Medialny „balon” Kluzik niedługo pęknie
Z Marcinem Paladem, politologiem, współtwórcą Polskiej Grupy Badawczej,
rozmawia Paulina Jarosińska
Profesor Krzysztof Rybiński pozytywnie ocenił inicjatywę polityczną Joanny
Kluzik-Rostkowskiej, twierdząc, że może ona stać się nawet "polską Margaret
Thatcher, m.in. przez rozpoczęcie wreszcie merytorycznej debaty publicznej.
Przychyla się Pan do tych spostrzeżeń?
– W zasadniczej kwestii zgadzam się z prof. Rybińskim. Sprawy publiczne w Polsce
idą w złym kierunku, a w dużej mierze winę ponoszą za to dwa największe
ugrupowania: Platforma Obywatelska oraz Prawo i Sprawiedliwość. Zamiast
merytorycznych debat o najważniejszych problemach, w tym poszukiwania zbliżenia
co do celów strategicznych naszego kraju, mamy często jałowy, niemerytoryczny i
obliczony wyłącznie na wywołanie emocji spektakl. Natomiast co do roli, w jakiej
widziałby prof. Rybiński liderkę zbuntowanych posłów i eurodeputowanych PiS –
mam zdanie odmienne. Przy całym szacunku dla pani poseł Kluzik-Rostkowskiej
bycie "polską Margaret Thatcher" to zadanie niezwykle ciężkie i na horyzoncie
nie dostrzegam żadnej kobiety zaangażowanej w kwestie publiczne, która za sprawą
mocnych cech przywódczych mogłaby być chociaż małym cieniem Żelaznej Damy.
Porównanie obu pań wydaje się też dosyć mało fortunne wobec nadmiernie
etatystycznego spojrzenia na rzeczywistość pani Kluzik-Rostkowskiej, co stoi w
oczywistej sprzeczności z wieloma założeniami konserwatywno-wolnościowej
rewolucji, którą od 1979 roku skutecznie przeprowadziła premier Margaret
Thatcher.
Jaki mógł być cel powołania tego stowarzyszenia, a jaki skutek Pan
prognozuje?
– Jak w każdej partii, tak i w PiS istniały różnice zdań między tworzącymi tę
partię środowiskami. Czasami udawało się uniknąć głębszych podziałów, ale były
też spektakularne odejścia, jak Marka Jurka czy Ludwika Dorna. Atmosfera
pogorszyła się po ostatnich wyborach prezydenckich, czwartych przegranych pod
rząd przez partię Jarosława Kaczyńskiego. Zwycięstwo, podobnie jak porażka,
wyzwala wielkie emocje. Część działaczy w trosce o poprawę kondycji i zdjęcia
odium z PiS jako partii wiecznie przegranej, wywołała dyskusję wewnątrz, która
wobec narastania temperatury sporu zaczęła przenosić się do mediów. Byli też i
tacy, którzy poczuli zagrożenie możliwością odsunięcia od konfitur władzy, w tym
chorobliwego parcia na obecność w mediach. Patrząc na skład osobowy środowiska
pani Kluzik-Rostkowskiej, dostrzegam w nim reprezentantów zarówno jednej, jak i
drugiej grupy. Zaś co do powodzenia tej inicjatywy, to jest zdecydowanie za
wcześnie, żeby to rozstrzygać. To będziemy wiedzieć za kilka, kilkanaście
tygodni, kiedy kurz bitewny opadnie, a wyborcy centroprawicy zdecydują, czy
pozostają przy swoich dotychczasowych preferencjach, czy też część z nich gotowa
będzie przerzucić sympatie na ludzi tworzących stowarzyszenie "Polska jest
najważniejsza".
Wracając do poziomu medialnego inicjatywy Kluzik-Rostkowskiej, to wyraźnie
mamy do czynienia z ciekawym mechanizmem. Już serwowane są sondaże, które
wskazują na wystarczające poparcie dla wirtualnej jak na razie partii na
poziomie pozwalającym jej wejść do Sejmu.
– W ostatnich trzynastu latach byłem zawodowo związany z badaniami opinii
publicznej i mediami. Poznałem mechanizmy funkcjonowania IV i V władzy. Dlatego
z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że zarówno w pierwszym, ale nade
wszystko w drugim środowisku są ludzie uzurpujący sobie prawo do decydowania w
obszarach zarezerwowanych dla władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej.
Innymi słowy, ustrój coraz bardziej ewoluuje od demokracji do mediokracji. O ile
jednak prezydent, premier czy parlament muszą liczyć się chociaż w minimalnym
stopniu z opinią społeczną i podlegają wadliwym, ale jednak mechanizmom
kontrolnym, o tyle socjometria i media są zupełnie poza nimi. Stąd oglądany
dzień w dzień nowy sposób "uprawiania polityki". Scenariusz jest
nieskomplikowany i zwykle rozpoczyna się od spreparowania tzw. newsa na styku
polityki i mediów. Czegoś, co musi być opłacalne dla obu stron. Dla polityków
kreowane zdarzenie ma, jak to się popularnie mówi, "przykryć" czy też
"przytłumić" politycznych konkurentów. Ofiary niekoniecznie muszą wywodzić się z
innych partii. Powszechnym zjawiskiem jest załatwianie porachunków w obrębie
tego samego ugrupowania. Dla mediów zaś hit dnia to doskonała okazja na
przyciągnięcie uwagi widza, słuchacza czy czytelnika, a tym samym zwiększenie
oglądalności programów informacyjno-publicystycznych. To z kolei przekłada się
na wzrost wpływów reklamowych. Wiadomość dnia musi być jak fajerwerk –
wystrzałowa i kolorowa. Ostatni akt spektaklu to wyniki badania opinii
publicznej, koniecznie wsparte ekspercką analizą starannie wyselekcjonowanych
socjologów i politologów. Czy zaprezentowany obraz nie wyświetlił się państwu
przy niedawnej operacji medialnej pt. "Powołanie stowarzyszenia ČPolska jest
najważniejszaÇ"? Zaś co do poparcia dla nowej inicjatywy pani
Kluzik-Rostkowskiej, to w dwóch zamówionych na szybko sondażach – czy bardziej
wytworach sondażopodobnych – pojawiły się spore rozbieżności. Przy błędzie
statystycznym, o którym zwykle przy okazji prezentacji wyników badań media
milczą, rzeczywisty przedział poparcia zamknął się od 1 do 11 procent. A to
oznacza, że o stowarzyszeniu można powiedzieć zarówno, iż ma szansę dołączyć do
grona wirtualnych bytów, którym nie warto zawracać sobie głowy, ale równie
dobrze to, że może być zapowiedzią czegoś poważnego. Wiemy, że nic nie wiemy.
Podobnie jak kilka tygodni temu z inicjatywą Janusza Palikota i jego Nowoczesnej
Polski.
Istotnie, zainteresowanie politykiem z Lublina ewidentnie maleje. Jest
możliwy scenariusz – według Pana – nagłego pęknięcia "balonu" medialnego, co
oznaczałoby kres ambitnych planów pisowskich "liberałów"?
– Środowisko, któremu lideruje pani Kluzik-Rostkowska, ma teraz niewątpliwie
swoje pięć minut. Promowanie PiS-owskich "liberałów", a tym samym szumu
informacyjnego wokół głównej partii opozycyjnej, jest na rękę zarówno wielkim
koncernom medialnym, które – oględnie ujmując – nigdy nie pałały sympatią do
środowisk na prawo od centrum, jak też politycznej konkurencji. Do czasu. A to
oznacza, że wcześniej czy później w "grupie trzymającej władzę" zapadnie decyzja
o nakłuciu szybko napompowanego balonu stowarzyszenia "Polska jest
najważniejsza". Wtedy bez struktur i finansów będzie to jedynie towarzystwo
wzajemnej adoracji mieszczące się w windzie towarowej.
Dziękuję za rozmowę.
