„Małe ojczyzny” i „ściany”

Dziękuję prof. Franciszkowi Antoniemu Markowi za uwagi na temat ostatniego
felietonu o tzw. małych ojczyznach, których powszechne popularyzowanie w naszym
kraju, jak nam się wspólnie wydaje, jest świadomą inżynierią polityczną mającą
na celu "kawałkowanie" Ojczyzny według obcych, niemieckich wzorów, zbliżających
strukturę terytorialną naszego państwa do tzw. regionów w Unii Europejskiej.
Notabene na Śląsku PO ma zawrzeć w sejmiku koalicję z Ruchem Autonomii Śląska
(RAŚ), który bez owijania w bawełnę mówi o "nowoczesnej autonomii i
regionalizacji" w UE.

Dzieje się to w tym samym czasie, gdy niemiecki termin "Heimat" odgrywa w
ojczyźnie jego pochodzenia coraz mniejszą rolę, z wyjątkiem oczywiście środowisk
tzw. wypędzonych bazujących na sentymentach za ziemią przodków. Polityka
popularyzowania tzw. małych ojczyzn nie ma nic wspólnego z dążeniem do
samorządności, jako przejawu podmiotowej aktywności społeczeństwa
obywatelskiego. Jest raczej wymuszaniem unijnej unifikacji pod dyktando jednego
z głównych architektów UE, czyli Niemiec. Jestem także wdzięczny pani prof.
Annie Pawełczyńskiej za jej ostatnią książkę po tytułem "O istocie narodowej
tożsamości", w której znalazłem potwierdzenie naszych obaw o przyszłość
narodowych ojczyzn w Europie. Profesor Pawełczyńska przywołuje też inne
niemieckie terminy: "Gemeinschaft" i "Gesellschaft", których właściwe
zrozumienie w Polsce wydaje się dziś ważne. Termin pierwszy odpowiada polskiemu
słowu "wspólnota", drugi – pojęciu "zrzeszenie". Nie wolno zacierać różnicy
między tymi terminami, gdyż wspólnoty ludzkie, jak pisze prof. Pawełczyńska,
powiązane są więzią wynikającą z ludzkiej natury, wyrażają tęsknotę za byciem w
rodzinie i we wspólnej ojczyźnie. Natomiast "zrzeszenia" to związki formalne,
które nie opierają się na odczuciach czy uczuciach, ale na umowie określającej
wzajemne zobowiązania. Zrzeszenia, które dążą do realizacji wspólnych
konkretnych celów, są bardzo potrzebne, bo poprawiają warunki codziennego,
wspólnotowego życia, z zastrzeżeniem jednak, że nie występują przeciwko
naturalnej wspólnocie, emanacji rodzin skupionych w ojczyźnie.To smutne i
niestety typowe dla obecnych czasów, że książka prof. Pawełczyńskiej nie zalega
na półkach popularnych witryn, ale sprzedawana jest półprywatnie. Bo kto coś wie
o lubelskim wydawnictwie "Polihymnia", które firmuje tę wyjątkową pozycję? A
poza tym i tu jest być może wyjaśnienie, jakie wydawnictwo zgodziłoby się na
publikację książki z dedykacją: "Pamięci mojego Prezydenta Profesora Lecha
Kaczyńskiego, który zginął na Ziemi Katyńskiej – zło zwyciężał prawdą".Czy
ocaleją sprawdzone przez doświadczenia wielu pokoleń stałe normy moralne
regulujące współżycie wspólnot? – pyta prof. Pawełczyńska. Jest to możliwe, pod
warunkiem że "projekt" pod nazwą Unia Europejska będzie zmuszony uwzględniać
wiedzę, jaka nawarstwiała się przez wieki w ramach wielu pozytywnych, bo
naturalnych procesów kulturowych. Nadużywanie kompletnie błędnego w stosunku do
Polski pojęcia "mała ojczyzna" (to wyłącznie odpowiednik niemieckiego słowa "Heimat"),
zbiega się z równie błędnym interpretowaniem zjawisk w odniesieniu do Polski
dzielonej na "ściany". Przy okazji wyborów samorządowych wielokrotnie
słyszeliśmy o tym, jak głosuje "ściana wschodnia", centrum i (już nie "ściana")
"zachodnie województwa". Jednocześnie wmawia się nam, że tzw. ściana wschodnia
jest mniej wykształcona, bo bardziej rolnicza, tym samym mniej nowoczesna, co ma
znaczyć, że i mniej postępowa, czyli zacofana. Tok tego myślenia wywodzi się z
epoki komunizmu, gdzie postęp oznaczał stopień uprzemysłowienia, a zacofanie
przewagę rolnictwa. Nic bardziej błędnego, stąd moim zdaniem wręcz upokarzające
są opinie naszych rodzimych "liberałów" o zacofaniu polskiej "ściany
wschodniej", choć oczywistą prawdą jest jej stopień niedoinwestowania, od wielu
lat sprawia wrażenie jakby zemsty za "brak postępowości". Dawna "Polska B", jak
nazywano ją w czasach komuny i dziś, jest tą częścią Polski, która dawniej,
przed II wojną światową, stanowiła centrum Polski! Zarówno pod względem
historycznym, jak i kulturowym. Jeżeli ktoś tego nie rozumie, niech spojrzy na
dawną mapę Polski, w której z łatwością odszuka, patrząc od północy na południe,
prawdziwą "ścianę wschodnią" z takimi miastami, jak: Wilno, Grodno, Baranowicze,
Pińsk, Łuck, Równe, Lwów, Tarnopol, Stanisławów. Dawna "ściana wschodnia" to
nasze byłe, utracone Kresy, obecna "ściana wschodnia" to dawne centrum Polski, a
"zachodnie województwa" to tereny niemieckie przed wojną, co nie znaczy, że
pozbawione polskiego etnicznego żywiołu, ulokowanego tam jeszcze przed
rozbiorami. Dawne podziały doskonale rozumieją Niemcy, których inwestycje w
Polsce ograniczają się przede wszystkim do dawnych zaborów niemieckich, łącznie
z byłymi Prusami Wschodnimi. Na tych terenach infrastruktura komunalna i
drogowa, która i tak była bardziej rozwinięta niż na innych terenach w II RP,
jest dziś, dzięki finansowaniu UE, jeszcze lepsza niż np. w powiatach
województwa mazowieckiego, czyli w samym centrum obecnej Polski. Jeżeli chcemy
być beneficjentem unijnych koncesji, to pod warunkiem zadbania o polską rację
stanu, odrzucając koncepcję "małych ojczyzn" i podziału na "ściany".
 

Wojciech Reszczyński
 

Autor jest komentatorem w programie 3 Polskiego Radia.

drukuj