Monachijski atak Władimira Putina

Wypowiedź Władimira Putina na monachijskiej konferencji bezpieczeństwa, mocno napastliwa w stosunku do Amerykanów, odbiła się szerokim echem w światowych kręgach politycznych. Wielu zadaje sobie pytanie, czy oznacza to powrót do zimnej wojny zarówno w retoryce, jak i w polityce w stosunkach Waszyngton – Moskwa.

Putin zarzucił USA, że chcą stworzenia jednobiegunowego świata, gdzie Ameryka byłaby jedynym supermocarstwem, wszystkie inne potęgi co najwyżej regionalnymi graczami. Głównym elementem budowy przewagi USA w świecie miałaby być dominacja militarna. Interwencja w Iraku, plany ataku na Iran to symptomy siłowego sposobu sprawowania władztwa amerykańskiego na Bliskim Wschodzie. Putin twierdzi, że ten sposób uprawiania polityki nie poprawia bezpieczeństwa w świecie.

Wypowiedź prezydenta Rosji koresponduje z analizami wielu amerykańskich analityków. Francis Fukuyama w swojej książce „Ameryka na rozdrożu” podjął się delikatnej krytyki polityki neokonserwatystów amerykańskich. Pisze: „Stany Zjednoczone powinny wzbudzać rozwój polityczny i ekonomiczny oraz interesować się tym, co dzieje się w państwach całego świata. Droga do tego celu wiedzie przez promowanie dobrych rządów, politycznej odpowiedzialności, demokracji i silnych instytucji. Ale główne narzędzia do realizacji tych zadań znajdują się w domenie „miękkiej” siły: nasza zdolność do służenia przykładem, szkolenia i edukowania, wspierania radą i często pieniędzmi” (F. Fukuyama, Ameryka na rozdrożu. Demokracja, władza i dziedzictwo neokonserwatyzmu, Poznań 2006, s. 164). Propozycja rozgrywania amerykańskiego władztwa w świecie „miękkimi” metodami to zarazem krytyka siłowych metod charakterystycznych dla neokonserwatystów skupionych wokół prezydenta Busha. Podobnie do sprawy podchodzi Zbigniew Brzeziński. Autor „Wielkiej szachownicy”, w której wprost określił, że po upadku ZSRS USA jako jedyne supermocarstwo światowe zdolne jest prowadzić politykę globalną, dziś krytykuje działania Białego Domu. W swojej późniejszej książce „Dominacja czy przywództwo” pisze: „Praktyczna kwestia zachowania pozycji przez Amerykę jest więc powiązana ze stylem jej światowego przywództwa. Przywództwo wymaga wyczucia i nadania kierunku w celu zmobilizowania innych. Władza dla władzy oraz dominacja mająca na celu utrwalenie dominacji nie są przepisem na trwały sukces. Dominacja jako cel sam w sobie jest ślepym zaułkiem. Prowadzi ona w końcu do powstania opozycji, a jej arogancja owocuje samooszukiwaniem się i historyczną ślepotą” (Z. Brzeziński, Wybór. Dominacja czy przywództwo, Kraków 2004, s. 242). Wypowiedź Brzezińskiego dotyczy krytyki polityki amerykańskiej po inwazji na Irak. Tak więc Władimir Putin wpisuje się tutaj w kontekst powyższych wypowiedzi. Nie oznacza to jednak, że uczynił roztropnie. Co innego bowiem politologiczne analizy, a co innego wypowiedź byłego oficera KGB, obecnie prezydenta jednego z najważniejszych państw na kontynencie eurazjatyckim. Putin sam prowadzi agresywną wojnę w Czeczenii, dopuszcza się regularnie szantażu energetycznego wobec swoich sąsiadów, jego służby są posądzane o skrytobójcze mordy na przeciwnikach politycznych. Zatem wypowiedź prezydenta Rosji nie może być traktowana przez kręgi międzynarodowe jako spokojna analiza politologiczna. Jest to wypowiedź ofensywnego gracza.

Putin wiedział, do kogo adresuje swoją wypowiedź. Ponieważ konferencja bezpieczeństwa odbywała się w Monachium, to Niemcy miały być przede wszystkim tymi, do których apelował prezydent Rosji. Premier Bawarii Edmund Stoiber przeszedł z Putinem na ty, kanclerz Angela Merkel podjęła go obiadem. Wciąż w toku realizacji jest główny gospodarczy projekt mający ugruntować relacje rosyjsko-niemieckie – projekt gazociągu bałtyckiego. Tak Niemcy, jak i Francuzi od dłuższego już czasu snują marzenia o wydostaniu się spod dominacji amerykańskiej i zbudowania imperium unioeuropejskiego. Rosjanie mieliby być partnerem w Eurazji, dzięki któremu udałoby się odrodzenie gospodarki europejskiej. Putin więc wprost mówi Berlinowi i Paryżowi (kolejność nieprzypadkowa): zawrzyjmy sojusz przeciwko Ameryce.

Po pierwszych pobieżnych obserwacjach wydaje się, że prezydent Rosji popełnił mimo wszystko błąd. Na tym etapie rozwoju stosunków światowych Niemcy w żaden sposób nie są gotowe wystąpić wprost przeciwko Ameryce. Nie chce tego przede wszystkim Angela Merkel. Wręcz przeciwnie, pragnęła ona poprawy stosunków niemiecko-amerykańskich oraz cichej zgody Waszyngtonu na alianse Niemców z Rosjanami. Po tak brutalnej wypowiedzi Putina wszystkie prorosyjskie ruchy Berlina mogą być źle odbierane przez Waszyngton. Niemcy czy Francuzi chcieli na chwilę obecną bardziej cichego współdziałania z Rosją, Putin wystąpił z werbalną wojną. Tak więc albo prezydent Rosji nie ma dostatecznego wyczucia stosunków w Unii Europejskiej, albo jego frustracja sięga szczytu i nie panuje nad emocjami. Jego zdenerwowanie spowodowane jest szczególnie zapowiedzią budowy tarczy antyrakietowej, która da olbrzymią przewagę Ameryki w Eurazji, a Rosjanie nie będą w stanie zbilansować tego swoimi wydatkami zbrojeniowymi. Odreagowanie rosyjskiej frustracji nie świadczy jednak o sile dyplomatycznych umiejętności władz moskiewskich.

Realna nieobecność Polski na konferencji monachijskiej okazała się raczej korzystna z politycznego punktu widzenia. Nieobecność premiera czy prezydenta być może wynikała z kalkulacji, że nie ma sensu asystować Berlinowi i Moskwie w załatwianiu ich geopolitycznych interesów. Skandal dyplomatyczny, jaki się rozwinął po wypowiedzi Putina, niejako bokiem minął Polskę. Warszawa jest obecna prawie we wszystkich agresywnych wypowiedziach Moskwy i nie ma potrzeby, by te przypadki mnożyć. Tymczasem w Monachium po raz pierwszy od dłuższego czasu Putin zaatakował Amerykę z tak wielką siłą. Polska musi tymczasem szukać przestrzeni, by nie włączać się we wszystkie ważniejsze konflikty globalne. Nasze uczestnictwo w wojnie w Iraku czy Afganistanie w zupełności wystarczy. Nie chodzi więc o to, aby uczestniczyć we wszystkich awanturach, które są udziałem USA, ale żeby przekonać Waszyngton do realnej pomocy swojemu polskiemu sojusznikowi, gdyż leży to najnormalniej w świecie w interesie Ameryki. Wydaje się, że monachijska konferencja jasno uświadamia Amerykanom, że Rosja nie chce być ich realnym sojusznikiem w Eurazji, ale konkurentem. Dokładnie przebija to w wypowiedziach ministra obrony USA Roberta Gatesa, gdzie wymienia się Rosję jako potencjalne zagrożenie. Gates wprost oskarżył Moskwę, że posługuje się w polityce szantażem energetycznym.

Musimy się również spodziewać, że po ostatniej wypowiedzi Putina stosunki amerykańsko-rosyjskie jeszcze się zaognią. Pozostanie pytanie, czy Amerykanie zauważą, że w ich interesie jest wzmocnienie środkowoeuropejskich sojuszników? Wydaje się, że tutaj powinien iść wysiłek polskiej dyplomacji. Nie przez budowę tarczy antyrakietowej powinniśmy być ważni dla Waszyngtonu, lecz przez dostrzeżenie wspólnych interesów i zagrożeń. Polska leżąca między Niemcami a Rosją ma od wieków trudną sytuację geopolityczną. Ale we współczesnych relacjach z Ameryką nasze geograficzne położenie może być atutem. I trzeba to wykorzystać maksymalnie w sytuacji, gdy Władimir Putin popełnia dyplomatyczne błędy.

Mieczysław Ryba
drukuj