Lubię jasne zasady

Rozmowa z Adrianem Zielińskim, brązowym medalistą mistrzostw świata w
podnoszeniu ciężarów

Przed rokiem zdobył Pan na mistrzostwach świata złoto, w tym roku
brąz, ale nie znaczy to chyba, że wrócił Pan z nich rozczarowany?

– Wręcz przeciwnie, tegoroczny medal był dla mnie cenniejszy i ucieszył mnie
jeszcze bardziej. W lipcu zmarł mój wieloletni trener Ireneusz Chełmowski,
przyjaciel, któremu zawdzięczałem i zawdzięczam bardzo dużo. Strasznie przeżyłem
jego śmierć, ale musiałem się szybko pozbierać, na nowo zacząć przygotowania do
mistrzostw. Nie wyobrażałem sobie, że mogę na nie nie pojechać. Start, walkę o
medal, potraktowałem jako formę podziękowania dla szkoleniowca. Wszystko
skończyło się dobrze, zdobyłem medal, nie zszedłem z podium. Fakt, że nie był w
złotych barwach, nie miał żadnego znaczenia, już przed wyjazdem do Paryża
mówiłem, że ucieszy mnie jakikolwiek. Byle był.

Po śmierci trenera przyznał Pan również, że ma wobec niego ogromne
zobowiązanie, które będzie Pan mógł wykonać w Londynie, podczas igrzysk
olimpijskich.

– To prawda. Jeśli, daj Boże, zdobędę tam medal, to zostanie on dedykowany
panu Irkowi. Cały czas zresztą trenuję i przygotowuję się według nakreślonego
przez niego planu. To się nie zmieni do igrzysk. Trener marzył o tym, bym stanął
w Londynie na podium, i czuję wobec niego zobowiązanie. Poświęcił lata, by ten
cel uczynić bardziej prawdopodobnym, więc nie mogę zawieść.

Jak na takie postawienie sprawy zareagował Pana obecny trener Jerzy
Śliwiński?

– Po śmierci dotychczasowego trenera zostałem zobligowany do wyboru nowego.
Zanim jeszcze podjąłem decyzję, rozmawiałem z trenerem Śliwińskim i powiedziałem
mu wprost, jak wygląda sytuacja. On przyznał, że wszystko rozumie, a przy okazji
wspólnie doszliśmy do wniosku, że nie ma sensu zmieniać czegoś, co dobrze
funkcjonuje i przynosi konkretne owoce.

Igrzyska zbliżają się już wielkimi krokami, kilka miesięcy i trzeba
będzie pakować walizki do Londynu. Zaczyna Pan odczuwać dreszczyk emocji?

– Zgadza się, czasu nie pozostało wiele, błyskawicznie minie. Powoli wdrażam
się w trening, wyleczyłem wszystkie bóle i stany zapalne, krótko mówiąc: jestem
gotowy do ciężkiej pracy. Wakacje? Były, ale cały czas chodziłem na siłownię, by
mięśnie się nie zastały i bym mógł rozpocząć pracę od pewnego poziomu, a nie od
zera. Na wysokie obroty planuję wejść mniej więcej na przełomie lutego i marca,
wówczas rozpocznie się prawdziwa praca, głównie nad siłą, by przygotować ją na
możliwie najwyższym poziomie. Do tego dojdzie szlifowanie techniki, która w
ciężarach odgrywa równie dużą rolę. To sport, w którym trzeba być niesamowicie
silnym, ale każdy techniczny błąd, nawet drobny, od razu przekłada się na wynik.

Olimpijski medal jest Pana marzeniem czy konkretnym celem?
– Jedno i drugie. Od zawsze marzyłem, jak każdy sportowiec, by pojechać na
igrzyska i zdobyć na nich medal. Po tym, jak dwukrotnie stanąłem na podium
mistrzostw świata, wiem, że to nie jest cel nierealny. Powoli wyciągam ku niemu
ręce, aczkolwiek przede mną wciąż długa i ciężka droga i mnóstwo pracy.

Mówiąc "medal", ma Pan na myśli złoty czy zadowoli też Pana srebrny
lub brązowy?

– Myślę o złotym, bo trzeba stawiać przed sobą ambitne cele i zawieszać
poprzeczkę jak najwyżej. Wtedy, nawet jak się spadnie, to być może na trzecie
miejsce i wciąż na tym podium się pozostanie. Będę się zatem szykował na krążek
z najcenniejszego kruszcu i czuję, że w optymalnej formie powinienem być w
stanie o niego powalczyć.

Mówi się, że igrzyska są zawodami nieporównywalnymi z żadnymi innymi,
i to nie tylko z racji prestiżu, ale też presji im towarzyszącej. Czy Pan jej
się nie obawia?

– Igrzyska są co cztery lata, żyje nimi cały świat i mam świadomość, że
wywołują ogromne emocje. Z drugiej strony, czy ich formuła – mówię o podnoszeniu
ciężarów – czymkolwiek różni się od pozostałych zawodów? Nie. Każdy z zawodników
będzie miał zatem sześć podejść, po trzy w rwaniu i podrzucie, i nie będzie
nawet czasu panikować i przejmować się tym, że to olimpiada. Oczywiście takowa
myśl się pewnie gdzieś w głowie pojawi, ale wierzę, że sobie z nią poradzę i
podejdę do rywalizacji na spokojnie, profesjonalnie.

Ładnie to brzmi, a igrzyska i związany z nimi stres powalały
niejednego wielkiego mistrza.

– Rozmawiałem niedawno z pewnym trenerem, wicemistrzem olimpijskim zresztą, i
powiedział mi, że na igrzyskach, w trakcie dźwigania, nie można panikować, nie
można się stresować, trzeba tylko działać, spokojnie wykonywać niczym automat te
same ruchy, które robimy przez całe sportowe życie. Na emocje, przeżywanie,
przychodzi czas później, po wszystkim. W Antalyi i Paryżu, podczas mistrzostw
świata, stawka też była wielka, a jednak umiałem zachować spokój. W ogóle tak
sobie myślę, że śmierć trenera bardzo uodporniła mnie na stres, spowodowała, że
na życie, sport, trofea spojrzałem z innej perspektywy.

Start w Londynie będzie najważniejszym na razie w Pana karierze?

– Przekonamy się po wszystkim, wtedy odpowiem. Na razie najważniejsze były
ubiegłoroczne mistrzostwa w Antalyi, gdzie walczyłem nie tylko o medal, ale i
wejście do klubu Londyn 2012. Chciałem trafić na indywidualną ścieżkę i zdobyć
dodatkowe fundusze na przygotowania, tak by trener mógł jeździć na zawody i mieć
mnie cały czas pod okiem.

Jest Pan uznawany za wschodzącą gwiazdę ciężarów i to nie tylko w
Polsce, ale też na świecie; kogoś, kto może być ich twarzą przez długie lata. To
chyba miłe uczucie?

– Żadną gwiazdą absolutnie się nie czuję. Pewnie, coś już tam osiągnąłem, ale
to i tak niewiele w porównaniu z innymi. Jak pojadę na trzecie igrzyska i
przywiozę z nich trzeci medal, to tak, może na to miano zasłużę. Na razie jestem
zwykłym, normalnym zawodnikiem. Gwiazdą to jest pan Adam Małysz, i to nie tylko
za sukcesy, zdobywane medale, ale i sposób bycia. Dlaczego wszyscy go szanowali
i nikt nie powiedział o nim złego słowa, nawet największy rywal? Bo prócz tego,
że był mistrzem w swym fachu, był bardzo skromnym i pokornym człowiekiem. Warto
brać z niego przykład.

Ostatnie dwa lata przekonały Pana, że nie ma rzeczy niemożliwych?

– Wierzę w siebie, w swoje możliwości. Wiem też, że na pomoście wszystko
zależy tylko ode mnie. Tam nie ma osób trzecich, nie pomoże mi albo nie
przeszkodzi podmuch wiatru, jak to ma miejsce choćby w skokach, nic nie zdziała
sędziowska nota. Jestem ja i sztanga i razem toczymy pojedynek o to, kto kogo
pokona. Piękne w ciężarach jest to, że mają jasne zasady: wygrywa silniejszy.

Ile kosztowały Pana oba medale mistrzostw świata?

– Mnóstwo pracy, wysiłku, potu. Łez nie, bo się łatwo nie łamię (śmiech). Do
wielkich imprez przygotowuję się kilka miesięcy, nie sposób jednak w kilku
słowach opisać to, co w tym czasie się dzieje. Zapraszam pana na zgrupowanie,
wtedy poobserwuje pan z bliska, co to znaczy nie mieć sił, by przejść się na
spacer albo nie móc zasnąć ze zmęczenia.

Operacja "Londyn" już trwa. Zacząłem spokojnie, z mniejszym tonażem i
intensywnością. Będą się zwiększać w miarę upływu czasu, by przystosować
organizm do wysokich obciążeń i wysiłku. Dzięki temu, pracując już na maksimum,
nie będzie się tego aż tak bardzo odczuwało. Oczywiście największa nawet harówka
niczego jeszcze nie zagwarantuje. To tylko sport, przed mistrzostwami w Paryżu
pracowałem bodaj jak nigdy, a jednak zdobyłem "tylko" brąz.

Jaka jest Pana recepta na sukces?

– Jeśli wyznaczam sobie jakiś cel, to podporządkowuję mu całe swoje życie,
dosłownie wszystko. Nie rozmieniam się na drobne, dążę to tego, by go
zrealizować i daję z siebie, co mogę.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Skrobisz

drukuj