Misja wicekonsula Lisieckiego
Z historii dzieci polskich na „nieludzkiej ziemi”
Na cmentarzu katolickim w Sopocie spoczywają w rodzinnym grobowcu szczątki byłego wicekonsula Rzeczypospolitej Polskiej w Bombaju Tadeusza Lisieckiego (1906-1978). Umierał na obczyźnie, w Londynie, przed śmiercią poprosił, by jego prochy pochowano w kraju.
W rodzinnym grobowcu spoczywają też prochy rodziców konsula – matki Eleonory (1879-1952) i ojca Franciszka (1872-1963), sióstr Mieczysławy Dołęga Lewandowskiej (1902-1962), Henryki Hempowicz (1904-1986) i Jadwigi Przyłuskiej (1907-1987), także męża Jadwigi, Ignacego Lubicz Przyłuskiego (1905-1983), i jego siostry Marii zwanej Itą (1909-2004), która była narzeczoną Tadeusza. Przeżyła wszystkich, sprowadziła prochy Tadeusza z Londynu i przechowała jego liczne, pełne tęsknoty do kraju i bliskich listy. Te listy zachowała i starannie uporządkowała powiernica Ity, Maria Wolańska z Gdańska (ekspatriantka z Kresów), która pragnie, by zgodnie z wolą Ity pamięć o Tadeuszu przetrwała w pamięci rodaków. Nie tylko przez szacunek dla zacnej rodziny Lisieckich czy z powodu sprawowanego urzędu wicekonsula. Przede wszystkim ze względu na zasługi, jakie polski dyplomata z Bombaju położył w dziele ratowania udręczonych dzieci polskich z nieludzkiej, sowieckiej ziemi.
Znana jest wielu Polakom akcja gen. Władysława Andersa, który razem ze swą armią ewakuował w roku 1942 tysiące polskich sierot, okrutnie traktowanych przez sowieckich nadzorców, zagłodzonych – pozostających na granicy życia i śmierci. Dzieci te ewakuowano drogą morską do perskiego portu w Pahlewi. Później trafiły do różnych zakątków świata: Afryki Południowej (Abercorn, Bwana Mkubwa, Fort Jameson, Livingstone, Lusaka, Marandellas, Oudtshoorn, Rusape) i Wschodniej (Ifunda, Kidugala, Koja, Kondoa, Masindi, Tengeru, Rongai), Indii (Balachadi, Bandra, Karachi, Valivade), Iranu (Ahwaz, Isfahan znany jako „miasteczko polskich dzieci”, Pahlevi, Teheran), Meksyku (Santa Rosa) i Nowej Zelandii (Pahiatua). Mniej znana jest akcja ratowania dzieci polskich drogą lądową, ciężarówkami, w skrajnie trudnych i niebezpiecznych warunkach. To było w dużej mierze dzieło wicekonsula Lisieckiego. Uratowane w ten sposób dzieci trafiły również do wielu z wymienionych wyżej miejsc. Polacy powinni być wdzięczni tym państwom oraz Wielkiej Brytanii, która finansowała i koordynowała całą akcję, bo nie ma większej zasługi niż ratowanie bezbronnych dzieci.
Dyplomata
Tadeusz Lisiecki urodził się 22 lipca 1906 r. we Wrześni, w polskiej rodzinie o ugruntowanych tradycjach patriotycznych. Ojciec był właścicielem sklepu, wywodził się jednak z rodziny ziemiańskiej. Matka była nauczycielką. Przed wybuchem I wojny światowej rodzina przeprowadziła się do Poznania i utrzymywała się z dochodów, jakie przynosił dom towarowy na Rynku. W Poznaniu Tadeusz ukończył z dobrymi wynikami najpierw szkołę powszechną, potem Gimnazjum św. Marii Magdaleny. Maturę zdał w Zakopanem, gdzie wysłali go rodzice zaniepokojeni stanem zdrowia syna. Studia prawnicze na Uniwersytecie Poznańskim rozpoczynał z dobrym przygotowaniem. Znał niemiecki, angielski, francuski i grekę. Zanim uzyskał dyplom uniwersytecki, wyjechał jeszcze do Wiednia, gdzie studiował ekonomię i prawo międzynarodowe. Był znakomicie przygotowany do swej przyszłej pracy dla Polski, tym bardziej że w roku 1933 obronił doktorat na uniwersytecie w Bernie na temat racjonalizacji pracy w nowoczesnym zakładzie przemysłowym. Jej egzemplarz do dziś zachował się w Muzeum Historii Miasta Poznania.
Po powrocie do kraju wstąpił do służby dyplomatycznej, zamieszkał w Gdyni. W roku 1938 r. wyjechał do Bombaju jako wicekonsul RP. Miał wówczas dopiero 32 lata, a ile już pracy nad sobą i jakie kwalifikacje! W Bombaju zastała go wojna.
Dla Sprawy
Od początku wojny wicekonsul Lisiecki robił więcej, niżby to wynikało z jego urzędowych obowiązków. Kompetentny i dobrze zorganizowany, z wielkimi zdolnościami administracyjnymi, rzucił się w wir pracy dla Polski. Po umowie Sikorski – Stalin organizował ekspedycje PCK z pomocą materialną dla Polaków w Sowietach (1941-1942), później transporty lądowe sierot polskich i ludności cywilnej w ogóle. Prowadził polski rejestr morski w Bombaju, był lustratorem i inspektorem statków polskich „Batory” i „Kościuszko”. Wielkim ciosem było dla niego zaprzestanie uznawania przez aliantów legalnego rządu RP (lato 1945 r.) na rzecz tzw. rządu tymczasowego w kraju, ze Stanisławem Mikołajczykiem jako kwiatkiem do sowieckiego kożucha. Wkrótce potem ustała działalność konsulatu w Bombaju. Konsul i większość urzędników wyjechała do Wielkiej Brytanii. Tadeusz Lisiecki pozostał w Bombaju, dalej opiekował się polskimi sierotami (i nie tylko polskimi). Jako człowiek wszechstronnie uzdolniony znalazł źródło utrzymania, był kierownikiem laboratorium produkującego kosmetyki. Dopiero w roku 1965 zdecydował się na wyjazd do Anglii. Wówczas był już mocno schorowany, po ciężkiej operacji. W ostatnich latach życia prowadził bogatą korespondencję, w dużej części zachowaną. Niełatwo mu było korespondować z rodziną w kraju, zwłaszcza w latach 50. Musiał uciekać się do różnych podstępów i liczyć się z komunistycznym bezprawiem w postaci tzw. perlustracji korespondencji. Niektóre jego listy przypominają emigracyjne listy Juliusza Słowackiego do matki, w których Ojczyzna nazywana jest „Kuzynką”… Do roku 1959 Tadeusz Lisiecki pisał listy do rodziny w formie żeńskiej i podpisywał je jako „Wanda”. Nie chciał narażać bliskich na represje za utrzymywanie kontaktów z urzędnikiem „reakcyjnego rządu londyńskiego”. Zmarł w Londynie 19 lutego 1978 roku. Bliskie 30-lecie śmierci to jeszcze jeden powód, dla którego przypominamy tego wspaniałego człowieka. Kilka dni po śmierci ciało Tadeusza Lisieckiego, zgodnie z jego wolą, zostało skremowane, a prochy przewiezione do kraju.
Ekspedycje ratunkowe
O listach Tadeusza Lisieckiego wie najwięcej Maria Wolańska, która je porządkowała i przeczytała wszystko, co się zachowało. Pani Wolańska tak je „recenzuje”: „Pisane są żywym, obrazowym językiem, zawierającym opisy przeżywanych zdarzeń, refleksje i myśli na tematy bliskie autorowi, a zwłaszcza wspomnienia z trudnej i bogatej w najrozmaitsze wydarzenia działalności w czasie wojny. Są jedynym w swoim rodzaju świadectwem człowieka, będącego widzem, uczestnikiem, a nierzadko twórcą zdarzeń, które przeszły do historii”. Pani Wolańska pragnie, by znalazł się wydawca, który te listy doceni jako świadectwo i je wyda.
Listy zawierają obszerne fragmenty dotyczące polskich sierot ze Związku Sowieckiego, sposobów ich ratowania i dalszych losów. Każdy opisywany przez Tadeusza Lisieckiego epizod wyciska łzy z oczu. Jest świadectwem czasu i mimowolnie – bo wicekonsul nigdy nie dbał o zaszczyty – świadectwem mądrości i dobroci człowieka, który ratowanie pokrzywdzonych dzieci uczynił najważniejszą misją swojego życia. Z listów jasno wynika, że ze wszystkiego, co robił, to było najważniejsze.
Tadeusz Lisiecki działał w Bombaju poprzez delegaturę Centralnego Biura PCK w Londynie, którą prowadzili kolejno konsul RP w Bombaju Eugeniusz Basiński, potem jego żona Kira, wreszcie Michał Goławski – do likwidacji placówki w kwietniu 1946 roku. Delegatura postanowiła ewakuować z Sowietów dzieci polskie z różnych punktów zbornych i tymczasowych sierocińców. Tadeusz Lisiecki zgłosił się ochotniczo do pokierowania ekspedycją z Indii. To była niebezpieczna wyprawa. Lisiecki pisał później w jednym z listów: „Przed wyjazdem z ekspedycją sprzedałem samochód, mieszkanie i całe moje mienie. Nie bardzo wierzyłem, że wrócę”… Niebezpieczeństwa dotyczyły zarówno terenu sowieckiego, jak i bezludnych terenów pustynnych, gdzie ekspedycja, jako „brytyjska”, mogła być narażona na ataki ugrupowań zwalczających Brytyjczyków czy po prostu na ataki rabunkowe. Do tego ta pustynia! Po latach pisał: „Czuję się dziś tak jak w ów piekielny dzień lipcowy 1941 r., gdy z całą kolumną samochodową znalazłem się na pustyni Beludżystanu w huraganowej burzy piaskowej. Południe zamieniło się w noc ciemną. Kilka godzin szukałem pogubionych wozów. Gdy je sprowadziłem na jedno miejsce i ustawiłem w falangę żurawia, dla łatwiejszego odkopywania się z urastających wydm piaskowych, zmęczony śmiertelnie wysiłkami i piekielnym żarem rozpalonego wiatru i piasku, stwierdziłem oto właśnie, że nie mam pojęcia, gdzie się znajduję…”
Co widziały oczy moje
Najważniejsze w tych listach są jednak wspomnienia dotyczące dzieci uratowanych przez ekspedycję Lisieckiego. Niektóre wydają się zupełnie nieprawdopodobne. Jeszcze po latach wicekonsul nie mógł sobie poradzić ze wspomnieniami: „Dziwi mnie nieraz, żeśmy nie ulegli jakiemuś szokowi. Każdy z tych zesłańców cierpiał 'sam w sobie i za siebie lub najbliższych’. Mnie wypadło przeżywać smutki i cierpienia, tragedię tysięcy ludzi. Wobec tego ogromu nieszczęścia czułem się jak bezradny widz, przyglądający się ofiarom żywcem płonącym na stosie i próbującym wiaderkiem wody przytłumić płomienie! Czy może konającemu podać kubek zimnej wody? Tak się czułem, gdy objąwszy ogrom problemu, zdałem sobie sprawę, że tych kilkaset skrzyń żywności, ubrań, lekarstw i wyposażenia dla szpitala polowego, to kropla wody w oceanie! Wnet kropla ta wydała mi się wiadrem, gdy przyspieszyłem przerzut towarów przez granicę. Szły wozy za wozami, tony za tonami. Wrzało mi w głowie z wrażeń, a może i z braku snu”.
Wujcio z Indii…
Podczas zimy w Kata Kurganie, na linii Samarkanda – Buchara, zdarzyło się coś, co poruszyło serce konsula, któremu wydawało się wcześniej, że poznał już całe piekło „nieludzkiej ziemi”. Kiedy wieczorem stanął przed tymczasowym sierocińcem, mieszczącym się w opustoszałym chlewie kołchozowym, nagle zobaczył wynędzniałego chłopca w wieku około 8 lat. „Targając coś bardzo ciężkiego na plecach, jakby jakiś wór, idzie wprost na mnie i pyta po polsku: 'Czy wie pan, gdzie jest ten wujcio z Indii, co to po polskie dzieci przyjechał?’ Pytam, skąd ma takie wiadomości i skąd się tu wziął. Powiada, że był z mamą w kołchozie, ale mama umarła. Słyszał w kołchozie o takim wujciu, co przyjechał dzieci zabierać. Zabrał więc swoją młodszą siostrzyczkę Zosię i wybrał się w drogę. Drogę trochę znał, bo kiedyś był z matką w Kata Kurganie”. Tak przeszli około 14 kilometrów, zanim cudem Boskim trafili wprost na wujcia. Szli dwa dni, nocując w jakimś chlewie. Ostatnich kilometrów trzyletnia siostrzyczka już nie zdołała pokonać o własnych siłach. Dzielny chłopczyk znalazł jakiś worek i przywlókł ją do wujcia na własnych, wątłych plecach!
Kupka śniegu…
Podczas zimy w Samarkandzie konsul dostał na punkt zborny dla polskich dzieci dawną cerkiew. Położona była 3 km od miasta. Idąc pieszo wzdłuż torów kolejowych, zobaczył przy stacji jednym okiem kupkę śniegu, która nagle się poruszyła. Był w towarzystwie lekarza ekspedycji Stanisława Konarskiego. Pod kupką śniegu zauważyli kolorowy materiał. To był koc, pod którym młoda kobieta ściskała kurczowo małe dziecko. Obydwoje byli rozpaleni wysoką gorączką. „Zataskaliśmy ją z dzieckiem do naszej cerkwi i Stasio zabrał się do roboty. Tyfus plamisty! A dzisiaj są w Australii. Matka pracuje, a półtoraroczne wówczas dzieciątko jest dziś matką dwojga dzieci!” – pisał z radością w liście z roku 1962. W takich przypadkach rozpierała go szczególna radość, bo przecież własnymi oczyma i własnymi rękami uratował życie dwu nieszczęśliwych istot.
Kryś i Krzyś
W Kaganie pod Bucharą „sierociniec” znajdował się w opustoszałym chlewie. Z pobliskiego kołchozu ekspedycja zabrała „dwoje dzieci – szkielety w wieku około półtora roku. Poza imieniem własnym i nieco polskiej paplaniny, nic nie wiedziały. Co to 'tatuś’ nie mogły zrozumieć, a mamusia 'posła’! Dokąd? Nie wiadomo. Wielu tu ludzi umarło, pewnie wśród nich i mamusia tych dzieci. Tyle tylko dowiedzieliśmy się, że byli to Kryś i Krzyś (Krysia i Krzysztof)”. Te dzieci nie wiedziały, kim są, ale miały w sobie miłość przekazaną przez matkę. Wiedziały, że są sobie bliskie i że muszą się wspierać! Konsul wspominał: „Gdy już mogły stać na nogach o własnych siłach, stawała ta para naprzeciw siebie przy krześle, które służyło jako stół. W pośrodku talerz z jajecznicą. Każde miało łyżeczkę, ale nabierając, pakowało nie sobie, ale drugiemu… Krzyś nigdy sam nie jadł, zawsze wszystko dzielił z Krysią. Stąd nasz ostrożny wniosek, że to rodzeństwo. Pojechali transportem do Nowej Zelandii”.
Zosia artystka
„Idziemy na odpoczynek” – wspomina konsul – „a tu za nami coś się na siłę przez błoto przepycha. Mała dziewczynka, 5 albo 6 lat. Słyszała, że po polsku rozmawiamy, więc idzie z nami. Trzymając się kurczowo moich butów, by nie utopić się w błocie, poczyna recytować, że jest Zosią, umie śpiewać polskie piosenki i umie tańczyć. Podaje nazwisko, imiona rodziców. 'Ojciec poszedł na wojnę’, a mamusia 'poszła wczoraj po kipiatok i już nie wróciła. Ale na pewno przyjdzie dziś lub jutro’. Powiedziała to z takim przekonaniem, że nas zatkało. Niestety, poszukiwania matki nie dały żadnych wyników. Mała Zosia to była niezwykła artystka. Przednia aktorka i jeszcze lepsza tancerka! Tańczyła nawet w największym hotelu w Bombaju i zbierała oklaski!”.
Dzieci pana wachmistrza
Obserwowanie codziennych nieszczęść, umierających dzieci, zagubionych matek, beznadziejnie chorych, cierpiących mogło odebrać człowiekowi wiarę. W tym bezmiarze nieszczęść zdarzały się jednak cuda, znaki Boskie, takie jak ten chłopczyk z siostrzyczką na plecach, jak Zosia. One nadawały sens misji i siły jej uczestnikom do pokonywania trudów kolejnych dni. Jednym z najpiękniejszych wspomnień konsula była sprawa wachmistrza L. i jego na zawsze zaginionych, jak się wydawało, dzieci. Pan wachmistrz od ułanów ciężko chorował w szpitalu misji amerykańskiej. Był bliski śmierci. „Gdy go odwiedziłem, mimo ciężkiego stanu wyskoczył z łóżka i stanął na baczność. Złajałem go, ale powiedział, że jest żołnierzem i musi oddać należne honory Orłowi Polskiemu i przedstawicielowi Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Po tych słowach runął jak długi”. Największym cierpieniem dla wachmistrza było nieustanne przeżywanie śmierci trojga dzieci na sowieckich bezkresach. Nawet nie wiadomo, gdzie ich groby. Rozpacz. I tu zdarzył się kolejny cud, pocałunek Pana Boga. Konsul zwrócił uwagę, że wśród dzieci przez niego uratowanych jest troje o tym samym nazwisku co wachmistrz – dziewięcioletni chłopczyk i nieco starsze od niego dziewczynki… Oczywiście, nic to nie znaczyło i trzeba było całą rzecz zbadać, by nie zabić człowieka płonną nadzieją. Kolejna sensacja! „Zmarła” żona wachmistrza odnalazła się w Wojskowej Służbie Kobiet 2. Korpusu! Ona też była przekonana, że dzieci i mąż nie żyją! „Nie masz pióra, by opisać sceny połączenia matki z dziećmi, a następnie z mężem i ojcem! Dwoje z tych dzieci przystąpiło zaraz do I Komunii Świętej w obecności rodziców i przedstawicieli armii. Także obrazek trudny dla mnie do opisania. Dodam jedynie, że tak stary wachmistrz, jak i stary pułkownik, wszyscy w mundurach, płakali jak dzieci. Tak samo zastęp żołnierzy, jaki przybył na uroczystość”…
Ocalić od zapomnienia
Takich cudnych zdarzeń – prawdziwych przecież, nie wymyślonych przez literata! – jest w listach wicekonsula Lisieckiego więcej. Trzeba te listy wydać, trzeba ocalić pamięć o tamtych wydarzeniach i o tym niezwykłym człowieku. Mam nadzieję, że władze Sopotu – zarówno prezydent Jacek Karnowski, jak i radni, wszyscy znani z poszanowania historii, czego przykładem jest sopocki obelisk Danki Siedzikówny „Inki” – uhonorują postać Tadeusza Lisieckiego ulicą lub placem jego imienia. Nade wszystko ważne jest, byśmy jego i „jego” dzieci mieli w pamięci i w sercach.
Piotr Szubarczyk
IPN Gdańsk
