Marzyłem, że wystartuję na olimpiadzie

Z Piotrem Szubarczykiem, pracownikiem Oddziału Gdańskiego Biura Edukacji Publicznej IPN, jego żoną Hanną i synem Tadeuszem rozmawia Mariusz Bober

Czym jest dla Pana praca w Instytucie Pamięci Narodowej? Bywa, że Instytut jest kojarzony głównie z „wojną na teczki”. Ale lustracja to przecież nie jest jedyne ani chyba główne zajęcie IPN? Nazwa Instytutu wskazuje bowiem przede wszystkim na troskę o narodową pamięć.

Piotr Szubarczyk: – Jeśli chodzi o „afery teczkowe”, to zwykle są one pseudoaferami animowanymi przez media z pobudek politycznych. Jeśli bowiem weźmiemy pod uwagę szum wokół publikacji Sławomira Cenckiewicza, to jak można było zastanawiać się w roku 2008, czy możemy pisać o wszystkim, co dotyczy Lecha Wałęsy? To po co walczyliśmy z cenzurą? Po co w latach 70. prowadziłem nielegalne spotkania na temat cenzury? Pracuję w IPN od stycznia 2001 r. i przez cały ten czas mam świadomość, że to niezwykła instytucja i że ja również robię coś niezwykłego. Dlatego jestem bardzo dumny z tej pracy – najważniejszej spośród wszystkich, jakie podejmowałem w życiu. W pewnym sensie pracowałem w takiej instytucji duchowo już od 16. roku życia…


To znaczy?


– Moja licealna koleżanka Hania Jarecka przyniosła do klasy, w wielkiej tajemnicy, wydaną w Londynie książkę „Zbrodnia katyńska w świetle dokumentów” z przedmową gen. Władysława Andersa. Pożyczyła mi ją, a ja przez cały tydzień byłem na „kontrolowanych wagarach”. Mój ojciec wiedział o wszystkim i pozwolił na te „wagary”. Przepisywałem całą książkę, ręka mi omdlewała, musiałem ją bowiem wkrótce oddać. Do dziś zachowałem sto stron tego rękopisu. Za moimi plecami stał ojciec i czytał w milczeniu. Potem kolega z klasy, Leszek Wrona, w tajemnicy wykonał reprodukcje wstrząsających zdjęć z książki, m.in. skrępowane, oskarżające zbrodniarzy ręce katyńskie. To była książka mojego życia. Przed dwoma laty znalazłem ją w dziale książek przecenionych w księgarni Ossolineum w Gdańsku. Zrobiło mi się bardzo smutno.

Gdy jesienią 1989 r. praktycznie zniesiono cenzurę (formalnie uczyniono to rok później), od razu zacząłem pisać teksty o najnowszej historii Polski. Pierwszy mój artykuł z października 1989 r. w lokalnej „Gazecie Kartuskiej” dotyczył 19-letniego Ludwika Piernickiego, zamordowanego w „czarny czwartek” 1970 r. w Gdyni. Praca w IPN jest dla mnie ukoronowaniem działalności edukacyjnej, popularyzatorskiej, publicystycznej.


Wspomniał Pan o swoim zaangażowaniu w działalność opozycyjną w okresie PRL. Czym Pan się dokładnie zajmował?


– Było to w okresie moich studiów uniwersyteckich. Moi koledzy angażowali się wówczas w działalność, którą dziś określa się mianem opozycji demokratycznej. Nie myślałem wówczas o żadnej opozycji ani różnych jej nurtach, o czym już wówczas dyskutowało wielu moich kolegów. Zaprzyjaźniłem się zwłaszcza z dwiema osobami, moimi rówieśnikami – śp. Dariuszem Kobzdejem (1954-1995), którego rodzina pochodziła ze Lwowa, oraz z Magdą Modzelewską, która w okresie wielkiego strajku 1980 r. prowadziła zbiorowe modlitwy w Stoczni Gdańskiej. Dziś Magda poważnie choruje, lecz jest równie dzielna jak wówczas. Proszę o modlitwę w jej intencji. Byłem związany ze środowiskiem Studenckiego Komitetu Solidarności oraz Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela. W reakcji na zamordowanie przez SB w Krakowie Stanisława Pyjasa w różnych miastach Polski powstawały SKS-y. Gdy Tomasz Strzyżewski uciekł do Szwecji i ujawnił tam przewiezione cudem przez granicę zapisy cenzorskie Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, opublikowane niebawem w kraju w drugim obiegu, przeprowadziłem dwa „nielegalne” spotkania na temat cenzury na Uniwersytecie Gdańskim. Niczego wtedy nie objaśniałem, tylko starannie czytałem te zapisy. Moi koledzy studenci słuchali w niezwykłej ciszy, tak wielkie wrażenie to wywoływało. Trzeciego spotkania na Politechnice już nie było, uniemożliwiła je SB.


Był Pan jeszcze zaangażowany w Ruchu Młodej Polski…


– Ale już w znacznie mniejszym stopniu, ponieważ Ruch zaczął działać latem 1979 r., a właśnie wówczas urodziła nam się pierwsza córka, Elżbietka, dziś studentka College of London. Dla mnie to było wielkie „odkrycie”, bo okazało się, że cały czas trzeba prać pieluchy, prasować, przewijać dziecko, a za chwilę robić znów wszystko od nowa…

Hanna Szubarczyk: – Przecież ty nie prałeś pieluch…

P.Sz.: – Ale wywieszałem wyprane pieluchy (tetrowe oczywiście…). Gdy tylko skończyłem, moja kochana teściowa zaraz dawała mi do wywieszenia kolejne. Zastanowiłem się wtedy, czy na tym ma polegać rodzicielstwo, cały czas mam biegać z pieluchami? Byłem w takim szoku, że nie mogłem zajmować się innymi sprawami – tym bardziej że nie zdążyłem ochłonąć, bo po 11 miesiącach urodził się nasz starszy syn Stefanek, a po kolejnych 16 miesiącach Kasiunia.

H.Sz.: – Najciekawsze było dla nas wtedy nowe „odkrycie”: mimo iż była z nami już trójka dzieci, mieliśmy więcej czasu niż przy opiece nad pierwszym…


Dlaczego?


P.Sz.:- Bo się okazało, że pieluch nie trzeba koniecznie prasować, w dodatku po obu stronach…


I to pozwoliło Panu na powrót do działalności opozycyjnej?


– Rzeczywiście, gdy wybuchł strajk w Stoczni Gdańskiej, wróciłem do działalności, ale już w innym charakterze. Byłem przede wszystkim kolporterem prasy drugiego obiegu. 5 września założyłem w swojej szkole koło NSZZ „Solidarność”, a potem zostałem delegatem na I Zjazd Regionalny „Solidarności”. Pracowałem wtedy jako nauczyciel szkoły średniej w Bolesławowie, jedynej miejscowości w Polsce, która zachowała tę nazwę, nadaną jej w okresie PRL, na cześć Bolesława Bieruta!


Pracował Pan także jako dziennikarz…


– Zanim to się stało, przeżyłem bardzo ważne doświadczenie. W roku 1984, na dzień przed rozpoczęciem roku szkolnego, nowy dyrektor szkoły w Bolesławowie powiedział mi, że nie mogę tu pracować, bo mam zły wpływ polityczny na młodzież. Miałem ważną umowę w kieszeni, ale do jakiego sądu mogłem się wtedy udać? Przez dwa dni myślałem poważnie o emigracji. Kilka dni później podjąłem jednak pracę w Szkole Podstawowej w Goręczynie, w samym sercu Kaszub. Miejscowy inspektor, śp. Zygmunt Mielewczyk, powiedział, że ma gdzieś mój „zły wpływ”, bo przecież dyplom mam bardzo dobry. Pokochałem Kaszuby, o których wcześniej miałem niewielkie pojęcie. Nie tylko z powodu Zygmunta i wielu innych przyjaznych mi ludzi. Pokochałem krainę ludzi solidnych, dotrzymujących słowa, mówiących pięknym językiem, pełnym urokliwych archaizmów, związanych z Kościołem i bardzo poważnie traktujących swe codzienne obowiązki. Oddałem się pracy, a oni mnie wynagrodzili wyborem na radnego i przewodniczącego Rady Gminy w roku 1990, choć byłem przecież „obcy”.

Od 1990 r. związałem się z lokalną prasą. Powstały wówczas w całej Polsce setki nowych tytułów lokalnych, m.in. tygodnik „Gazeta Kartuska”, dla której pracowałem. Pamiętam zjazd w Poznaniu, na którym spotkali się przedstawiciele prasy lokalnej – wielki entuzjazm i wielkie plany. Zostałem wybrany na przewodniczącego Rady Konsultacyjnej Stowarzyszenia Prasy Lokalnej w Polsce. Ubolewam, że wiele tytułów zniknęło, duże gazety przechwyciły najzdolniejszych ludzi, a niezależne gazety lokalne przekształciły się w dodatki do dużych gazet. W ten sposób podporządkowywały się także ideowo tym dużym mediom.


Pracując obecnie w Biurze Edukacji Publicznej IPN, spotyka Pan wielu świadków naszej historii minionego stulecia. Co szczególnie Pan zapamiętał z tych spotkań?


– Sam fakt pracy w Instytucie sprawia, że czuję duże wsparcie ze strony różnych osób, nawet zupełnie mi nieznanych. Ludzie darzą dużym zaufaniem IPN, a przez to i mnie. Mamy do wykonania ogromną pracę. Lista świadków, których powinienem odwiedzić i „przepytać” w najbliższych latach, jest bardzo długa. Ci ludzie są bardzo skromni, nie nalegają. Jest wielu świadków historii, którzy nigdy nie spisali swoich wspomnień, a mają dużo do powiedzenia o sprawach ważnych dla naszych dziejów minionego wieku. Potrzebujemy ogólnonarodowego programu notacji, czyli rejestracji wspomnień tych osób, nawet gdyby to było uproszczone, spontaniczne, na żywo. Musimy stworzyć coś w rodzaju banku polskich świadków. Przeprowadzając wywiady z takimi ludźmi, publikując informacje o nich, i to niemal codziennie, „Nasz Dziennik” wykonuje ogromną, ważną dla Polski pracę. Jednak musimy mieć taki bank danych, podobny do tego, jaki stworzył Izrael, dokumentując zbrodnie niemieckie na Żydach. Pokolenie czasu wojny odchodzi już od nas.


Zabierając ze sobą swoją i naszą historię?


– Doktor hab. Marek Ney-Krwawicz z Instytutu Historii PAN w Warszawie, wybitny znawca Polskiego Państwa Podziemnego i Armii Krajowej, ma niezwykły zbiór pamiątek, zdjęć i dokumentów z czasu wojny. Gdy zapytałem go, skąd wziął te wszystkie skarby, odpowiedział: „Jedną trzecią ze śmietników”… Umierają na naszych oczach świadkowie historii, o których rozmawiamy. Zdarza się nieraz, że pamiątki po wybitnych żołnierzach czy uczestnikach Powstania Warszawskiego lub sybirakach idą, jako niepotrzebne już nikomu „szpargały”, na śmietnik. To bardzo smutne.


Trzeba mówić o naszej historii młodym pokoleniom. Właśnie tym się Pan zajmuje jako pracownik Biura Edukacji Publicznej IPN. Jak ta edukacja publiczna wygląda w praktyce?


– Niestety, nie wygląda tak, jak bym chciał. Przy całym szacunku dla IPN i jego obecnego prezesa uważam, że za mało wagi przykłada się do edukacji i popularyzacji wiedzy. Oczywiście, bardzo ważna jest praca naukowa i systematyczne przeglądanie archiwaliów. Bilans publikacji naukowych IPN jest imponujący, ponad 200 wydawnictw książkowych w ciągu 8 lat! To ogromna praca. Irytuje mnie jednak, że niektórzy traktują akcje edukacyjne jako pośledni rodzaj działalności, nazywają je „usługami dla ludności”. W IPN musi być intensywna edukacja nastawiona na nauczycieli i młodzież, ponieważ historia uniwersytecka w Polsce jest zdominowana ciągle przez ludzi, którzy kariery robili jeszcze w PRL. Przykładem jest pewien profesor z Uniwersytetu Gdańskiego, który publicznie, szyderczo wyraża się o II konspiracji niepodległościowej po wojnie. Musimy pokazywać prawdziwą historię Polski. Punktem odniesienia musi być walka o niepodległy byt, a nie walka między frakcjami partii komunistycznej o „socjalizm z ludzką twarzą”. Trzeba to robić w sposób nowoczesny, z użyciem wizualizacji, dźwięku z archiwum. Bohater walki o niepodległy byt Polski nie może być pokazywany jako „postać kontrowersyjna” tylko po to, by zaspokoić zapotrzebowanie byłych aparatczyków, ich dzieci i wnuków… Drugi element tej edukacji to spotkania ze świadkami historii. Oni również tych spotkań potrzebują. Potrzebna jest więc integracja wokół świętej Sprawy – jak o niepodległości Polski mówiło pokolenie Armii Krajowej. Od lat jesteśmy zafascynowani słowem „solidarność”, a zapomnieliśmy o pewnym słowie, które było podstawą patriotycznego wychowania przed wojną – o słowie „jedność”. Oczywiście, nie chodzi o jedność we wszystkim, lecz w sprawach najważniejszych, związanych z niepodległym bytem Ojczyzny. Próbujemy teraz wrócić do niezależnego myślenia o Polsce. Nie wystarczy, że nasz kraj formalnie jest wolny od 20 lat. By tę wolność utrwalić, potrzebne jest prawdziwie wolne, suwerenne myślenie.

H.Sz.: – Czasami obserwuję te spotkania z młodzieżą od drugiej strony, bo często sama je organizuję, zapraszając męża na prelekcje. Pamiętam pewne spotkanie z młodzieżą na temat grudnia 1970 roku. Ta młodzież w większości nie interesowała się w ogóle historią. Z początku mężowi trudno było skupić uwagę słuchaczy, ale gdy zaczął mówić o historii konkretnych młodych ludzi, którzy wówczas zginęli, zrobiła się cisza. Następnego dnia przyszła do mnie uczennica i powiedziała, że dzięki spotkaniu dowiedziała się, iż jej tata widział te wydarzenia, bo mieszkał wtedy w Gdyni. W ten sposób rodzice zaczęli rozmawiać ze swoimi dziećmi na temat historii.

P.Sz.: – Moje doświadczenie spotkań z młodzieżą jest takie, że najlepiej opowiadać historię, jakby to była historia rodzinna. Oczywiście, trzeba mówić o miejscach, datach, wydarzeniach, ale w miarę możliwości opowiadać tak, jakby dotyczyło to czyjegoś ojca, dziadka. Historia Narodu to przecież historia rodzin! Związek Sybiraków skupia ludzi, których rodzinne historie są gotowymi scenariuszami filmowymi! Jest taki dokumentalny film „Zapomniana Odyseja” zrealizowany przez śp. Jagnę Wright, przedwcześnie zmarłą Polkę z Londynu. Jagna powiedziała mi, że zbieranie materiałów do tego filmu było jej największym życiowym doświadczeniem. Gdybyśmy mieli filmowców, którzy lepiej rozumieją i czują historię naszego kraju, skorzystaliby z tych gotowych scenariuszy, jakimi są życiorysy poszczególnych ludzi. Amerykanie kręcą różne sensacyjne rzeczy o wojnie, często opowiadają bzdury. Czekam na film, w którym amerykańscy komandosi zabiją Hitlera… My nie potrafimy skorzystać z tego, co jest w pamięci i w sercach naszych rodaków.

H.Sz.: – Ale spektakl o „Ince” [Danuta Siedzikówna, sanitariuszka i łączniczka w 5. Wileńskiej Brygadzie AK mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” – red.] powstał.


I Pan chyba się do tego przyczynił?


P.Sz.:- Byłem konsultantem historycznym. Koledzy mówią czasem żartobliwie: „Daj już spokój z tą 'Inką'”. Uważam jednak, że najlepiej jest opowiadać o historii na zasadzie pars pro toto, „część o całości”. Historia tej dzielnej dziewczyny pokazuje coś więcej niż tragedię Danki. Przecież jej rodzina została skrzywdzona przez wszystkich wrogów Polski! Ojciec, wywieziony do ZSRS, umiera na szlaku gen. Andersa. Matka zastrzelona przez gestapo. „Inka” zamordowana przez UB…


Jest Pan właściwie łącznikiem między pokoleniem, które kształtowało naszą przeszłość, a tym, które kształtuje naszą przyszłość. Jakie doświadczenia ma Pan ze spotkania między tymi dwoma światami?


– Można tak to ująć, tym bardziej że jestem z pokolenia „pośredniego”, urodzonego po wojnie, ale pokolenia, którego rodzice zostali przez tę wojnę okaleczeni. Mój ojciec spędził wojnę na robotach przymusowych w Niemczech. Stryj Władek zginął z rąk Ukraińców, a stryj Ludwik za działalność w PSL został wywieziony w głąb ZSRS. Brat dziadka ze strony mamy, Bolesław Dłużewski, został powieszony w Radomiu przez Niemców za działalność konspiracyjną. Jako dziecko żyłem więc wspomnieniami z wojny. Pamiętam niezwykły, piękny las otaczający Lubienię – rodzinną miejscowość mojej mamy położoną między Radomiem a Ostrowcem Świętokrzyskim. Kiedyś poszliśmy do tego lasu z mamą na jagody. Zobaczyłem tablicę z niezrozumiałym dla mnie napisem w języku niemieckim. Potem się dowiedziałem, że było tam napisane „Teren partyzancki, wstęp wzbroniony”. Cały nasz las był otoczony takimi tablicami. Był to teren działania mjr. Jana Piwnika ps. „Ponury” i dużego zgrupowania AK. Potem słyszałem o różnych wojennych historiach w rodzinie ojca i mamy.

Teraz mówię do pokolenia moich dzieci, a niedługo będę mówił także do pokolenia wnuków. Dlatego liczę na nawiązanie łączności między pokoleniem świadków wojny i tych urodzonych w wolnej Polsce. Widzę już nawet przejawy tej łączności. W ostatnich latach powstało w Polsce wiele grup rekonstrukcji historycznej, w których zaangażowanych jest kilka tysięcy młodzieży. To młodzież studencka i licealna, która przeznacza własne skromne środki, by kupić np. mundur wojskowy, wyjechać na ćwiczenia do lasu, by później wystąpić na jakimś spotkaniu czy uroczystościach rocznicowych. Są chłopcy, którzy całe dnie poświęcają na renowację starych elementów umundurowania i uzbrojenia. Ponad pokoleniem ojców nawiązują kontakt z pokoleniem dziadków. Tym młodym ludziom niewiele trzeba tłumaczyć, oni sami się dokształcają, szukają lektur, śladów przeszłości, biegają po lasach z wykrywaczami metali! Oczywiście, nie jest to obraz całości młodzieży. Ale gdy sięgniemy do historii, to zobaczymy, że i Pierwsza Kadrowa była nieliczna, elitarna… Potrzebny jest zaczyn.


I wbrew stereotypom ci młodzi ludzie dają nadzieję na budowanie lepszej Polski?


– Przede wszystkim mają w nosie dylematy i dialektyczne rozróżnienia Jacka Kuronia i jego kumpli między frakcjami w ramach mafii, która nazywała się PZPR. Ci młodzi będą mieli jeden punkt odniesienia – niepodległy byt państwa polskiego.

Jest młodzieżowy temat z przeszłości, ciągle nieznany, wart pokazania. Chodzi o konspirację polskich nastolatków po wojnie, w latach 1945-1955. Były to grupy młodzieży w wieku 14-18 lat, często harcerzy, aresztowanej przez UB, skazywanej przez sądy wojskowe na wieloletnie więzienie. Nie ma jeszcze na ten temat ogólnopolskiej monografii. Co najmniej 10 tysięcy polskich nastolatków konspirowało w tym czasie w obronie niepodległej Polski! Nazwałem ich Dywizją Polskich Nastolatków. Niszczyli portrety Bieruta, Rokossowskiego czy Stalina, malowali farbami plakaty, pisali antysowieckie ulotki rozrzucane w szkołach i na mieście. Ta młodzież trafiała potem często do takich więzień jak np. w Jaworznie, czasami zamykano ją do jednej celi z żołnierzami AK. To były ich „uniwersytety”… To nie było tylko „pokolenie ZMP”, pokolenie machające czerwonymi szmatami na pochodach 1-majowych i wręczające kwiaty różnym komunistycznym kreaturom.

Mam pretensje do licznych przedstawicieli mojego pokolenia, czyli ludzi urodzonych w latach 50. Utożsamiają historię PRL z historią swej młodości, a ponieważ młodość jest piękna, to i PRL był piękny… Takie sentymenty utrwalają fałszywy obraz życia w PRL.


Powiedział Pan, że dzisiejszej młodzieży nie interesują podziały rodem z PRL. Jednak często nie interesują jej też trudności III RP, która zresztą nie pomyślała o nich, o pracy dla młodych pokoleń, które w tej sytuacji szukają jej za granicą…


– Rzeczywiście to jest duży problem, bo jeszcze nie uporaliśmy się z dziedzictwem komunizmu i sowietyzmu, a już weszliśmy w nowy świat. Nie wiem, z czym ta młodzież idzie do pracy w Irlandii czy Wielkiej Brytanii. Wiem, z czym wyjechały moje dzieci. Mój syn ma kontakty z Polakami z pierwszej emigracji mieszkającymi w Wielkiej Brytanii. Czasem, rozmawiając z nimi, nie wyrabia dziennej normy pracy…


Pani rodzina też pochodzi z Kielecczyzny?


H.Sz.: – Nie, pochodzę stąd, ze Starogardu Gdańskiego. Mój dziadek ze strony mamy, Wiktor Walc, był żołnierzem gen. Franciszka Kleeberga, zginął od niemieckiej kuli 4 października 1939 roku. Miał odległe niemieckie korzenie, ale czuł się Polakiem. Członkowie jego rodziny nie chcieli podpisać volkslisty, niektórzy trafili za to do obozu Stutthof [dziś Sztutowo – red.]. Babcia Zosia miała 21 lat, gdy zginął dziadek. Byli dwa lata po ślubie i mieli dwoje dzieci. Babcia sama musiała sobie radzić podczas wojny. Choć była piękną kobietą, nie wyszła już później za mąż. Z kolei babcia ze strony taty ma żydowskie korzenie. Gdy poznała dziadka Franciszka, uciekła z domu. Umierała jako chrześcijanka. Dziadek wojnę spędził na Sybirze, potem walczył u gen. Andersa, m.in. pod Monte Cassino.


Nie ma Pani za złe mężowi tak dużego zaangażowania w działalność edukacyjną, i to często bezinteresownie?


H.Sz.: – Cieszę się, że mąż ma pasję, ważny cel w życiu, że jest dumny ze swojej pracy. Rozumiem, iż to wymaga zaangażowania, niekiedy także w soboty i niedziele. Czasami zabieram najmłodszego syna i jedziemy razem na spotkanie, uroczystość. Tadzio dowiaduje się czegoś ważnego, a ja pomagam mężowi, recytując (to moja pasja!) lub śpiewając.

P.Sz.: – Zapomniałaś dodać, że pomagam zmywać, prać i zamiatać!

H.Sz.: – To prawda, i nawet często się to zdarza…


Jak Państwo się poznali?


H.Sz.:- Na balu mieszkańców akademika, w studenckim klubie „Wysepka” w Gdańsku. Byłam wtedy na II roku studiów. Zwykle nie brałam udziału w dyskotekach, podobnie zresztą jak mój mąż, ale tym razem namówiły mnie koleżanki, a jego – koledzy…


Co robią Państwo z wolnym czasem?


H.Sz.: – Gdy już uda mi się wyciągnąć męża z domu, jedziemy z Tadziem do Trójmiasta, na spacer nad morzem, do mamy Piotra.

P.Sz.: Choć czasem takie spacery kończą się w kinie. Wtedy mogę się porządnie wyspać przez dwie godziny… Ważne jest jednak, aby być ze sobą. Na co dzień nie ma na to czasu.


Na własne zainteresowania pewnie już nie starcza Panu czasu?


– W młodości lubiłem grać w szachy, miałem nawet II kategorię szachową. Ale szkoda życia na szachy, choć warto było nauczyć się tej mądrej gry. Drugim moim hobby, gdy byłem nastolatkiem, było bieganie. Trenowałem w Spójni Gdańsk, startowałem na 800 i 1500 metrów. Marzyłem, że wystartuję na olimpiadzie… Gdy zacząłem studia i zorientowałem się, że w spisie lektur tylko w jednym semestrze jest ponad 300 pozycji, zrozumiałem, że nici z olimpiady… Jednak bieganie wykształciło we mnie wytrzymałość i zdolność do podejmowania dużych wysiłków. Dziś powtarzam sobie, że trzeba wrócić do biegów, tylko jakoś nie mogę się do tego zabrać. Nie rozumiem, dlaczego z wiekiem człowiek robi się taki ciężki…

Interesuję się też ziołolecznictwem. Bywam na spotkaniach dla lekarzy i farmaceutów organizowanych przez mojego przyjaciela Tadeusza Pawełka, założyciela firmy Labofarm produkującej leki ziołowe. Każdy powinien dziś interesować się choć trochę ziołami. Nasycenie farmaceutykami, które mają liczne skutki uboczne, jest tak duże, że jak pisał śp. prof. Jerzy Lutomski, zaczyna się era samoleczenia lekami ziołowymi, które mają najmniej skutków ubocznych. Poza tym poznawanie świata roślin uszlachetnia człowieka.


Ty również interesujesz się ziołami i historią?


Tadeusz Szubarczyk: – Trochę interesuję się historią, zwłaszcza okresem średniowiecza, przede wszystkim dziejami zakonu templariuszy.


Chciałbyś studiować historię?


– Trudno mi teraz odpowiedzieć na takie pytanie, mam dopiero 16 lat.


A jak lubisz spędzać wolny czas? Na spacerach czy raczej przy partii szachów z tatą?


– Czasami grywamy, ale rzadko. Tak jak moi koledzy sporo czasu spędzam przy komputerze…


Mówi się, że historia jest nauczycielką życia. Czego Pana nauczyła i czego powinna nauczyć obecne pokolenia?


P.Sz.: – Jest taki piękny wiersz Cypriana K. Norwida, w którym nasz wieszcz pisze, że „Przyszłość to jest dziś, tylko cokolwiek dalej”. Norwid miał świadomość bliskości duchowej tego, co wydarzyło się w przeszłości. Patrząc na nastolatków, do których mówię, powtarzam często te słowa. Tłumaczę, że „Inka” czy harcerze Szarych Szeregów byli tacy sami jak oni, mieli te same pragnienia, marzenia, byli tak samo zakochani. Na wystawie o tułaczych dzieciach czasu wojny mówiłem im wprost, że to wystawa o nich… Doskonale rozumieli, o co mi chodzi, nikt się nie dziwił…

Historia jest nauczycielką życia, a nauczyciel jest skuteczny wtedy, gdy się go słucha. Nie można ignorować historii, bo to prowadzi do tego, że pewne sytuacje trzeba będzie przeżyć jeszcze raz, że w ten sposób powtarza się błędy z przeszłości. Ponadto przykłady szlachetnych czynów z przeszłości napawają nas dumą i wzmacniają nasze poczucie godności.

H.Sz.: – Norwid powiedział też, że duchowo „Polak jest olbrzym, a człowiek w Polaku jest karzeł”. Myślę, że do końca w to nie wierzył, ale specjalnie wyostrzył te słowa, bo chciał nas ostrzec przed małostkowością, swarami, kłótniami, przed bezmyślnością. Warto i o tych słowach pamiętać.


Dziękuję za rozmowę.
drukuj