Litwini chcą wspólnej elektrowni
Oferta wejścia polskiego udziałowca do projektu budowy nowej elektrowni
jądrowej na Litwie jest aktualna. Taki komunikat przekazał wczoraj wiceszef
litewskiego MSZ. W zamian za udziały Polska miałaby otrzymać energię. Dla Litwy,
ale i dla Polski to projekt ważny w kontekście budowy wspólnego bezpieczeństwa
energetycznego. Tym bardziej że Rosja chce sprzedawać Polsce energię z Królewca.
Wczoraj w ambasadzie Litwy odbyła się konferencja wiceministra spraw
zagranicznych Litwy Egidijusa Meilunasa na temat współpracy pomiędzy Litwą i
Polską w zakresie bezpieczeństwa energetycznego. Nowa elektrownia jądrowa
Visaginas na Litwie ma być wspólnym projektem Litwy, Polski, Łotwy i Estonii.
Większość udziałów miałby objąć inwestor strategiczny, pozostałe – spółki
energetyczne z Łotwy, Estonii i Polski (PGE). Zgodnie z planem inwestor
strategiczny będzie mieć 51 proc. udziałów, Litwa chce mieć 34 proc., a reszta
przypadnie partnerom.
Całemu przedsięwzięciu może zagrozić jednak budowa na terytorium enklawy
królewieckiej nowej elektrowni jądrowej. Meilunas oświadczył, że choć między
rządami Litwy i Rosji prowadzone są konsultacje w sprawie planów budowy, to jego
kraj ma wiele zastrzeżeń do realizacji tego projektu. – Nasze stanowisko w tej
sprawie jest jasne. Nie wiemy dokładnie, gdzie będzie ona budowana, zarzucamy
stronie rosyjskiej wybiórcze traktowanie międzynarodowych przepisów
bezpieczeństwa, a wiemy, by taka inwestycja była bezpieczna, należy się stosować
w 100 proc. do tych zasad – tłumaczył dziennikarzom. Chodzi m.in. o brak
dostatecznego zabezpieczenia źródła chłodzącego albo ulokowanie jej bardzo
blisko granic. Czy to wszystkie zagrożenia? Wiadomo, że przyczyna jest inna i
podstawowa. Kraje bałtyckie próbują, podobnie jak Polska, zbudować niezależny od
Rosji i jej wpływów system bezpieczeństwa energetycznego. Oprócz produkcji
energii chodzi również o dostawy gazu i ropy.
Dlatego wiceszef litewskiego MSZ przypomniał, że Litwa od momentu wejścia do
struktur Unii Europejskiej w 2004 roku stara się włączyć do zachodniego systemu
energetycznego. Wcześniej była całkowicie związana i uzależniona od źródeł
rosyjskich jako dziedzictwa sowieckiego. Do dziś, na przykład, jest całkowicie
uzależniona od rosyjskich dostaw gazu. – Dzisiaj płacimy za 1 tys. m sześc.
najwyższą cenę w Europie – 400 dolarów – podkreślał litewski minister. Litwini
chcą więc czas polskiej prezydencji wykorzystać dla podkreślania kwestii budowy
bezpieczeństwa energetycznego, w tym wspólnych europejskich przedsięwzięć i
projektów w tym zakresie.
– Wejście polskiej spółki do projektu budowy elektrowni atomowej na Litwie i
sprzeciw wobec planów rosyjskich to sprawa absolutnie kluczowa – podkreśla
Janusz Kowalski, w rządzie PiS członek zespołu ds. dywersyfikacji dostaw
energii. Zwraca uwagę na działania podejmowane przez wicepremiera Waldemara
Pawlaka, przychylnie odbierającego rosyjski lobbing, w tym budowy
polsko-rosyjskiego połączenia energetycznego z obwodem królewieckim.
– Zakup energii z elektrowni jądrowej od Rosjan i utworzenie interkonektora
energetycznego to przekreślenie tej wielkiej szansy, jaka się rysuje. Jak
wiadomo, Rosjanie chcieliby sprzedawać w Polsce i w Niemczech wytworzoną w
obwodzie kaliningradzkim energię elektryczną, ale potrzebny jest do tego
interkonektor. Jego budowa – na zlecenie PSE Operator – wymaga jednak zgody
polskiego rządu.
Jest to zagrożenie dla naszego bezpieczeństwa, jakie kreuje rząd Donalda Tuska –
mówi Kowalski. Tym bardziej że od kilku lat Polska i Litwa w ramach spółki
LitPolLink połączy system energetyczny państw bałtyckich: Litwy, Łotwy i
Estonii, z systemem energetycznym Europy Zachodniej. Wzmocni niezależność
energetyczną obydwu państw i zwiększy gwarancję ciągłości dostaw energii. Po
zamknięciu elektrowni atomowej Ignalina ewentualny brak energii będzie
zrekompensowany importem z Polski, a w sytuacji pojawienia się nowych źródeł,
np. finalizacji budowy nowej elektrowni jądrowej pojawi się możliwość jej
eksportu.
Maciej Walaszczyk
