 250 kryminalistów. Prawo jednak
zostało złamane, nadgorliwego dziennikarza szukającego sensacji w królewskich
telefonach zwolniono z pracy, na kilka miesięcy trafił do więzienia, podobnie
jak pomagający mu detektyw. Redaktor naczelny brukowca Andy Coulson musiał
szukać nowego zajęcia i wkrótce znalazł posadę, lepszą od poprzednich. Jego
poprzedniczka – jak się dziś okazuje, również zamieszana w zdobywanie podsłuchów
– Rebeka Brooks awansowała w firmie Murdocha, a Andy Coulson stał się
współpracownikiem konserwatywnego lidera Davida Camerona, dziś premiera. Sprawa
przycichła. Nie ustały jednak plotki, że ujawniony skandal to tylko wierzchołek
góry lodowej. W 2009 roku konkurencyjny lewicowy dziennik "The Guardian"
oskarżył gazetę Murdocha, że włamywała się do skrzynek poczty głosowej
prywatnych osób na wielką skalę, liczba podsłuchiwanych miała przekraczać 3 tys.
osób. Zainteresowaniem żądnych sensacji redaktorów cieszyli się zarówno sławni
ludzie, np. aktor Hugh Grant, jak i rodziny zabitych na wojnie żołnierzy lub
ofiary ataków terrorystycznych. Ale artykuł w "Guardianie" nie spowodował
wówczas energicznego śledztwa policji (dziś poskutkowało to podaniem się do
dymisji wysokich rangą funkcjonariuszy), a jedynie liczne pozwy cywilne
wytoczone przez poszkodowanych. "News of the World" musiał zapłacić wysokie
odszkodowania. Dopiero w styczniu 2011 r. londyńska policja pod naciskiem opinii
publicznej zdecydowała o wznowieniu śledztwa sprzed lat. Okazało się, że w
poczcie elektronicznej wymienianej przez dziennikarzy gazety i jej redaktorów
znajdują się liczne dowody, że podsłuchy rzeczywiście zakładano. Posypały się
aresztowania. Wśród zatrzymanych znalazło się także dwoje wpływowych
współpracowników Ruperta Murdocha: wspomniani szefowa brytyjskiego oddziału News
Corp Rebeka Brooks i Andy Coulson, były doradca medialny premiera Wielkiej
Brytanii. Najważniejszy aspekt tej afery polega bowiem nie na samym bezprawnym
wykorzystywaniu podsłuchów, ale na tym, że sprawa stosowania niedozwolonych
środków była zamiatana pod dywan. Firma prawnicza, która przed 5 laty pomagała
Murdochowi wybrnąć z opresji, przekazała niedawno za jego zgodą w ręce
londyńskiej policji całą dokumentację swych kontaktów z klientem.
Kilkudziesięciu śledczych i biegłych bada tysiące stron dokumentacji oraz liczne
archiwalne zapisy korespondencji elektronicznej. Wykryto dużo przypadków
płacenia wynagrodzeń osobom ukrywanym pod pseudonimami.
Jest jasne, że afera podsłuchowa w Wielkiej Brytanii będzie miała dalszy ciąg.
Na razie z gorliwością wiele instytucji ponownie sprawdza decyzje podejmowane na
rzecz mediów należących do australijskiego magnata. OFCOM, brytyjski regulator
mediów, odpowiednik naszej Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, zapowiedział,
że ponownie przeanalizuje procedurę przyznania koncesji telewizji Sky. Wiele
nowych faktów łamania prawa może zostać ujawnionych z kontaktów pomiędzy
politykami, policją i urzędnikami państwowymi, a ludźmi koncernu News Corp.
Co z tej sytuacji wynika dla nas?
Mimo że Rupert Murdoch trzy lata temu wycofał się z polskiego rynku medialnego,
sprzedając udziały w Telewizji Puls, nadal jego postać wzbudza w Polsce
zainteresowanie i emocje. Ostatnio pojawił się bowiem na krótkiej liście
potencjalnych nabywców TVN. Skądinąd mamy niewątpliwie skojarzenia z rodzimą
aferą na styku świata polityki i mediów znaną pod hasłem: "Przyszedł Rywin do
Michnika". Jednak dziwaczne i abstrakcyjne wydają się nam w polskich realiach
tak ostre reperkusje związane z nadużywaniem podsłuchów. Czy w Polsce doszłoby
do tak gruntownego zbadania naruszenia prywatności przez koncern medialny? W
naszym kraju obserwujemy niestety dość duże lekceważenie przez opinię publiczną
niebezpieczeństw związanych z obrotem danymi osobowymi i wykorzystywaniem
poufnych prywatnych informacji w celu osiągnięcia zysku lub zdobycia władzy.
Rok 2011 to dziwny rok, w którym doszło do publicznego oskarżenia i
spektakularnego upokorzenia dwu nietykalnych – wydawałoby się – ludzi z kręgów
władzy o globalnym zasięgu: byłego szefa Międzynarodowego Funduszu Walutowego
Benedicta Strauss-Kahna, reprezentującego wpływy w finansach, i Ruperta
Murdocha, wszechwładnego w świecie mediów. Czyżbyśmy mieli do czynienia z
przetasowaniem potężnych sił w obliczu światowego kryzysu ekonomicznego? Czy też
raczej to znak, że globalna publiczność w świecie rządzonym mediami zaspokaja
właśnie zastępczo, symbolicznie, swoje poczucie sprawiedliwości, by nie domagać
się wyrównania rzeczywistych krzywd wyrządzonych setkom milionów ludzi przez złe
decyzje osób sprawujących realną władzę? Być może też jesteśmy świadkami bardzo
interesującego momentu przełomu: jednym z najpoważniejszych problemów XXI wieku
będzie walka o zachowanie prywatności przez obywateli państw i obrona przed
próbami wykorzystania jej przez władców ekonomicznych i politycznych. Poufne
dane, zdjęcia i informacje o działaniach poszczególnych osób i dużych
zbiorowości stają się narzędziem władzy. Kto będzie nimi dysponował i kto będzie
ten dostęp kontrolował?
Barbara Bubula
