Mniej niż 8 proc. będzie porażką
Polska polityka zagraniczna to pasmo porażek, a kolejne istotne
zadania związane z tworzeniem Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych stawiane
są przez szefa polskiej dyplomacji poniżej wewnątrzpartyjnej rozgrywki o fotel
prezydenta – alarmują posłowie opozycji. Dowody? Nie mamy ani jednego unijnego
ambasadora, dyrektora generalnego czy dyrektora gabinetu politycznego, a okazje
do upominania się o swoje prawa – jak nieformalne spotkanie szefów dyplomacji
krajów Unii Europejskiej w Kordobie – są lekceważone przez Radosława Sikorskiego
zajętego kampanią w prawyborach prezydenckich.
Poseł do Parlamentu Europejskiego Konrad Szymański (Europejscy Konserwatyści
i Reformatorzy) stwierdza, że nie jest tajemnicą, iż Polska ma słabą
reprezentację w unijnej dyplomacji, skoro brakuje jej mocnego przedstawicielstwa
w składzie urzędniczym Komisji Europejskiej i Rady Unii Europejskiej. Dotyczy to
szczególnie osób z wysokich stanowisk, które predysponowane są do obejmowania
stanowisk w tworzącej się unijnej dyplomacji. Bierność polskiego Ministerstwa
Spraw Zagranicznych w tym zakresie pozostawia furtkę do utrwalania obecnego –
niekorzystnego dla nas – stanu rzeczy. – Jeżeli cała operacja przeniesienia
znaczącej części kompetencji na unijną dyplomację ma mieć sens, to musimy być
tam reprezentowani. Osobiście nie wierzę w efektywność reprezentowania polskiego
interesu przez dyplomatów z innych krajów – podkreśla Szymański. I argumentuje,
że na negocjacje w sprawie kształtu Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych
(ESDZ) pozostało już mało czasu, a rozmowy obecnie są jeszcze na etapie
„najbardziej plastycznym”, bo zasady naboru do unijnych służb dyplomatycznych
dopiero się tworzą. – Oczywiście nasz parlament będzie musiał wyrazić tu swoje
zdanie w zakresie personalnym i budżetowym, ale dla każdego rządu, który ma
poczucie niedoreprezentowania swojego kraju, nadszedł teraz czas ożywionej
aktywności, bo za parę miesięcy będzie już wszystko zakonserwowane –
wskazuje.
Na jaką reprezentację moglibyśmy liczyć? W UE zwykło odwoływać się
do wskaźnika populacyjnego. To oznacza, że powinniśmy oczekiwać 8-procentowego
udziału w naborze do unijnej służby dyplomatycznej na wszystkich jej poziomach.
– Dzisiaj jesteśmy bardzo daleko od tego wskaźnika i nie ma żadnych przesłanek
ku temu, byśmy go osiągnęli. Przypomnę, że wielu polityków PO podkreślało, iż
ich celem jest granie powyżej własnej wagi. Zupełnie nie wiem, na czym ma to
polegać w przypadku służby dyplomatycznej, gdzie Polska gra znacznie poniżej –
mówi Konrad Szymański.
Sikorski czeka, aż Kordoba przyjdzie do niego?
Szefowa
klubu parlamentarnego Prawa i Sprawiedliwości Grażyna Gęsicka jest przekonana,
że Radosław Sikorski powinien był przed tygodniem pojechać do Kordoby na
spotkanie szefów dyplomacji krajów UE, bo choć było ono nieformalne, to
dyskutowano tam o losach unijnej dyplomacji, w tym także o udziale w niej
Polaków. – Jak to możliwe, że minister spraw zagranicznych nie jedzie na
spotkania, gdzie są ministrowie spraw zagranicznych z całej Unii Europejskiej,
by bronić ważnych dla Polski spraw? Nas reprezentuje ambasador, który – jak
mniemam – z natury rzeczy nie ma wiele do powiedzenia, bo na co dzień nie
zajmuje się tego typu sprawami – zauważa w rozmowie z „Naszym Dziennikiem”
Gęsicka. Na spotkaniu wysoki przedstawiciel UE ds. wspólnej polityki
zagranicznej i bezpieczeństwa Catherine Ashton przedstawiała memorandum na temat
unijnego korpusu dyplomatycznego Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych. Była
też mowa o udziale w nim państw członkowskich. – Przypominam, że Polska nie ma
żadnego ambasadora unijnego. Takie stanowiska mają za to np. Litwini i Węgrzy –
wytyka szefowa KP PiS.
Także w ocenie Ryszarda Czarneckiego (Europejscy
Konserwatyści i Reformatorzy), kwestie ESDZ są dla Polski tematem ważnym, jeśli
nie priorytetowym. „Jest to unijna dyplomacja. Polska jest tam kompletnie
nieobecna. Na 158 unijnych 'ambasadorów’ w różnych częściach świata
Rzeczpospolita nie ma ani jednego! Jest to zresztą szerszy problem całkowitego
dyskryminowania krajów 'nowej Unii’ przez kraje dawnej 'piętnastki’, a w
szczególności przez największe państwa Unii” – pisze w swoim blogu. Jak zaznacza
europoseł, minister Sikorski zlekceważył fundamentalne dla Polski spotkanie. –
Jeśli nie będziemy mieć dostatecznej liczby przedstawicieli w unijnym „MSZ”,
wiadomo, komu będziemy mogli podziękować – ministrowi Sikorskiemu, który wolał
być kandydatem Sikorskim – dodaje.
Fatalne pobłażanie
Sam Radosław Sikorski swoją absencję
tłumaczył faktem, że spotkanie miało charakter nieformalny, a niektóre państwa
nie były tam reprezentowane. Szef polskiej dyplomacji był w tym czasie na
spotkaniu z Młodymi Demokratami w Katowicach i dyskutował z kontrkandydatem na
kandydata do fotela prezydenckiego w prawyborach PO Bronisławem Komorowskim. Jak
zaznaczał szef polskiej dyplomacji, na spotkaniu nie podejmowano żadnych
decyzji.
Postawę ministra usprawiedliwiał nawet Donald Tusk. Szef rządu
uznał, że nic się nie stało, a Polska była reprezentowana właściwie. – Nie
straciliśmy ani jednego euro, ani jakiegokolwiek prestiżu – mówił Tusk. W
efekcie Sikorski nie otrzymał nawet „żółtej kartki”.
Jednak to, co dla
premiera i ministra spraw zagranicznych stanowi sprawę błahą, inaczej rozumiane
jest przez rządy krajów Unii Europejskiej. Do Kordoby zjechali niemal wszyscy
szefowie dyplomacji UE. Wyjątkiem okazała się Bułgaria (przysłała wiceministra)
i Grecja (reprezentował ją sekretarz stanu). – Nie ma co dyskutować na temat
tego, czy minister spraw zagranicznych powinien był pojechać do Kordoby.
Wystarczy spojrzeć na to, kto zjawił się na tym spotkaniu. Zabrakło tylko
ministrów Bułgarii, Grecji i Polski. Grecja znajduje się w straszliwym kryzysie,
a Bułgaria nie ma nic do powiedzenia w Europie. Skoro więc ministrowie czołowych
krajów UE uznali to spotkanie za ważne, to nie należało go lekceważyć – uważa
prof. Ryszard Legutko, poseł do PE (Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy).
Jak zaznacza, Polska w unijnej dyplomacji zajmuje końcowe miejsce, a proponowane
rozwiązania dotyczące ESDZ są dla nas niekorzystne. – Obowiązkiem naszych
polityków, i to tych na najwyższym szczeblu, jest dbanie o to, by ta sytuacja
się zmieniła. Nie mamy przecież ani jednego ambasadora, ani jednego dyrektora
generalnego, ani jednego dyrektora gabinetu politycznego. Kto ma pilnować
naszych interesów? – tłumaczy. W ocenie prof. Legutki, polska polityka
zagraniczna znajduje się obecnie w stanie ruiny. – Przegraliśmy wszystko, co
można było przegrać: sprawę mniejszości niemieckiej, Gazociągu Północnego,
tarczy… Słowem – seria katastrof, a osoba, która jest za nie odpowiedzialna, w
sondażach jest jednym z najbardziej popularnych polityków w kraju – stwierdza. I
dodaje, że na tego typu spotkania powinno wysyłać się osoby, które mają władzę i
mogą podejmować decyzje, gdyż z urzędnikiem niższej rangi nikt nie będzie chciał
rozmawiać. – Taka słaba reprezentacja to sygnał, że nam nie zależy – konstatuje
prof. Legutko.
Marnowanie szans
Również zdaniem europosła Pawła Kowala
(Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy), byłego wiceministra spraw
zagranicznych, brak mocnej reprezentacji Polski w nieformalnych rozmowach na
szczeblu unijnym to błąd, gdyż właśnie na tego typu spotkaniach zapadają
decyzje. – Negocjowanie polega na wielokrotnym powtarzaniu swojego stanowiska,
przypominaniu go. My z takiej szansy nie skorzystaliśmy. Przecież udział
ambasadora nie świadczył o naszym zaangażowaniu – twierdzi poseł. W przekonaniu
Pawła Kowala, taka postawa na pewno osłabiła naszą pozycję i zmniejszyła szanse
na dobre miejsca w strukturach ESZD, szczególnie że w otoczeniu Catherine Ashton
Polacy nie są dziś mocno reprezentowani i nie zajmują tam znaczących stanowisk.
Wyraźne akcentowanie swojego stanowiska dotyczącego kształtu ESZD ma dziś
kluczowe znaczenie, gdyż służba ta jest na etapie tworzenia i określania zadań.
Kowal uważa, że dobrze byłoby, gdyby ESZD skupiała się m.in. na koordynacji prac
dyplomacji narodowych i pozwalała na szybką reakcję na wydarzenia na świecie.
Czy tak się stanie? Praktyka uczy, że urzędnicy unijni mają skłonność do
ciągłego zawłaszczania sobie kolejnych dziedzin.
Europejska Służba Działań
Zewnętrznych jest nową służbą ustanowioną na mocy traktatu lizbońskiego. Pełni
ona funkcję pomocniczą względem wysokiego przedstawiciela UE ds. wspólnej
polityki zagranicznej i bezpieczeństwa i współpracuje ze służbami
dyplomatycznymi państw członkowskich. W myśl zapisów traktatu wysoki
przedstawiciel m.in. bierze udział w opracowywaniu wspólnej polityki
zagranicznej i bezpieczeństwa oraz zapewnia wykonanie decyzji przyjętych przez
Radę Europejską; reprezentując UE w tym zakresie, prowadzi dialog polityczny ze
stronami trzecimi. W wypełnianiu tych obowiązków wspierany jest przez ESDZ.
Spotkanie w Kordobie było pierwszą tego typu okazją do wymiany poglądów na temat
przyszłego funkcjonowania Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych i mocno
dyskutowanego problemu obsady stanowisk unijnych ambasadorów. Dokumenty
powołujące służbę mają być gotowe w ciągu mniej więcej trzech tygodni.
Dotychczasowy kierunek działań wskazywał, że placówki dyplomatyczne będą
zdominowane przez członków starej Unii Europejskiej.
Marcin Austyn
