Masowa tandeta wygrywa
Próba diagnozowania dzisiejszej rzeczywistości przez teatr rzadko staje
się obrazem obiektywnym i wiarygodnym. Najczęściej jest to popadanie z jednej
skrajności w drugą. Bo gdy pokazuje się na scenie negatywne konsekwencje
współczesnego polskiego kapitalizmu, to zazwyczaj w kontekście niejako
pozytywnej PRL-owskiej przeszłości, która wybrzmiewa w tonacji jakiegoś dziwnego
sentymentalizmu, żeby nie powiedzieć tęsknoty za komuną. Takie odczucia mam po
obejrzeniu sztuki Zyty Rudzkiej "Cukier Stanik" w Laboratorium Dramatu.
Cukier Stanik to nazwa firmy gorseciarskiej Dawida Cukiera (Janusz R. Nowicki),
starzejącego się mistrza krawieckiego, niegdyś znanego na całą okolicę ze
znakomitego wykonywania damskich gorsetów szytych indywidualnie na miarę.
Funkcjonująca w rodzinie Cukierów pracownia gorseciarska ma długoletnią
tradycję, przechodziła z ojca na syna i doskonale prosperowała. Tak było jeszcze
do niedawna. Ale teraz, gdy firma obchodzi sto lat swego istnienia, grozi jej
plajta. Nikt już nie przychodzi do Dawida Cukiera, by obstalować gorset. Kobiety
dziś nie noszą (poza wyjątkowymi przypadkami) gorsetów, a biustonosze kupują w
supermarketach. Chińskie, za jedyne 3 złote.
Z taką konkurencją Cukier nie wygra, więc ze swoją siostrą Mirą (Krystyna Tkacz)
postanawiają działać metodą swoistej dywersji ekonomicznej poprzez niszczenie
znienawidzonego przedmiotu. Tym przedmiotem są chińskie biustonosze. Mira z
ostrym nożykiem w torebce codziennie odbywa wizytę w supermarketach i przy półce
z biustonoszami tnie wszystkie na pół, jak popadnie. W ten sposób rodzeństwo
Cukierów zwalcza wroga, czyli chińską konkurencję. Ale w końcu musi nastąpić
wpadka. Przy kolejnym wypełnianiu zadania nożykiem Mirę przyłapuje szefowa
ochrony supermarketu zwana Babą Kapo (Anna Moskal) i tak kończy się walka
Cukierów z konkurencją.
Wiele ułomności jest zarówno w tekście, jak i jego realizacji. Sam pomysł
pokazania w komediowo-groteskowym ujęciu sytuacji odchodzenia
rzemieślników-artystów w zapomnienie na rzecz masowej, tandetnej produkcji jest
bardzo ciekawy i wart, by zająć się nim w teatrze. Bo to już nie jest problem
jednostkowy, a dotyczy zmian ekonomicznych i związanego z tym obrazu całej
współczesnej kultury tracącej swoją tożsamość. Ale, niestety, temat został
potraktowany zbyt powierzchownie przez samą autorkę tekstu, a jeszcze bardziej
zewnętrznie i skeczowo przez reżysera przedstawienia. Występującym postaciom
(prócz wymienionych już), jak: Ślepa (Anna Kadulska), Uliczny (Robert Koszucki)
czy Opiekun Łajki (Stanisław Brudny), brak głębszej motywacji zachowań, tak by
zyskać u widza wiarygodność. Na przykład zupełnie niezrozumiały jest wątek z
częstym przywoływaniem przez Ślepą imienia psa Łajka, który był w kosmosie.
Podobnie zresztą jak nieczytelna jest jej historia rodzinna i osobista. Owa
otoczka tajemnicy, którą chyba celowo przypisano Ślepej, nie wzbogaca, lecz
odbiera wiarygodność postaci. Podobnie nie wiadomo, w jakim celu, już pod koniec
przedstawienia, pojawia się dziwny osobnik w rosyjskim mundurze wojskowym,
obwieszony orderami, nazwany tu opiekunem Łajki. Z kwestii, którą wypowiada
Stanisław Brudny, niestety nic nie wynika. Czy autorka tekstu wespół z reżyserem
tego nie zauważyli?
Także pod względem aktorskim jest to bardzo słaby spektakl. Wprawdzie w głównych
rolach, rodzeństwa Cukierów, obsadzono przecież dobrych aktorów: Krystynę Tkacz
i Janusza R. Nowickiego, lecz artyści nie wznieśli się na swój poziom. Nie
mówiąc już o pozostałych wykonawcach, w tym o odtwórcy roli Ulicznego, Robercie
Koszuckim, który na jednej, silnie nadekspresywnej nucie prowadzi swego bohatera
przez cały spektakl. Podobnie jak Anna Moskal grająca Babę Kapo w tonacji
agresywnej ekspresji "oprawionej" stekiem wulgaryzmów, co sprawia, że odbiera
postaci jakąkolwiek prawdę.
Do najbardziej nużących i niepotrzebnie wydłużonych scen należy wizyta Ślepej u
Dawida Cukiera w zakładzie gorseciarskim. Tutaj zamiast umotywowanej, wzajemnej
relacji między postaciami mamy oddzielne monologi Janusza R. Nowickiego i Anny
Kadulskiej. Każdy gra swoje, nie bacząc na drugiego. Nużące to aż do zaśnięcia
po stronie widowni. Występujące zaś dwie postaci epizodyczne: Chińczyk Bagakhuu
Nyamsuren w roli chińskiego harmonisty oraz ciemnoskóry Wvarwezeky-wez
Kombo-Bouetou Moussa jako uchodźca mają pewnie swoją innością ubarwić spektakl
na zasadzie swoistego gadżetu.
We wszystkich rolach razi pewna sztuczność gry, a zwłaszcza w podawaniu tekstu.
Spektakl zrealizowany w konwencji tzw. małego realizmu wymaga bardzo dobrego
aktorstwa, naprawdę na wysokim poziomie. Inaczej przedstawienie popada w banał
trudny do wytrzymania. A tu właśnie zabrakło tego najważniejszego, czyli
wyrazistych, przekonywających ról.
No i ta okropnie denerwująca, można powiedzieć, bardzo szkolna zmiana scen przez
wygaszanie światła. Chyba tylko początkujący reżyser (i też nie każdy) posiłkuje
się takim sposobem przechodzenia z jednej sceny do drugiej, bo jeszcze nie
potrafi inaczej. Natomiast reżyser doświadczony wie doskonale, że takie
wyciemnianie scen powoduje utratę ciągu przyczynowo-skutkowego, przerywa
płynność obrazu i ciągłość tematu, odbiera klimat, nastrój spektaklowi itd.,
itd. Co innego, gdy jest to zamierzony przez reżysera zabieg artystyczny jako
środek wyrazu współgrający na równi z innymi elementami przedstawienia. Ale
tutaj nie jest to środek artystyczny, powiedziałabym raczej: przykład
nieudolności. I żadnym usprawiedliwieniem nie są warunki architektoniczne,
przestrzeń i niewielka kubatura sali teatralnej.
Interesująca i jakże aktualna idea zderzenia dwóch rzeczywistości: "starego"
świata tradycji ustępującego pod naporem współczesnej globalizacji i
bylejakości, gdzie ta ostatnia niestety wygrywa – nie uzyskała na scenie
właściwego przełożenia artystycznego. Szkoda.
Temida Stankiewicz-Podhorecka
"Cukier Stanik" Zyty Rudzkiej, reż. Gabriel Gietzky, scenogr. Maria Kanigowska,
oprac. muz. Rafał Kowalczyk, Laboratorium Dramatu, Warszawa..
