Lilia wśród cierni
Człowiekowi, który już nie wie, kim jest, który nie wie, skąd się wziął i dokąd zmierza, który stracił cierpliwość i walczy z wszystkimi, który nie chce już samotności, a zarazem chce to wszystko przezwyciężyć, św. Augustyn mówi: „Idź do Kościoła katolickiego; katolicy są czyści, a Kościół katolicki jest wielki. W nim wszyscy się kochają; każdy robi, co może dla drugiego; poświęcają się modlitwie. (…) Zbliż się do duchownych – to wierni stróże, którzy znoszą wszystko i poświęcają swoje życie i swoją krew dla tych, którzy tego potrzebują.
Nie szukają swojej korzyści, ale tego, co przynosi korzyść Jezusowi Chrystusowi. Zbliż się do mnichów, wielkich i świętych ludzi, którzy żyją w klasztorach, poświęcając swój czas na pieśni, modlitwy i hymny na cześć Boga; pracują także swoimi rękami; są wdzięczni za wszystko, co zostaje im dane; nie domagają się swoich praw, ale temu, kto ich prosi o tunikę, dają także płaszcz”. Święty Augustyn kontynuuje: „Kto słyszy te pochwały, wchodzi do Kościoła; jest pociągany przez pochwały, które słyszy, a wtedy odkrywa, że przemilczano, iż pośród dobrych byli obecni źli, i wtedy mówi: co za rodzaj ludzi z tych chrześcijan, kim oni są; pragną posiadania i są lichwiarzami. Te same osoby, które wypełniają kościoły w święta, idą do teatru i na wieczorne widowiska; są pijakami i żarłokami; obrażają się nawzajem. Ten, kto zbliżył się do duchownych, ulega rozczarowaniu. Chwaląc Kościół, nikt nie powiedział, że pośród duchownych były osoby leniwe, mało uczciwe, kłótliwe, zakłamane…”. Ten, kto zbliżył się do mnichów, kto sądził, że znajdzie miłość, „ulega irytacji, gdy widzi mnicha zrzucającego swój habit, nie zachowującego swoich ślubów”. I św. Augustyn kończy: „Winę ponoszą ci, którzy głupio chwalili Kościół i jego członków; powinni byli powiedzieć, mówiąc o nim, że jest jak lilia wśród cierni”.
Jeśli nie chcemy wywoływać nieporozumień i śmiertelnych krwotoków, musimy stać się katolikami dojrzałymi i krytycznymi. Nie możemy jednak pomieszać tych katolików z tymi, którzy sądzą, że ich apostolat będzie tym owocniejszy, im bardziej oddalą się od ortodoksji i im bardziej będą krytykować, zarówno hierarchię, na czele z Papieżem, jak i tych skromnych i prostych ludzi, którzy chcą po prostu odmawiać Różaniec.
Patrząc na historię Kościoła, widzimy nieustanne pojawianie się sekciarskiej arogancji, która przygotowuje schizmy i duchowe podziały. Liczne herezje, w których szukano „większej doskonałości”, chciały uczynić z Kościoła klub elity religijnej: montaniści, katarzy, albigensi, janseniści. Wszystkie te herezje chciały uczynić z Kościoła nie „święty Kościół”, ale „Kościół świętych”. Nie chciały, aby był królestwem Bożym, w którym – obok zboża – rosną chwasty lub który jest wielką siecią, zagarniającą dobre i złe ryby. Nie chciały uczynić z miłości Kościoła czegoś tak szerokiego jak świat, ale zawęzić go i skoncentrować na sobie.
Tracą cierpliwość wobec wad swoich braci – nie umieją czekać, że liczni spośród tych, którzy dzisiaj są źli, jutro będą pośród dobrych. Mówią: oddzielmy się od złych; oddalmy się od nich albo oddalmy ich od nas; schrońmy się na pustyni albo wypleńmy z gleby Bożej cały ten chwast. Będzie nas niewielu, ale jakie to ma znaczenie? Nie będzie już ogromnego Kościoła, ale będziemy tworzyć wąską grupę, sektę, klub doskonałych, ale jakie to ma znaczenie? Wtedy imię Boże nie będzie wystawione na urąganie wśród ludzi. Ludzie dobrej woli łatwiej będą mogli zobaczyć pośród nas Świętego świętych.
Jednak taka pokusa nie pociąga Kościoła. Woli swoje powszechne macierzyństwo niż prestiż; nie pragnie robić dobrego wrażenia, ale zbawiać. Widzi siebie jako arkę zbawienia, do której weszło wiele dzikich i drapieżnych zwierząt. Wie, że w świecie natury zboże pozostaje zbożem, a chwast chwastem, ale w świecie wolności i łaski zboże może stać się chwastem, a chwast zbożem. Wie, że Syn Boży przyszedł na świat nie tylko dla mocnych, ale także dla słabych i niepewnych; przyjmuje złych, którzy nie będą Jego ziemską chlubą, ale mogą stać się Jego szczęściem; którzy są czymś więcej – przyczyną szczęścia w niebie. Jakie ma znaczenie, że taki czy inny grzesznik wywoła sarkazm z powodu nadużycia dobroci Bożej; jakie ma znaczenie, jeśli ośmieszy Kościół w oczach ludzi? Wystarczy, by Kościół cierpliwie doprowadził do jego narodzin dla Nieba.
Niezmierzony Kościół ze swoim tłumem złych, zarówno zuchwałych, jak i nieśmiałych, nie ma oczywiście oblicza wyróżniającego się, ale ma serce na miarę Boga. Pozwalając rosnąć mieszance dobrych i złych i pracując w takiej winnicy, która nie robi wrażenia uporządkowanego pola, pokazuje temu, kto umie to zobaczyć, coś z tajemnicy długomyślności Bożej, szanującej powolne i niepewne rytmy naszego uświęcenia i niegaszącej tlącego się knotka.
Spokój Boży niepokoi gorliwych krytyków Kościoła; zdumiewają się oczekiwaniem Właściciela, którego nie irytuje widowisko rozgrywające się na Jego polu. Także my z trudnością przyjmujemy, dlaczego raczej woli, żeby Jego piękne dzieło było częściowo lub przez jakiś czas zacienione, niż żeby interweniować, narażając na niebezpieczeństwo choćby jeden kłos. Z trudnością przyjmujemy, że On kocha, bardziej niż porządek i estetyczną symetrię, życie każdego pojedynczego kłosa, nie przejmując się tymi, którzy będą krytykować Jego dzieło: Czy to jest Kościół? Czy to jest społeczność dzieci Bożych? Czy to jest wspólnota braci, w której wszyscy się kochają? Chrześcijanie niczym się nie wyróżniają!
Chrystus nie słucha gorliwych sług, którzy protestują: Usuńmy z naszych szeregów grzeszników, którzy ośmieszają nas w oczach innych; zmieńmy święty Kościół w społeczność świętych. Nie chce tego słuchać, bo Jego serce jest nieogarnione. Ponieważ nie przyszedł, aby dokonać prestiżowego dzieła, ale dzieła miłosierdzia. Nie chce usuwać z Kościoła złych, skoro dla nich przyszedł. Kościół, wierny miłości Bożej, nigdy nie zgodzi się na to, by stać się ekskluzywnym klubem czystych.
Przeciw takiemu ekskluzywizmowi, zanim przeszedł do montanistów, Tertulian pisał: „Oszczędzajcie grzeszników, zmiłujcie się. Zawdzięczamy im tajemnicę wcielenia i nieskończoną łaskę ukrzyżowania. Zawdzięczamy im jedyną nadzieję całego świata. Nie występujcie przeciw tym, którzy uzyskali dla nas Boże przebaczenie. To wszystko, co Bóg niegodnie cierpiał, było dla nas nieskończoną łaską; nie mam prawa rumienić się wobec tych, którzy wyjednali mi łaskę oczyszczenia w krwi Chrystusa”.
Niestety, niektórzy dzisiejsi chrześcijanie wolą inną apologetykę; stwierdzają, że nasza archaiczna ortodoksja nie jest już odpowiednia dla naszych współczesnych. W miejsce Jezusa Chrystusa, którego wyznajemy wraz z Kościołem, chcą wprowadzić Chrystusa mitycznego. Chrystusem, który zmartwychwstał, nie jest dla nich już Jezus z Nazaretu. W miejsce przykazań Bożych mówią o dojrzałości psychicznej, osiąganej nawet za cenę cudzołóstwa. Długo po Marksie mówią o walce klas, zamiast sięgać do encyklik społecznych. Ci buntownicy są podobni do tych, o których mówi św. Grzegorz Wielki: „Wkładają nos do kurzu i dmuchają z całą siłą; ich oczy napełniają się ziemią. Im więcej dmuchają, tym mniej widzą”.
Medytując o tajemnicy Kościoła, oblubienicy bez skazy i zmarszczki, która jednak stale chce pokutować, by wynagradzać za grzechy swoich członków, J. Maritain pisał: „Ten Kościół oskarża siebie samego; co więcej, często czyni to przy pomocy bardzo twardych słów; opłakuje swoje winy; prosi o oczyszczenie; nie zniechęca się proszeniem o przebaczenie – czyni to każdego dnia w Modlitwie Pańskiej; niekiedy woła do Boga z głębi przepaści, jak z głębi swojego strachu wołałby ten, kto byłby doświadczany”.
Jezus mówi: „Kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje, a kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Ojca; kto wami gardzi, Mną gardzi, a kto Mną gardzi, gardzi Ojcem”. To nie my wymyśliliśmy to tajemnicze powiązanie między rzeczami ziemi i rzeczami nieba. To jest istota chrześcijaństwa.
Można sformułować niektóre wskazania, którymi powinniśmy kierować się jako chrześcijanie:
1. Nie należy poddawać się propagowanym opiniom, ale trzeba iść za jedną jedyną ortodoksją Kościoła.
2. Troszczyć się nie tylko o ortodoksję, ale również o życie, które by jej odpowiadało; nie poddawać się iluzjom wzbudzanym przez rozmaite zwodnicze ideologie.
3. Umieć wyznawać bez masochizmu swoje winy, upadki i tchórzostwa; mówiąc w tym „my”, a nie tylko schizmatycznie „oni”.
4. Wiedzieć, że tajemnica wcielenia w sposób konieczny domaga się współpracy ludzkiej. Na przebóstwiającą inicjatywę Bożą trzeba nauczyć się dawać odpowiedź Maryi: „Oto ja służebnica Pańska”, która wyszła z nocy ludzkości, jak śpiew ptaka o poranku.
5. Żaden chrześcijanin nie może udawać i powoływać się na prawdę, którą zna tylko Bóg.
6. Uznawać z przekonaniem, że zbawienie z woli Bożej przychodzi przez pośrednictwo Kościoła. Dla osiągnięcia zbawienia trzeba wejść do Kościoła, a nie przyjmować roli zbawiciela Kościoła.
Dla wierzących legitymujących się dobrą wolą można na koniec przytoczyć słowa, które św. Augustyn skierował kiedyś do manichejczyków: „Lekceważą was ci, którzy nie wiedzą, ile pracy jest konieczne dla odkrycia prawdy i ile trudności trzeba pokonać, by uniknąć błędu. Zwodzą was ci, którzy nie wiedzą, jak rzadkie i uciążliwe jest przezwyciężenie pragnień ciała spokojem pobożnego ducha, lub ci, którzy nie wiedzą, jak trudno jest wyleczyć oko człowieka wewnętrznego, by umiał patrzeć w słońce. (…) Zwracają się przeciw wam ci, którzy nie wiedzą, ile dążeń i wzdychań jest konieczne, by choćby niedoskonale poznać Boga. Nie będę wam wrogiem, ja, który tak późno przyszedłem do Lekarza, który mnie wołał, a którego ja szukałem we wszystkich ciemnych kątach. Ja nie mogę zwrócić się przeciw wam”.
