Lotnisko nie udziela „gwarancji bezpieczeństwa”
Z byłym pilotem Tu-154M (nazwisko do wiadomości redakcji) rozmawia
Anna Ambroziak
Rosjanie rzekomo ostrzegali, że nie mogą dać „pełnej gwarancji
bezpieczeństwa” ciężkim maszynom lądującym na lotnisku Siewiernyj w Smoleńsku –
taką tezę lansowała wczorajsza „Gazeta Wyborcza”. O jakie gwarancje może
chodzić?
– Takich reguł po prostu nie ma. To tylko szukanie taniej
sensacji. Chciałbym podkreślić, że każdy szanujący się lotnik, który ma jakieś
doświadczenie, byłby w stanie wylądować na tym lotnisku. Nawet przy takich
warunkach, jakie tam podobno panowały. O czymś takim jak „gwarancja
bezpieczeństwa” słyszę pierwszy raz. Nikt takich gwarancji nie daje. Nie
istnieje nawet taki termin! To kapitan podejmuje decyzję, gdzie ląduje i w
jakich warunkach. Jeśli nie widać pasa z małej wysokości, odchodzi na lotnisko
zapasowe.
Czy pilot może sam podjąć decyzję o lądowaniu, nie sugerując się
instrukcjami z wieży?
– Może. Mało tego, w pewnych sytuacjach
awaryjnych ląduje się nawet bez widzialności ziemi. Po prostu trzeba wylądować,
żeby się nie rozbić. Jeżeli wysokość jest mała, jeżeli jesteśmy nad progiem pasa
i widzimy ten próg, i mamy wysokość ok. 30 metrów, to śmiało lądujemy. Jeżeli go
nie widzimy, to dajemy moc startową, zadzieramy dziób samolotu do góry, chowamy
podwozie, chowamy klapy, podchodzimy na lotnisko zapasowe na tzw. drugie
podejście. Wszystko zależy od tego, jaka sytuacja została wypracowana na progu
pasa lub w pozycji podejścia do pasa.
Czyli jeżeli nie ma awarii, samo lot przejmują i naprowadzają radary
lotniska?
– Oczywiście. Czy tak było w tym wypadku – nie wiem. Sądzę
jednak, że załoga prezydenckiego tupolewa miała usterkę w systemie sterowania,
zerwaną instalację hydrauliczną. Coraz bardziej się do tej tezy przychylam.
Skąd takie przypuszczenie?
– Na zdjęciach, jakie zostały
opublikowane w prasie, widać wyraźnie, że kabel został rozerwany, ma dziury.
Przypuszczam, że łopatki drugiego silnika przebiły się przez niego. Dlatego ta
instalacja padła. Sądzę, że samolot spadał na ziemię, a nie podchodził do
lądowania. Taka jest moja opinia, którą mogę wydać na podstawie mojego
doświadczenia związanego z lotem na tym samolocie – łącznie 2,5 tys. godzin.
Poza tym trzeba zaznaczyć, że w tym wypadku dyski turbiny silnika były
oderwane.
O czym to świadczy?
– O awarii systemu hydraulicznego.
Nawet kiedy samolot spada na ziemię w momencie katastrofy, to te silniki są
całe. Widziałem silniki po innej katastrofie – wtedy były to jedyne cało
zachowane elementy. Mimo że uderzenie o ziemię było tam tak bardzo silne jak w
przypadku samolotu prezydenckiego.
Tu komora drugiego silnika była pusta.
Pytanie – dlaczego? Czy ta turbina wypadła z komory w trakcie przyziemienia,
czyli uderzenia kadłuba o ziemię, czy też stało się to wcześniej, na 400-500
metrach? Moim zdaniem, zaszło to właśnie na tej wysokości.
Do awarii mogło dojść nie na skutek zetknięcia z ziemią, ale w
powietrzu?
– Mogło to być przed wypuszczeniem podwozia. Sądzę, że
załoga miała problemy z systemem hydraulicznym jeszcze przed jego wypuszczeniem,
czyli na wysokości co najmniej 500 metrów. Wypuszczanie podwozia nie musi być
robione bardzo szybko i daleko od płyty lotniska. Jeżeli silnik się rozerwał i
pociął instalację hydrauliczną, która zasila całe sterowanie samolotu, samolot
spadał na ziemię, nie mając sterowania.
Dziękuję za rozmowę.
