Łukaszenka ograł Unię
Z dr. Janem Szumskim, historykiem z Polskiej Akademii Nauk, rozmawia
Mariusz Bober
Alaksandr Łukaszenka powrócił do polityki brutalnego dławienia wszelkiej
opozycji czy też tak naprawdę nigdy od niej nie odszedł?
– Moim zdaniem – które podziela także wielu innych analityków – te kilka
ostatnich miesięcy względnego spokoju to była tylko krótka "odwilż". Zresztą
trudno nawet uznać za jakieś rewolucyjne zmiany w polityce Łukaszenki to, że
zezwolił na zarejestrowanie kilku opozycyjnych kandydatów w wyborach
prezydenckich oraz pozwolił im spotkać się z wyborcami. Dlatego ostatnie
represje wobec opozycji to właściwie kontynuacja polityki białoruskich władz.
Białoruski dyktator wywiódł więc w pole polskich i niemieckich polityków,
którym podczas niedawnego spotkania w Mińsku ręczył słowem, że wybory będą
uczciwe.
– Tak właśnie uważam. Powiem więcej – wśród jego zwolenników dominuje pogląd, że
Łukaszenka jest mistrzem w rozgrywaniu takich sytuacji. Za każdym razem, gdy
jest przyciskany do ściany i wydaje się, że nie ma wyjścia, znajduje jakiś
sposób, by się wywinąć. Nawet gdy Rosja naciskała na niego w sprawie zasad
handlu ropą i gazem, pojechał do Wenezueli i dogadał się z Hugo Chavezem w
kwestii zakupu ropy (choć sprowadzanie jej z Wenezueli według wielu ekspertów
jest mało opłacalne, posunięcie to miało charakter raczej demonstracyjny). Ten
argument – radzenia sobie w opresjach – jest wykorzystywany w wewnętrznej
białoruskiej propagandzie. W odniesieniu do obecnej sytuacji i polityków
unijnych to przekonanie okazało się prawdziwe. Relatywne otwarcie Łukaszenki
wobec Zachodu, prezentowane niedawno, było mu potrzebne, żeby zademonstrować
Rosji, iż mimo że nie jest uznawany na arenie międzynarodowej, to może prowadzić
rozmowy z UE, bez względu na to, jaki jest. Temu służyła niedawna wspólna wizyta
ministrów spraw zagranicznych Polski i Niemiec.
Dlaczego Łukaszenka sięgnął po represje w sytuacji, gdy polepszyły się jego
relacje z UE, a nawet zachodni analitycy prognozowali, że wygrałby wybory bez
posuwania się do fałszerstw?
– Media podają różne wyniki sondażowe. Problem w tym, że prowadzenie
rzeczywistych badań opinii publicznej jest na Białorusi poważnie utrudnione.
Zgodnie z tamtejszym prawem mogą to robić jedynie instytucje mające akredytację
władz. Niezależne ośrodki badawcze są ulokowane raczej za granicą, np. w Wilnie
(niezależny Instytut Socjalnych, Gospodarczych oraz Politycznych Badań NISEPI,
Białoruski Instytut Badań Strategicznych BISS i inne). Dlatego trudno jest
przeprowadzić rzetelne i pełne badania. Tymczasem władze białoruskie prowadzą
zręczną propagandę w społeczeństwie, korzystając z tego, że prócz rosyjskich
kanałów nie ma ono praktycznie dostępu do żadnych innych stacji telewizyjnych i
radiowych. Pewien wyjątek stanowi telewizja Biełsat, finansowana w dużym stopniu
z polskiego budżetu, której odbiór umożliwia satelita Sirius 4 i Astra 1Kr. Mimo
że Białoruś jest drugim po Rosji krajem, jeśli chodzi o liczbę mieszkańców
korzystających z internetu (około 30 procent), białoruscy internauci są w dużej
mierze apolityczni. Jak wykazały badania niezależnych ośrodków, internet
wykorzystywany jest w celu wymiany korespondencji, zaś największą popularnością
cieszą się portale społecznościowe (typu Nasza klasa). Dzięki temu władzom udaje
się przedstawiać opozycję jako siłę antysystemową. Rządowa propaganda wmawia
bowiem ludziom, że władza daje im "stabilność". Przekonuje, że na Białorusi nie
ma żadnych wielkich wstrząsów, że nawet światowy kryzys gospodarczy niemal
ominął ten kraj, a opozycja próbuje zakłócić ten porządek.
Czy, Pana zdaniem, popularność opozycji była na tyle duża, że Łukaszenka mógł
rzeczywiście przegrać wybory?
– Nie sądzę. Skłócona i słaba opozycja białoruska nie zdołała wyłonić wspólnego
kandydata. Wśród zarejestrowanych kandydatów na prezydenta byli ludzi zupełnie
przypadkowi, zaś idea jakiejkolwiek alternatywy politycznej po raz kolejny
została zdyskredytowana. Wydaje mi się, że cel represji był inny. Myślę, że
Łukaszence chodziło o zastraszenie nowych potencjalnych przeciwników i pokazanie
im, że zabawa w demokrację się skończyła. Nie wydaje mi się również, żeby
białoruski władca obawiał się utraty władzy. Zresztą, by właściwie ocenić
wielkość prawdziwego poparcia dla niego oraz jego motywów, należałoby także
wysłuchać opinii drugiej strony, czyli zwolenników Łukaszenki, by zrozumieć,
dlaczego ci ludzie głosują na niego.
Ma Pan swoją teorię na ten temat?
– Nie da się odpowiedzieć jednym zdaniem na takie pytanie. Według mnie, ludzie
głosują na Łukaszenkę z kilku powodów. Pierwszym jest tzw. polityka socjalnej
równości. Jej istotę stanowi zapewnienie minimum socjalnego dla dużej grupy
społeczeństwa. Kolejnym wymiarem jest dostępność tanich żłobków i przedszkoli
oraz bezpłatnej opieki medycznej. Ponadto tanie surowce uzyskiwane z Rosji
przekładają się na stosunkowo niskie opłaty mieszkaniowe – za energię i gaz oraz
ogrzewanie. Wszystko to, "przyprawione" sosem propagandowym, wywiera duży wpływ
na społeczeństwo. Drugim elementem jest ogromne wsparcie finansowe, które
napływa na Białoruś z Rosji. Wykorzystując je – poprzez mechanizm tanich
kredytów – umożliwiono młodym rodzinom zakup mieszkania, budowę domu czy zakup
samochodu. Nie da się również ukryć, że w porównaniu z połową lat 90. sytuacja
materialna społeczeństwa białoruskiego nieco się poprawiła. Wyremontowane ulice
i domy, czystość, porządek – to niektóre z widocznych przejawów rządów
Alaksandra Łukaszenki. Połączenie tych elementów stwarza mieszkańcom Białorusi
iluzoryczne poczucie stabilności i dobrobytu.
Kto płaci za tę iluzję? Do tej pory podobno płaciła głównie Rosja?
– I nadal płaci. Weźmy choćby podpisane niedawno porozumienie o unii celnej
Białorusi z Rosją i Kazachstanem. Obowiązuje ono od 1 lipca 2010 roku. Zaś 9
grudnia 2010 r. został rozwiązany spór o cła na ropę naftową i produkty
ropopochodne, gdy Rosja zgodziła się znieść cło eksportowe na ropę dla
Białorusi. W ramach tej unii białoruskie rafinerie będą mogły kupować mniej niż
wcześniej ropy po cenach wewnątrzrosyjskich [czyli znacznie niższych niż rynkowe
– przyp. red.], z której wytwarzają różne produkty ropopochodne i sprzedają je
po cenach europejskich. Mińsk będzie musiał oddać część zysków z tej
działalności do budżetu Federacji Rosyjskiej. Mimo to duża część środków – wedle
słów rosyjskiej minister rozwoju gospodarczego ok. 4 mld USD – zasili białoruski
budżet. W ten sposób nadal odbywa się finansowanie białoruskiej gospodarki
kosztem Rosji.
Władze Polski i Niemiec zapowiadają wprowadzenie zakazu wjazdu do UE dla
białoruskich urzędników odpowiedzialnych za represje wobec opozycji.
– Takie sankcje były już wcześniej wprowadzane (np. w 2004 r., potem były
wstrzymywane) i nie przyniosły większych efektów. Białoruscy urzędnicy
zasadniczo nie jeżdżą do krajów UE. Zaś większość białoruskich kontaktów
gospodarczych jest związana z Rosją. Gros produkcji Białorusi jest kierowana na
rynek Wspólnoty Niepodległych Państw, a przede wszystkim do Rosji. Ponadto
relacje z Białorusią są ważne przede wszystkim dla nowych państw członkowskich
UE. Kraje starej Unii właściwie już machnęły ręką na ten kraj, postrzegając
relacje z Mińskiem przede wszystkim przez pryzmat stosunków z Rosją. One już
pogodziły się z tym, że Białoruś znajduje się w rosyjskiej strefie wpływów.
Dlatego UE pozostało już tylko apelować do Mińska o przestrzeganie praw
człowieka.
Im bardziej jednak Mińsk jest izolowany przez UE, tym więcej zyskuje Moskwa.
– Bo Rosja staje się automatycznie czymś w rodzaju mediatora. W efekcie sprawy,
których nie można rozstrzygnąć w rozmowach Mińsk – Bruksela, załatwia Moskwa. A
wtedy decyzje o sprawach białoruskich zapadają na Kremlu. Oczywiście nie można
zapomnieć o tym, jak władze białoruskie prześladowały jeszcze niedawno opozycję.
Właśnie dlatego Bruksela znajduje się w dosyć skomplikowanej sytuacji, gdyż nie
może przymykać oczu na te okoliczności. Ale izolowanie Białorusi oddaje jej los
w ręce Rosji.
Jak UE może więc wywierać presję na białoruski reżim?
– Unia ma pewne ograniczone mechanizmy, np. wprowadzenie zakazu handlu
dotyczącego poszczególnych białoruskich przedsiębiorstw produkujących towary na
rynki Wspólnoty. Ale największy wpływ na białoruską politykę UE może mieć
poprzez proces ewolucji świadomości społeczeństwa białoruskiego. Uważam, że
skutecznym elementem tej ewolucji byłoby zniesienie wiz czy – w pierwszej
kolejności – odpłatności za wizy, umożliwiające wszystkim obywatelom Białorusi
swobodne podróżowanie do krajów UE. Przypomnę, że mimo gromkich deklaracji o
wspieraniu demokracji na Białorusi przeciętny Białorusin (nie mówię o
działaczach opozycyjnych) w rzeczywistości ma przed sobą wysoki mur europejski,
gdyż koszty wizy (wyższe dla Białorusinów, niższe dla obywateli Rosji) oraz
wymogi dotyczące jej uzyskania uniemożliwiają mu wyjazd do krajów Wspólnoty.
Dostrzega Pan szanse na ograniczenie dyktatury Łukaszenki?
– Szczerze mówiąc – nie. Zwłaszcza po ostatnich wydarzeniach. Na pewno zaś
wpływu na to nie będzie miała UE, która na razie nie podejmuje bardziej
konkretnych kroków, poza deklaracjami. Być może za, powiedzmy, 5 lat zmieni się
sama osoba przywódcy. Łukaszenka odejdzie, a jego miejsce zajmie ktoś
akceptowany przez niego i przez Moskwę, kto wprowadzi kosmetyczną liberalizację.
Ale Białoruś weszła w sferę interesów politycznych i gospodarczych Rosji. Moskwa
zresztą wiele zrobiła, by utrzymać Mińsk w swojej strefie wpływów, i to głównie
poprzez mechanizmy gospodarcze, stosując umiejętnie politykę kija i marchewki,
ale z przewagą marchewki.
Ma Pan na myśli fakt, że rosyjskie firmy przejmują np. kontrolę nad
białoruskimi sieciami gazociągów?
– Udziały w firmach zarządzających rurociągami są podzielone między Rosję i
Białoruś. Zostało jeszcze kilka kluczowych białoruskich przedsiębiorstw, które
chcą przejąć Rosjanie. Łukaszenka stara się wciąż utrzymać kontrolę nad nimi,
gdyż przedłuża to jego polityczne trwanie. Ale kapitał rosyjski małymi krokami
przejmuje sektor państwowy na Białorusi. Nie wiadomo też, jak ostatecznie
zostanie przeprowadzona prywatyzacja państwowych firm w tym kraju. Władze
białoruskie twierdzą, że nie dopuszczą do prywatyzacji w stylu rosyjskim, a więc
że oligarchowie zagarną wszystko, a naród zostanie z niczym. Ale nie wiadomo
teraz, jak ta prywatyzacja rzeczywiście będzie wyglądać. Rosja naciska, aby
sprywatyzować jak najszybciej największe i najbardziej wartościowe zakłady.
Warto już zastanawiać się, jaka będzie cena tej prywatyzacji. Myślę, że Rosja
krok po kroku przejmie najważniejsze zakłady na Białorusi.
Dziękuję za rozmowę.
