Medycyna w świecie kobiety
Szkoda, że dziś, w czasie postępu w każdej dziedzinie życia, wciąż trzeba
wracać do rzeczy prostych, znanych, sprawdzonych od lat i przypominać o nich.
Także o tych dotyczących ludzkiej płodności. Wciąż jesteśmy zmuszeni uczyć się
na własnych błędach, a podstawowa wiedza medyczna z tego zakresu, jak można
odnieść wrażenie, znana jest stosunkowo nielicznym. Czy prawda zdoła się
obronić?
Ograniczone prawo do prawdy
Na szeroką skalę dostępna i rozpowszechniona jest antykoncepcja hormonalna,
wewnątrzmaciczna. Siła reklamy jest olbrzymia i niestety sprawia, że kobiety
często dają się zwieść informacjom, iż antykoncepcja jest prosta, łatwa,
bezpieczna, i zdaje się, że nie zauważają, iż istnieją naturalne metody
rozpoznawania płodności, znacznie prostsze, skuteczniejsze i bezpieczne. Ci,
którzy je stosują, cieszą się szczęściem małżeńskim. Gremium "autorytetów"
skupionych przy Towarzystwie Rozwoju Rodziny, firmach farmaceutycznych, Grupie
Edukatorów Seksualnych "Ponton" przekonuje do skuteczności środków
antykoncepcyjnych, łatwości ich stosowania i zupełnego braku dolegliwości po ich
użyciu. Nie wahają się mawiać, iż można cieszyć się zdrowiem i dobrym
samopoczuciem, stosując te środki. Zapewniają sobie w ten sposób stałą
klientelę, przy okazji przekazując młodym pewien styl życia, pokazujący
seksualność oderwaną od rodzicielstwa, od odpowiedzialności, także za własne
zdrowie. Zupełnie niedawno, bo 10 maja, gremium takich "ekspertów" podczas
debaty zorganizowanej głównie dla dziennikarzy przekonywało, iż najlepszym
rozwiązaniem problemu rodzicielstwa młodocianych jest antykoncepcja, także ta
tzw. postkoidalna, powszechnie określana jako "dzień po". Szokujące były ich
spostrzeżenia. Młodzieży współżyjącej "bez zabezpieczenia" polecali (jakby nie
znając przypadków zgonów po zastosowaniu tej pigułki czy powikłań dla zdrowia)
raz w miesiącu "profilaktycznie" zażyć pigułkę tzw. dzień po. – To jest
przerażające – komentuje ten fakt prof. Bogdan Chazan, ginekolog położnik,
przewodniczący Rady MaterCare International, uzasadniając, że pigułka "dzień po"
zawiera dużą dawkę hormonów. Jeśli dziewczyna zażyje ją w pierwszej fazie, to
zahamuje owulację, jeśli po owulacji – to zahamuje zagnieżdżenie zarodka w
błonie śluzowej macicy, a więc wywoła poronienie. Tak czy inaczej zastosowanie
tej tabletki spowoduje zakłócenia cyklu miesiączkowego przez długi czas.
Stosowanie antykoncepcji hormonalnej polega na wyłączeniu czynności jednego z
ważnych organów ciała – jajników, a także podwzgórza, przysadki. – Jeśli ktoś
chciałby wyłączyć na pewien czas przewód żołądka i np. żywić się tabletkami
zawierającymi potrzebne substancje odżywcze i pić tylko wodę, to po pewnym
czasie będzie to zapewne groziło owrzodzeniem żołądka, przewlekłymi zaparciami,
poważnymi następstwami dla zdrowia. Podobnie w przypadku antykoncepcji, gdy
chcemy wyłączyć tak delikatne funkcje organizmu odpowiadające za płodność, nie
może się to odbyć bez dotkliwych skutków – podkreśla profesor. Jednocześnie
zwraca uwagę, by wychowując chłopców i dziewczęta, wspierając ich indywidualizm,
charakterystyczny dla wieku młodzieńczego, uczyć dbania o swoje ciało, a także
uświadamiać, iż osiągnięcie dojrzałego wieku to nie tylko powód do dumy, ale i
poczucie odpowiedzialności za możliwość przekazywania nowego życia. Zaznacza
również, że okres dojrzewania determinuje przyszłość człowieka jako męża, żony,
jako matki, ojca, a działania seksualne, kiedy mechanizmy odporności nie są
całkowicie uformowane, mogą spowodować np. zakażenie chorobami przenoszonymi
drogą płciową, które mogą zdewastować np. jajowód, prowadząc do niepłodności.
Dlatego w tak delikatnej dziedzinie, jaką jest płciowość człowieka, w parze z
informacją powinna iść formacja.
Jakiej wiedzy potrzebuje młodzież?
Zapewne nie jest odkrywczy fakt, że temat płodności, seksualności budzi
zainteresowanie dorastającej młodzieży. Jednak karygodne i wypaczające osobowość
człowieka jest mówienie młodym ludziom o ich seksualności w oderwaniu od
odpowiedzialności, szacunku dla życia. Przedmiotowe traktowanie człowieka, jak
zakłada antykoncepcyjny styl myślenia: "jesteś dla mnie środkiem do zaspokojenia
moich potrzeb, jesteś wartością wtedy, gdy zostajesz ubezpłodniony na dany
czas", wcześniej czy później odbije się boleśnie na zdrowiu, ale przede
wszystkim na relacjach.
Małgorzata Mąsiorska, instruktorka modelu Creightona (metody rozpoznawania i
monitorowania płodności stosowanej w naprotechnologii), realizatorka programu
dla młodzieży "Archipelag skarbów", pracująca z młodzieżą jako nauczyciel,
potwierdza, że młode dziewczęta, ale też dorosłe kobiety często nie posiadają
wiedzy dotyczącej ich płodności. Kiedy tylko porusza się kwestie płodności,
kobiecego cyklu, zawsze spotyka się to z żywym zainteresowaniem młodzieży. –
Dlatego tak ważne jest, by przekazać jej rzetelną wiedzę. Tę dotyczącą
płodności, ale szeroko rozumianą w kontekście życia rodzinnego, relacji.
Dziewczęta interesuje to, kiedy są płodne, jak rozumieć cały cykl, co znaczy, że
miesiączkuję, że to może się zmieniać z wiekiem – relacjonuje nauczycielka.
Młode dziewczęta są zafascynowane swoją płodnością, cieszą się, że w naturalny
sposób mogą zaobserwować zmiany zachodzące w ich organizmie, że mogą
interpretować, o czym one świadczą. Widzą sens tego zaangażowania, ale niekiedy
obawiają się, że obserwacje mogą być trudne, i wolą pójść na skróty, z prądem
mody, by się nie wyróżniać wśród rówieśników. Pani Małgorzata często spotyka się
z młodzieżą, nauczycielami, rodzicami na specjalnych warsztatach-szkoleniach w
programie "Archipelag skarbów", na które jest zapraszana do szkół. Często po
roku, znów z grupą edukatorów "Archipelagu" jest zapraszana do tych samych
szkół, by prowadzić zajęcia dla młodszych roczników. Dominującym tematem
warsztatów są: miłość, szczęście, seksualność człowieka, to, jak zbudować
relacje, jak mówić o człowieku, o głębszym przeżywaniu relacji z innymi. Program
jest skierowany do młodzieży gimnazjalnej i licealnej. Najczęściej pedagodzy
sami proponują takie dodatkowe zajęcia, poza programem szkolnym. Te ciekawie
prowadzone dwudniowe zajęcia z uczniami, pogadanki z nauczycielami i warsztaty
dla rodziców budzą coraz większe zainteresowanie w szkołach. Program niekiedy
stanowi uzupełnienie z zakresu przygotowania do życia w rodzinie. To świetna
podstawa do zainteresowania młodzieży prawdziwą optyką postrzegania siebie,
swojej płodności, pokazująca zarazem zafałszowany i zmanipulowany obraz
antykoncepcji.
Co nam daje znajomość kobiecego cyklu?
Tym młodym ludziom w przyszłości na pewno łatwiej będzie wybierać. Łatwiej
zrozumieć, docenić i zaplanować swoje dorosłe życie w kontekście płodności i
budowania rodziny. Natalia Suszczewicz, lekarka w trakcie stażu podyplomowego,
nauczycielka objawowo-termicznej metody rozpoznawania płodności oraz
instruktorka modelu Creightona (CrMS) stosowanego w naprotechnologii, prowadzi
spotkania dla narzeczonych w poradni rodzinnej przy kościele akademickim św.
Anny w Warszawie. Uczy naturalnego planowania rodziny i często spotyka
narzeczonych, którzy planując swoją rodzinę, mówią, że nie słyszeli o
naturalnych metodach rozpoznawania płodności. – Czasem pary przychodzą z żalem,
że stosowały antykoncepcję, a teraz, kiedy chcą się pobrać, mieć dzieci, kiedy
rozpoczęły obserwację swojej płodności, okazuje się czasem, że ona tak szybko
nie wraca lub występuje inny problem ginekologiczny. Mówią, iż gdyby wiedzieli,
że taki problem istnieje, już dawno temu odłożyliby antykoncepcję – relacjonuje
instruktorka.
Sama przed dwoma laty zainteresowała się naprotechnologią. W kwietniu bieżącego
roku po kilkumiesięcznym szkoleniu uzyskała dyplom konsultanta medycznego
NaProTechnology, a przed nią kolejne miesiące nadzorowanej praktyki, by być
samodzielnym instruktorem modelu Creightona. Szkolenia dla lekarzy i
instruktorów organizowane są przez Instytut Pawła VI (Omaha w stanie Nebraska
USA), którego założycielem jest prof. Thomas Hilgers. Przez lata obserwował on i
zgłębiał z gronem naukowców metodę naturalnego planowania rodziny – metodę
Billingsów, na jej bazie opracował i szczegółowo sprecyzował biomarkery
wydzieliny śluzowej w poszczególnych fazach cyklu. Owe biomarkery stanowią
podstawę nauki – NaProTechnology (z ang.: Natural Procreative Technology),
zajmującej się zdrowiem prokreacyjnym. Model Creightona opiera się na wnikliwej,
szczegółowej i wystandaryzowanej obserwacji markerów biologicznych (w tym
głównie śluzu szyjkowego). Dzięki tym szczegółowym obserwacjom kobiety mają
możliwość dokładnego wyznaczenia czasu płodności i niepłodności, a także
precyzyjnej diagnostyki w odniesieniu do cyklu i rozpoznania możliwych
nieprawidłowości. Na podstawie karty obserwacji kobiety lekarz może dostosowywać
diagnostykę i leczenie do przebiegu jej cykli oraz monitorować efekty terapii.
Model Creightona cenny jest więc na różnych etapach życia kobiety, w każdej
sytuacji, w której się ona znajduje – w celu monitorowania płodności i zdrowia,
przy cyklach regularnych i nieregularnych, w sytuacji problemów hormonalnych czy
w okresie karmienia piersią, kiedy szczególnie cenna jest dokładna obserwacja
śluzu bez konieczności pomiaru temperatury, w okresie premenopauzy. Nauka tej
metody odbywa się pod okiem wykwalifikowanego instruktora modelu Creightona i
zwykle składa się z 8 spotkań w pierwszym roku stosowania metody.
W planowaniu rodziny model Creightona sprawdza się znakomicie. W celu odkładania
poczęcia skuteczność metody CrMS wynosi 99,5 proc., natomiast uwzględniając
błędy w użytkowaniu, skuteczność praktyczna to 96,8 procent. Jeśli para o
niezaburzonej płodności stosuje model Creightona w celu ubiegania się o
poczęcie, dochodzi do ciąż aż u 76 proc. starających się już w pierwszym cyklu,
a w pierwszych sześciu cyklach 98 proc. zachodzi w ciążę (Journal of
Reproductive Medicine, czerwiec 1998 r.).
Lekarz rodzinny dr Phil Boyle, kiedy skończył kurs naprotechnologii w Stanach
Zjednoczonych, a w lokalnych irlandzkich mediach ukazał się z nim wywiad na ten
temat, w którym odnosił się głównie do etycznych kwestii leczenia – jego klinika
natychmiast zapełniła się pacjentami, którzy chcieli skorzystać z tej formy
leczenia. Od kiedy uzyskał certyfikat, nie narzekał na brak pracy, tak wiele par
było zainteresowanych leczeniem. Po latach praktyki lekarskiej przychodzą do
niego rodziny, które pragną pochwalić się swoimi dziećmi, które poczęły się za
pomocą naprotechnologii. W ciągu 10 lat narodziło się tam ponad 1200 dzieci.
Natalia Suszczewicz podczas praktyk pod okiem dr. Phila Boyle´a w ośrodku
FertilityCare Center w Galway, którego jest on dyrektorem, zaobserwowała, że
duża część par tam leczonych miała za sobą nieudane zabiegi in vitro bez
zdiagnozowanej przyczyny niepłodności. Według badań dr. Boyle´a (Journal of the
American Board of Family Medicine 2008 21: 375-384) po dwóch latach w programie
naprotechnologii w grupie kobiet ok. 36 lat, u których niepłodność trwała ponad
5 lat, z których 33 proc. poddało się wcześniej nieudanemu zabiegowi in vitro –
53 proc. par udało się doprowadzić do poczęcia i urodzenia dziecka dzięki
naprotechnologii. Ciąże bliźniacze, które mogą wiązać się z licznymi
komplikacjami, w naprotechnologii według doniesień dr. Boyle´a to 4,5 proc.,
natomiast porównawcze badania przeprowadzone w Holandii (Human. Repr. 2007)
wśród par decydujących się na in vitro wskazywały na 22 proc. ciąż bliźniaczych.
Sama znajomość swojego cyklu wystarczy do zaplanowania ciąży, jeśli ktoś nie ma
większych problemów z płodnością. Natomiast dla par, które mają problemy z
płodnością, system modelu Creightona daje więcej danych – dzięki większej ilości
biomarkerów, które określają różne czynniki mające wpływ na płodność. Nauka
modelu Creightona trwa zazwyczaj 2-3 cykle, potem z tymi obserwacjami małżeństwo
udaje się do lekarza, jeśli cykl nie przebiega prawidłowo, jeśli są jakieś
niejasności. Dopiero potem odbywa się diagnostyka skorelowana z cyklem kobiety.
W efekcie, stosując tylko samą obserwację modelu Creightona, można pomóc 20
proc. par. U par, które wcześniej przechodziły in vitro, 2-9 nieudanych prób, a
potem zastosowały obserwację modelu Creightona, 16 proc. zachodziło w ciążę,
stosując tylko obserwację cyklu.
Doktor Tadeusz Wasilewski, ginekolog położnik, który od kilku lat prowadzi
gabinet NaProMedika na zasadach naprotechnologii, a wcześniej przed 15 lat
pracował w programie in vitro, mówi dziś, że nie wyobraża sobie pomocy kobiecie
mającej problemy z płodnością bez modelu Creightona. – Jest to świetne narzędzie
diagnostyczne, dzięki niemu pacjentka widzi, jak zmieniają się jej cykle, jak
wchodzą w pewien tor – relacjonuje lekarz.
Polubiłam swoją kobiecość
Model Creightona ma o wiele szersze zastosowanie. Samoobserwacja według
jakiejkolwiek metody rozpoznawania płodności sprzyja większej świadomości swego
ciała, z kolei znajomość zmian cyklicznie zachodzących w organizmie kobiety ma
niebagatelne znaczenie dla poczucia jej tożsamości jako kobiety. Budzi
wdzięczność za dar płodności, a potem za dzieci, które się poczynają. Joanna
Napiórkowska, 27-letnia kobieta, jakiś czas temu zainteresowała się
naprotechnologią. Od czasu dorastania miała problemy skórne, ostry stan
trądziku. Z tą dolegliwością zgłosiła się do dermatologa, który polecił jej
zastosowanie środka antykoncepcyjnego, przepisywanego często w problemach
skórnych. Jak każdej dorastającej dziewczynie zależało jej, by pięknie wyglądać,
mieć ładną cerę. I rzeczywiście po jakimś czasie stan skóry uległ poprawie,
jednak dziewczyna zaczęła tyć, przybrała na wadze 8 kilogramów, poza tym
skarżyła się na obniżony nastrój, brak energii i zapału do życia. W efekcie
kompleksy związane z wyglądem się nasiliły. Lekarz prowadzący radził, by mniej
jadła. Mimo że Joanna nie odczuwała wzmożonego apetytu, jednak tyła. Czuła się
obolała, opuchnięta. Niezadowolona z leczenia trafiła do endokrynologa, który z
kolei na zmiany skórne spowodowane nieprawidłowym poziomem hormonalnym polecił
jej inny środek antykoncepcyjny – nowszej generacji. Odstawiła poprzednio
stosowany środek – problemy skórne powróciły błyskawicznie z bardziej wzmożonym
nasileniem niż przed zastosowaniem środka. Po tym kolejnym środku Joanna
schudła, jednak nadal odczuwała ciągły stan obniżonego nastroju, miała złe
samopoczucie, niskie libido, brakowało jej ochoty do życia. – Nie myślałam o
macierzyństwie. Utożsamiałam je z jakimś ogromnym trudem, jeszcze bardziej
intensywnym leczeniem, kojarzyło mi się głównie z problemami. Nie myślałam też,
że antykoncepcja może mieć wpływ na moje macierzyństwo, na to, że mogę mieć
problem z płodnością – wspomina dzisiaj kobieta. Trafiła do Agnieszki
Pietrusińskiej, instruktorki modelu Creightona. Odstawiła dotychczasowe leczenie
i zaczęła prowadzić obserwacje. Płodność powracała powoli, cykle były bardzo
nieregularne, trwały bardzo długo. Po upływie roku zaczęły wracać do normy.
Podjęła leczenie hormonalne i z miesiąca na miesiąc zauważała poprawę. –
Zaczęłam odkrywać swoje ciało zupełnie na nowo. Nigdy wcześniej nie miałam
takiej świadomości własnej kobiecości i postrzegania płodności jako daru, a nie
jako balastu dostarczającego tylko kłopotów. Przyczyniła się do tego także moja
znajomość z pewną wielodzietną rodziną we Włoszech, w której każde dziecko
przyjmowano jako wieki prezent od Boga – opowiada dzisiaj kobieta. Z obserwacji
dało się odczytać pewne nieprawidłowości, zawyżone progi hormonalne, które
powodowały bezowulacyjne cykle, nadprodukcję andosterionu, której objawem są
często problemy skórne, jak też podwyższony poziom prolaktyny. Po jakimś czasie
miesiączki stały się regularne. Joanna stwierdziła, że to może wskazywać na
pełny powrót do zdrowia. Jednak dr Maciej Barczentewicz, do którego trafiła po
kilku miesiącach obserwacji, stwierdził nieprawidłowy poziom progesteronu.
Kobieta zaczęła się leczyć. Nie planuje jeszcze rodziny, poczęcia dziecka w
najbliższym czasie, jednak chce przygotować się do tej roli i przygotować swój
organizm, by stworzyć optymalne warunki do poczęcia dziecka, zadbać o swoje
zdrowie. Na pewien okres zaprzestała leczenia, ale teraz, kiedy w Warszawie
przybyło kilku nowych lekarzy przeszkolonych w zakresie modelu Creightona,
postanowiła ponownie skorzystać z porad jednego z nich – dr Ewy
Ślizień-Kuczapskiej, ginekolog położnik.
Po kilku latach leczenia, rozwoju ośrodków, które leczą na zasadach
naprotechnologii, rośnie liczba dzieci, jak również liczba zadowolonych z tej
formy leczenia kobiet. Pani Anna z pomocą naprotechnologii, leczenia
hormonalnego, po wielu latach wcześniejszych, bezskutecznych starań doczekała
się upragnionego dziecka. Narodzi się ono już niebawem, w czerwcu. Podczas
leczenia, gdy wydawało się jej, że nie przynosi ono oczekiwanych rezultatów,
przeżywała chwile kryzysu. Właśnie w tamtym momencie uświadomiła sobie, jak
bardzo model Creightona wzmocnił jej relacje z mężem, na pewien sposób pomógł
usprawnić do podjęcia roli matki. Pan Bartek zapisywał na karcie wyniki
całodziennych obserwacji swojej żony. Wspólnie konsultowali, co mogą oznaczać
pewne markery. Oboje też czuli się odpowiedzialni za swoją płodność. – W pewnym
momencie pogodziłam się z naszym cierpieniem, z tym, że może nigdy nie będziemy
mieć dzieci. Doceniłam na nowo to, iż mamy z mężem siebie nawzajem, że jesteśmy
silni. Podziękowałam Bogu za lekarzy, ludzi, którzy chcieli nam pomóc.
Pomyślałam sobie, że to, co nas spotkało, lepiej przygotowało nas do
macierzyństwa, ojcostwa. Nauczyło mnie systematyczności, wytrwałości – cech,
które dotąd nie były moją silną stroną, a są tak bardzo potrzebne do podjęcia
ról ojca i matki – mówi dziś pani Anna.
Małgorzata Jędrzejczyk
