Magnetyzm Rzeczypospolitej
Zadaniem nowoczesnego republikanizmu polskiego jest odbudowa autorytetu
państwa, zszarganego zwłaszcza ostatnio, a także mnożenie potencjału niezbędnej
do tego energii obywatelskiej. Jest to konieczne, jeśli majestat
Rzeczypospolitej ma odzyskiwać swą magnetyczną siłę, a republikanów – pod jej
wpływem – przybywać.
Często od pewnego czasu dający się słyszeć termin republikanizm budzi sympatię
odruchową. Dzieje się tak, mimo że większość tak zwanych izmów nie cieszy się
już – słusznie i na szczęście – swą niegdysiejszą siłą. Wydźwięk negatywny, jaki
końcówka "izm" nadaje terminom, nie musi dziwić. Bierze się on przecież z
niezdolności zdroworozsądkowej uznania jakiejkolwiek ideologii za podstawę
praktyki politycznej. Inaczej mówiąc, z niezgody na ideologizację polityki,
nieuchronną, gdy jej podstawą przestaje być etyka. Nie tylko praktyka polityczna
komunizmu czy socjalizmu narodowego ukazuje skutki ideologizmów politycznych. Ma
tu swój wkład i liberalizm, odkąd nie kojarzy się już z praktyką rządów wolnych
od przemocy, a szanujących naturalne uprawnienia jednostki do wolności sumienia
i myśli, lecz z ideologią, co politycznego terroru używa, by wolności te łamać.
Niechęć do "izmów" wypływa też z przeczucia, że z praktyką życia w realiach tego
świata mało która teoria ma kontakt. Najmniej zaś teoria tak bardzo stroniąca od
doświadczeń, jaką w rzeczy samej jest każda ideologia.
Dziwić więc może, że termin republikanizm – inaczej niż inne "izmy", nawet te,
co nie budzą przykrych skojarzeń – przyjmowany nie jest z co najwyżej
ziewnięciem, ale z ciekawością, rzecz prosta – stonowaną. Otóż wydaje się, że
niespodzianka, jaką kryje w sobie powód takiego stanu rzeczy, może wynagrodzić
trud niezbędny do jego odszukania.
Sprawa Najwyższa
Źródłem sympatii dla terminu republikanizm zapewne nie jest upodobanie do
republiki jako ustroju przeciwstawnego monarchii. Gdyby bowiem spytać
szeregowego Polaka, a nawet Francuza, czy woli republikę, jaką ma dziś, czy
monarchię, jaką miał kiedyś, to odpowiedź – jeśli tylko byłaby szczera – nie
byłaby miła dla tych, którzy dzisiejsze monarchie europejskie mają za przeżytek.
Skoro nie działa tu urok konkretnego ustroju państwa, to musi być to urok
państwa samego. I jest tak, choć idzie tu raczej o urok szczególnej postawy
indywidualnej, której ono jest adresatem. Do sedna sprawy zbliża różnica
znaczeń, jakie polszczyzna współczesna nadaje dwu terminom: republika i
rzeczpospolita. Oba terminy wywodzą się z tego samego łacińskiego słówka –
respublica. O ile znane realia ustrojowe opisuje polskie słówko republika –
podobnie jak angielskie republic i francuskie république – o tyle słówko
rzeczpospolita służy opisowi innych realiów. Otóż realia opisywane słówkiem
rzeczpospolita odpowiadają najściślej tym realiom, do których opisu właśnie
słówko respublica stosowali Rzymianie. Nie odnosząc się do specyfiki struktury
państwa, rzymski termin respublica odnosił się do specyfiki jego funkcji. To
znaczy do jego funkcji jako sprawy publicznej, za jaką je miał, zgodnie z
tłumaczeniem ścisłym obu słówek, w zgodzie też z tradycją klasyczną zaczynanych
dużymi literami, choć pisanych razem – ResPublica. Pierwotne, rzymskie znaczenie
obu słówek – Res i Publica – tłumacząc termin z nich ułożony, rzuca światło na
funkcję ujętych nim realiów.
Jest więc to – powiedzmy od razu – Sprawa Najwyższa (Res Summa), jaką tak
plasuje sam urok jej przedmiotu. Urokowi temu bowiem – zdaniem Cycerona – oprzeć
się nie może nawet najwyższe bóstwo. Ono przecież – według tego prawnika – "ze
wszystkiego, co na świecie całym, upodobało sobie najbardziej gromady i związki
ludzkie, spojone prawem i zwane państwami". Otóż zwąc po łacinie państwo
słówkiem "civitas", upewnia nas Cyceron, że to ów zgodny z naturą jego charakter
ludzki – wspólnotowy i prawny – stanowi o uroku realiów, jakie je tworzą. To gdy
o nich właśnie mówił – w tym samym zdaniu – Cyceron użył terminu res publica,
narzucającego samym sobą obowiązek "opieki nad nimi, oraz ich zachowywania,
wspierania i pomnażania". I to właśnie ów naturalny – wspólnotowy i prawny –
charakter państwa poleca jego najwyższym urzędnikom uroczysta sentencja: "Strzec
mają konsulowie, aby żaden uszczerbek nie zagrażał Sprawie Publicznej".
Z pierwotnym znaczeniem rzeczownika res wiąże swe znaczenie pierwotne
przymiotnik publica. Jednak sens dzisiejszy przymiotnika polskiego – publiczna –
znaczenia tego nie oddaje dostatecznie wiernie. Ma to przyczynę z jednej strony
w coraz mniejszej ostrości pojęć służących rozróżnianiu obu sfer życia –
prywatnej i publicznej – a z drugiej strony w rozpowszechnieniu poglądu, że same
ich rozróżnienie powoduje komplikacje niepotrzebne. Mówiąc krótko, w tym więc,
że dziś zdaniem wielu przestrzeń publiczna jest tym atrakcyjniejsza, im łatwiej
dopuszcza zachowania zastrzegane dotąd dla przestrzeni prywatnej. Rzymianin w
obu przestrzeniach, w privatum i w publicum, czuł się jednako dobrze i każdą
miał za dobro, bez którego żyć nie umie człowiek integralny. To znaczy: w jednej
osobie – pan swego privatum i obywatel swego publicum. Realia ujęte pojęciami
pan i obywatel, są równie ludzkie i uznania godne, co różne. Toteż jednym i
drugim niezbędne są przestrzenie różne i odrębne. Dlatego Rzymianinowi
integralnemu życie brzydnie, gdy którejś brak. Stąd w żadną z nich nie wkracza
bez uznania jej specyfiki; stąd też każdą z nich przed zamachem na jej specyfikę
osłania.
Można więc mówić, że im bardziej był Rzymianin panem, tym bardziej był i
obywatelem. Tym też bardziej osobistą i tym bardziej pańską rękojmię opieki
obywatelskiej dawało Sprawie Najwyższej jej miejsce w tak pojętej przestrzeni
publicznej, gdzie ją świadomość pomieszczała wspólnym znaczeniem obu słówek –
res i publica. To do konkretu państwa o takim właśnie charakterze i do takiej
właśnie postawy indywidualnej, w ślad za terminem ResPublica adresuje się termin
republikanizm.
***
Godny uwagi wydaje się pewien szczegół wyróżniający republikanizm tak pojęty z
ogółu pojęć o patriotyzmie. Patriotyzm zwraca nas ku ojczyźnie, w której żyjemy
i za którą tęsknimy, niepodległej politycznie albo zniewolonej – zawsze przecież
skłaniającej nas do poświęceń dla niej, czasem nawet najwyższych. Natomiast
adresujący się do konkretnego charakteru państwa republikanizm wyklucza, by jego
odmianę republikanin mógł przeżyć bezkarnie. Jak to zauważył Stanisław Łoś, rody
– zarówno patrycjuszowskie, jak i plebejskie – które stworzyły republikański
Rzym i dawały mu urzędników, nie przeżyły jego transformacji w Rzym cesarski. W
dobie zmian przestały wydawać potomstwo.
Uwagę przykuwają też inne okoliczności, w jakich republikanizm rzymski
manifestował swą obecność, a do jakich zbliża pisarstwo wybitnego badacza
antyku. Jedna z nich to ambicja do ofiarności na rzecz sprawy publicznej,
pociągająca omal odruchowo, a zwykle bezgranicznie. Druga to powściągliwość w
ubieganiu się o urzędy, jaka zawsze cechowała patrycjuszów i jaką okazywali też
plebejusze, już gdy zyskali prawo ich sprawowania.
Obywatel król
Fenomen kulturowy rzymskiego republikanizmu stanowi dobro z oryginalnej części
dziedzictwa Zachodu. Stąd w każdej epoce realia tworzące jego istotę stają się
magnesem dla wyobraźni politycznej Europejczyków i dla ich politycznej praktyki.
Od nich zależy, czy jego przyciąganiu się poddają, czy nie. Czy więc przełamują
opór barier, jakie od niego dzielą ich życie i ich wyobraźnię. Przyznać trzeba,
że przy jego przełamywaniu Polacy znajdują się w sytuacji dość uprzywilejowanej
przez dwa czynniki, co prawda świadome im raczej słabo.
Czynnikiem zbliżającym wyobraźnię Polaka do istoty republikanizmu jest same
słówko rzeczpospolita. Przeniesione ze starej polszczyzny do dzisiejszej
zachowało ono swój pierwotny sens, tożsamy z pierwotnym znaczeniem łacińskim
terminu respublica. Podobnie jak Polaków, język ojczysty uprzywilejował pod tym
względem też Anglików, skoro i oni mogą rozróżniać rzeczpospolitą i republikę, a
to dzięki odpowiadającym im dokładnie słówkom angielskim – commonwealth i
republic. Godne uwagi jest, że i rzeczpospolita, i commonwealth, podobnie jak
będąca ich wzorcem ResPublica, zyskały status tytułu podmiotu prawa publicznego.
Mniej szczęścia mają Niemcy. Wprawdzie i niemczyzna ma oba słówka umożliwiające
podobne rozróżnianie, jednak historia sprawiła, że wspaniały rzeczownik
niemiecki das Gemeinwesen – inaczej niż pokrewne mu rzeczpospolita i
commonwealth – statusu podobnego tytułu jak dotąd nie uzyskał. Jeszcze trudniej
przychodzi rozróżniać omawiane realia Francuzom, którym słówko république służy
wyłącznie do ujęcia realiów ujmowanych polskim republika czy angielskim
republic, a w których słownictwie dziś po prostu brakuje osobnego słówka
tłumaczącego respublica tak, jak czynią to rzeczpospolita i commonwealth.
Drugim czynnikiem, który istotę republikanizmu przybliża Polakom, jest tradycja
ich państwa. To republikańskiemu charakterowi jego ustroju – prześwitującemu już
za monarchii Piastów, dojrzałemu za królów Jagiellonów, kultywowanemu pod
berłami Wazów i obu królów rodaków – swe miejsce w jego tytule zawdzięcza słówko
rzeczpospolita. Co więcej, ustrój ten przedstawia się jako podręcznikowy
przykład modelu zwanego ustrojem mieszanym. Ustroju więc, którego specyfiką
cieszył się Rzym republikański, a który jeszcze wcześniej za "ustrój państwa,
które jest państwem we właściwym tego słowa znaczeniu", uznał Arystoteles.
Przypomnijmy, że filozof za właśnie taki uważał ustrój, w jakim monarcha, elita
urzędnicza i ogół obywateli wspólnie sprawują całość władzy przysługującej
państwu z natury, co staje się możliwe dzięki zmieszaniu trzech form tak zwanych
ustrojów czystych, oddających władzę albo jednemu, albo mniejszości, albo
wszystkim. Monarchiczną władzę konsulów, zmieszaną z arystokratyczną władzą
senatu i ludową trybunów oraz zgromadzeń, odwzorowały w Anglii uprawnienia
króla, połączone w parlamencie z uprawnieniami lordów i posłów gmin, podobnie
jak w sejmie pierwszej Rzeczypospolitej czynili to jej król, jej senat i
posłowie z jej ziem. Ten sam modelunek łatwo znaleźć w tak zwanych systemach
prezydenckich. To właśnie taki ustrój, zwąc politeją, przeciwstawiał go
Arystoteles monarchii czystej i czystej arystokracji jako ustrojom wprawdzie
deklarującym gwarancję zasadzie dobra wspólnego, ale gwarancję w istocie
utopijną. Natomiast tym ustrojom czystym, które gwarantują dobro jedynie
rządzących, za które miał tyranię, oligarchię i demokrację, odmawiał on miana
państwa.
Co jasne, również w przypadku polskim, struktury i procedury konstytucyjne
pozwalały trzem podmiotom naczelnym ustroju mieszanego – sprawującym części
władzy powierzone im poprzez podział jej należnej państwu całości – strzec każdy
każdego, by żaden z nich nie działał dla korzyści innych jak korzyść
Rzeczypospolitej. Mnożyło to siłę państwa i jego urok. Działał tu przecież nie
sam system, ale przede wszystkim duch, który go uruchomił, zwłaszcza w okresie
renesansu, kiedy to wpływ narodowej ambicji sprzągł się z wpływem intelektualnej
lekcji, jaką wtedy, nie tylko zresztą w Polsce, dawał odkryty po raz kolejny
antyk.
Cały więc zespół czynników kulturowych współtworzył fenomen polityczny pierwszej
Rzeczypospolitej, gdzie republikaninem był nie tylko obywatel szeregowy i
minister, ale i król.
Ustrój mieszany
Nad republikanizmem późniejszych czasów nowożytnych zaciążyły dwa fakty. Jeden –
którym w XVIII wieku stał się upadek pierwszej Rzeczypospolitej, przesłaniający
jej przewagi z wieków XVI i XVII – wykazał, że tak jak śmierci rzeczypospolitej
nie przeżywa republikanin, tak też bez republikanów przeżyć nie może i
rzeczpospolita. Omal nieobecni w odpowiedzialnych za klęskę pokoleniach czasów
sasko-stanisławowskich nie mogli republikanie rzeczywiście ani nadać ducha
rzetelnie republikańskiego reformie państwa, ani miarodajnego kodeksu jego zasad
pozostawić pokoleniom z XIX wieku. Fakt drugi tkwi w piruetach refleksji
politycznej, na śliskim gruncie realiów ustrojowych nowożytności. Tu bowiem –
obok uznanego zrazu przez omal całą myśl Zachodu za standardowy republikańskiego
ustroju mieszanego – z biegiem epoki coraz to śmielej do tytułu prawidłowości
dziejowej pretendował najbardziej chyba standardowy ustrój czysty, to jest
francuska monarchia absolutna. Rzecz nie tylko w tym, że rozdwajało to dukt,
jaki dotąd wiódł Europejczyków w kierunku republikańskim, czy że nie zbrakło
intelektualistów chwalących władzę absolutną. Brzemiennie na całą przyszłość,
prowokowane absolutystyczną praktyką i teorią, utrwalało się wyobrażenie państwa
jako narzędzia władzy posiadającego je władcy. Państwo więc – tak gdy "posiada"
je król, jak gdy "ma" je lud – stanowi narzędzie tym lepsze, im bardziej jest
ono posłuszne marzeniom "właściciela", którego wola stawać może się prawem tylko
dlatego, że sankcjonuje ją już nie etyka, a ideologia. Łatwo jest dostrzec, że
specyfika takiego państwa niewiele ma wspólnego z urodą rzeczypospolitej, której
ulegają republikanie. Nowość jego modeli dziewiętnastowiecznych przyćmiła
wyobraźnię spadkobierców po pokoleniach zawstydzającego polskiego wieku XVIII,
gdy nieszczęście Ojczyzny obudziło w nich wreszcie ambicję pradziadów z XVI i
XVII stulecia.
Wpływ tak dalekich od klasycznego republikanizmu modeli praktyki i refleksji
odcisnął swe ideologizujące piętno również na specyfice dziewiętnasto- i
dwudziestowiecznych stronnictw republikańskich, zwłaszcza we Francji i we
Włoszech. Znacznie mniej ulegał mu republikanizm amerykański, dyscyplinowany
tradycją anglosaską, zakorzenioną w tej samej glebie kulturowej, z której
wcześniej wyrosła polska pierwsza Rzeczpospolita. Tymczasem swój nowy triumf
tradycja ta odnosiła w dziewiętnastowiecznej Anglii. Kolejne reformy
modernizowały miejscowy ustrój mieszany, który i tu dowodził, że stanowi ustrój
optymalny, triumfujący jako monarchia konstytucyjna. Jego bowiem nazwę
klasyczną, to jest ustrój mieszany, rugował ze słownika polityki dyktat
intelektualnych mód. Z biegiem czasu ujawniała się przecież charakterystyczna
zbieżność. Oto rosnącym z biegiem drugiej połowy XX wieku w świecie anglosaskim
obawom o stan jego obu państwowości towarzyszyła emancypacja historiografii
miejscowej spod uroku francuskiej, jaki w sferze historii politycznej na
pokolenie J.W. Allena wywierał Pierre Mesnard, a jakiemu już w latach 70. oparli
się choćby John Pocock i jego młodsi koledzy, John Dunn i Quentin Skinner –
zasłużeni eksploratorzy nowożytnego republikanizmu. Z drugiej strony to z tą
eksploracją zbiegło się, mniej lub bardziej akcentowane, odkrycie pojęcia
ustroju mieszanego. Doczekało się ono szeregu analiz, autorstwa takich autorów,
jak Julian Franklin w Ameryce czy Horst Dreitzel w Niemczech, a także – nieco
starszy – Rodolfo de Mattei we Włoszech. Od ich badań niezależnie, w tychże
latach 70., do analizy specyfiki ustroju państwa staropolskiego i jego ewolucji
oraz myśli jemu współczesnej wprowadzili ustrój mieszany Jan Dzięgielewski i
piszący te słowa.
W przypadku i tej rewizji historii widać zbieżność podobną. Ujawnił ją rezonans
po stronie krakowskiego Ośrodka Myśli Politycznej, skoro w trudnym dla naszej
Rzeczypospolitej czasie to w jego środowisku – tak zasłużonym dla rewaloryzacji
narodowego dziedzictwa politycznego – ma intelektualne oparcie nowoczesny
republikanizm polski – w prologu swej historii.
***
Narzucające się samą siłą rzeczy pytanie o jej ciąg dalszy, wymagałoby – rzecz
prosta – refleksji osobnej. Musiałaby ona nie tylko zdiagnozować możliwości
odbudowy autorytetu państwa, zszarganego zwłaszcza ostatnio; nie tylko też
zmierzyć potencjał niezbędnej do tego energii obywatelskiej. Co jasne, wszystko
to są przedmioty refleksji koniecznej, jeśli majestat Rzeczypospolitej ma
odzyskać swą magnetyczną siłę, a republikanów – pod jej wpływem – przybywać.
Jednak są to przedmioty pomieszczone na zewnątrz każdego, kto na nie patrzy.
Tymczasem pewne jest już teraz, że dalszy ciąg historii polskiego republikanizmu
nowoczesnego w znacznej też mierze zależy od tego, co tkwi wewnątrz. Od tego
więc, co każdemu republikaninowi rzeczywistemu nakazuje – właśnie w imię jego
godności prywatnej – nie rozpraszać, a jednoczyć publiczny wysiłek, jakiego
trzeba, aby oddalić niebezpieczeństwo od Rzeczypospolitej.
Prof. Janusz Ekes
Autor jest profesorem Wydziału Studiów Politycznych WSB-NLU w Nowym Sączu,
kieruje Katedrą Historii i Teorii Państwa. Jest autorem książek, m.in.: "Polska
– przyczyny słabości i podstawy nadziei" (1994), "Natura – Wolność – Władza.
Studium z dziejów myśli politycznej Renesansu" (2001), "Trójpodział władzy i
Zgoda Wszystkich. Naczelne zasady 'ustroju mieszanego’ w staropolskiej refleksji
politycznej" (2001). Jego "Złota demokracja", wydana po raz pierwszy w roku
1987, miała drugie wydanie w roku ubiegłym.
