Leki na raty.
Nie trzeba mieć teraz gotówki, żeby kupić samochód, lodówkę, telewizor, kino domowe i wiele, wiele innych rzeczy. Nie ma w zasadzie produktu przemysłowego, którego nie można by nabyć na raty. Spłata jest wówczas rozłożona na rok, dwa lata albo i więcej. Ale okazuje się, że w Polsce jest wiele osób, których nie stać na zakup żywności, więc biorą ją na kredyt spłacany w sklepie raz w miesiącu, gdy rodzina dostanie rentę, zasiłek dla bezrobotnych lub z pomocy społecznej.
Niestety, ten sam problem można zaobserwować w aptekach: tam także trafiają się pacjenci, których nie stać na wykupywanie recept. Muszą więc prosić o realizowanie części recepty, a niektórzy dostają nawet w aptece kredyty „na zeszyt”. Aptekarze zdają sobie sprawę, że takie działanie jest na granicy prawa lub nawet stanowi jego przekroczenie. Ale mówią, że nie mogą postępować inaczej, gdy w grę wchodzi ludzkie zdrowie. Małą pociechą jest fakt, że w porównaniu z poprzednimi latami liczba ludzi kupujących leki na raty spada. Jednak każdy taki przypadek oznacza ludzką tragedię.
Jest lepiej?
Niedawno firma badawcza PBS opublikowała wyniki sondażu, z którego wynika, że 7 proc. Polaków nie wykupuje części lub całych recept z powodów finansowych. Tak więc co czternasty pacjent nie ma pieniędzy na własne leczenie. To podobno i tak lepiej, bo jeszcze 2 lata temu takie kłopoty miał co szósty chory. Poprawa jest jednak tylko statystyczna, gdyż te 7 proc. oznacza setki tysięcy ludzi będących w potrzebie.
– Statystycznie może jest i lepiej, z tym że są dzielnice miast i wsie, gdzie żyje najwięcej biednych i tam sytuacja wcale nie jest lepsza. Aptekarz na takim terenie ciągle spotyka się z problemem biedy – mówi właścicielka jednej z radomskich aptek. Nie chce, żeby podawać jej nazwisko, ale przyznaje, że nie ma dnia, aby kilku pacjentów nie odchodziło od okienka, bo musieliby zapłacić sporo za leki. Tych, których zna, obsługuje w systemie ratalnym. Innych niestety musi zapraszać na później.
Taki problem mają zazwyczaj emeryci i bezrobotni, choć aptekarze, z którymi rozmawialiśmy, dodają, że nawet ludzie pracujący wykupują tylko niektóre leki z recepty albo rezygnują z zakupu. Jeśli bowiem tylko jeden rodzic pracuje lub oboje mają najniższe płace (to nie są rzadkie przypadki), wtedy prawie wszystkie dochody wydają na utrzymanie domu, jedzenie i edukację oraz ubrania dla dzieci. A gdy w razie epidemii grypy zachoruje na raz kilka osób, domowy budżet robi się pusty, a często trzeba nawet pożyczać pieniądze od rodziny lub znajomych.
Ponieważ skala ubóstwa w Polsce nie spada tak szybko, jak byśmy chcieli, więc i leki dla wielu z nas są za drogie.
Przychodzi pacjent do apteki
Pani Jadwiga z Radomia choruje przewlekle na nerki. Jej podstawowe leki nie są może zbyt drogie, poza tym kupuje je z dopłatami, gorzej jednak, gdy przyplącze się inna choroba. – Mam 70 lat, więc o to nietrudno. Ostatnio z powodu infekcji musiałam wykupić leki. Ale kosztowały aż 120 złotych. Nie stać mnie na taki wydatek, więc wzięłam z apteki lekarstwa, zapłaciłam tylko 50 złotych, a resztę znajoma aptekarka pozwoliła mi przynieść po wypłacie emerytury – mówi starsza kobieta.
Pan Stanisław Racki z Warszawy nie raz był w takiej sytuacji. Jest samotny, niecałe 900 złotych emerytury na niewiele wystarcza. Nie udaje mu się w zasadzie odłożyć żadnych pieniędzy i gdy zachoruje, ma problemy z wykupieniem leków. – Kilka miesięcy temu miałem grypę, długo nie chciała ustąpić, leczyłem się przez parę tygodni. Pierwszą receptę za ponad 100 złotych wykupiłem, ale na dwie następne nie miałem pieniędzy. Na szczęście córka sąsiadki ma aptekę na Ochocie, więc przejechałem pół miasta, ale dostałem lekarstwa na kredyt – opowiada. – Teraz jak mam kłopoty, to wiem, gdzie się udać. Trochę mi wstyd, ale co robić?
Pani Urszuli, którą spotkaliśmy w aptece w centrum Radomia, nie dziwią takie przypadki, bo ona sama kilka razy prosiła o wydanie części leków z recepty, po resztę zgłaszała się z reguły po tygodniu lub dwóch. – Jak zachorowała czwórka dzieci, musiałam wykupić lekarstwa za ponad 350 złotych. Nie miałam od razu takich pieniędzy, więc najpierw wzięłam jedną porcję, a pod koniec tygodnia odebrałam i zapłaciłam za następną część leków – mówi. – W podobnej sytuacji była też pani, która stała przede mną i jej też sprzedano leki na raty. Słyszałam, że najbiedniejsi pacjenci nie płacą za lekarstwa przy odbiorze, ale dopiero wtedy, gdy mają pieniądze. Aptekarze zapisują ich dług w zeszytach.
– A czemu się pan dziwi? – dodaje mężczyzna w średnim wieku stojący w kolejce. – Jak ludzie są biedni, to ich nie stać na leki, najpierw trzeba przecież zapłacić za mieszkanie, żeby człowieka nie wyrzucili na bruk, potem trzeba kupić jedzenie, jakieś ubranie. Zdrowie jest na końcu.
Aptekarz się lituje
Nawet w bogatej Warszawie nie znaleźliśmy apteki, która nie spotkała się z problem braku pieniędzy na leki. Pani Justyna pracuje w aptece w Śródmieściu od 8 lat. Nie pamięta jeszcze tygodnia, a nawet dnia, aby ktoś nie odchodził od okienka z receptą w ręku. – Zazwyczaj pacjenci wracają po jakimś czasie, gdy zbiorą pieniądze albo idą gdzie indziej, do znajomej farmaceutki, która może poczekać na zapłacenie za leki. My też mamy takich klientów, głównie są to osoby starsze – opowiada farmaceutka. – Zdarzają się niestety nieprzyjemne sceny, gdy chorzy mają do mnie pretensje, że leki są bardzo drogie. Wydaje im się, że ktoś chce ich oszukać i naciągnąć.
Wbrew pozorom nie zawsze chodzi o jakieś wygórowane rachunki, rzędu 100 lub 200 złotych. Jest spora kategoria chorych, dla których wydanie 20, 30 złotych jest problemem, bo to znacznie więcej niż dziennie mogą wydać na jedzenie! To oni najbardziej potrzebują litości aptekarzy. A ci zazwyczaj idą ludziom na rękę i nawet tak wydawałoby się nieduże kwoty rozkładają na raty.
– Widziałem kiedyś w aptece bardzo biedną panią, która miała tylko 20 złotych, a za leki musiała chyba zapłacić ze 30, 40 złotych. Nie wiedziała, z których środków zrezygnować, ale ludzie z kolejki zrobili szybko zbiórkę, żeby jej pomóc. Trochę dołożyła też aptekarka i kobieta wyszła ze wszystkimi lekami. Ale co by było, gdyby rachunek okazał się znacznie większy? – opowiada Grzegorz Seredyński z Warszawy. – Mam kolegę lekarza, który mówi, że część jego chorych nie chce nawet podczas wizyty w gabinecie brać recepty, bo i tak nie stać ich na kupienie leków. Wiedzą, czym ryzykują, ale mają nadzieję, że kilka dni pobytu w domu zastąpi leczenie farmakologiczne.
Podobne historie usłyszeliśmy też od lekarzy, którzy bardzo często spotykają się z osobami proszącymi o niewypisywanie recept, bo i tak nie mają ich za co kupić. – Na jednej z konferencji medycznych otrzymałam próbki leków, potem rozdawałam je tym najbiedniejszym – powiedziała nam jedna z radomskich internistek.
Zresztą w podobnych sytuacjach pomocne okazują się apteki, które wydają bezpłatne leki na podstawie recept. Takich instytucji jest jednak niewiele, a poza tym nie mają one na swoich półkach całej gamy leków. W dodatku korzystają z nich przede wszystkim mieszkańcy dużych miast, bo w małych ośrodkach bezpłatnych aptek raczej się nie tworzy. Najbiedniejszym pozostaje więc kupowanie leków na raty lub na kredyt.
Leki muszą być tańsze
Oczywiście fakt, że znacznie mniej Polaków niż w latach poprzednich należy do grupy najuboższych osób mających kłopoty z kupowaniem leków, może nas umiarkowanie cieszyć, bo nadal jest to ważny problem społeczny. Zazwyczaj tacy ludzie mają też problemy z wszystkimi innymi wydatkami: na jedzenie, ubranie, szkołę dla dzieci. Brak pieniędzy na lekarstwa to tylko kolejny dowód na ich ogromne ubóstwo. Dlatego państwo powinno prowadzić taką politykę, aby leki były dobrem powszechnie dostępnym.
Paradoks naszej sytuacji polega na tym, że choć Polacy nie należą do najbogatszych nacji w Europie, to jednocześnie za wiele medykamentów muszą płacić o wiele więcej niż mieszkańcy zachodniej lub południowej Europy. Dlatego od każdego rządu mamy prawo oczekiwać, aby podejmował wszelkie działania prawne zmierzające do obniżenia cen leków, nie wyłączając także różnych form nacisku na firmy farmaceutyczne narzucające często wygórowane ceny.
Bardzo ważne jest w tym kontekście układanie listy leków refundowanych, do których dopłaca budżet państwa. Powinna ona nie tylko być jak najszersza, ale również obejmować jak najwięcej leków generycznych, odtwórczych, które są zdecydowanie tańsze od preparatów oryginalnych. Wtedy globalna kwota refundacji wystarczy dla większej liczby pacjentów.
Wiele do zrobienia pozostaje też w kwestii zmiany świadomości pacjentów, lekarzy i farmaceutów. Tym pierwszym trzeba uzmysłowić, że jeśli nie stać ich na zakup jakiegoś leku, to mają prawo żądać od lekarza wypisania tańszego zamiennika. Narodowy Fundusz Zdrowia mógłby pomyśleć o zorganizowaniu na przykład poważnej kampanii społecznej skierowanej do chorych, lekarzy i pracowników aptek. Sami medycy za rzadko sięgają po taki instrument, bo po prostu nie pytają chorych, czy mają pieniądze na leki. Niestety, wielu lekarzy o tym nie pomyśli, inni mają zaś układy z firmami farmaceutycznymi i zależy im na sprzedaży leków oryginalnych, czyli droższych. Ale nawet jeśli mamy w ręku receptę, to jest jeszcze możliwość, aby w aptece zamienić droższy lek na tańszy. W tym przypadku ogromna odpowiedzialność spoczywa na farmaceutach. Bo co prawda wiele leków jest bardzo drogich, ale żeby się skutecznie leczyć, nie trzeba koniecznie ich zażywać, bo tańsze są równie skuteczne.
Tak więc choć ceny leków są wysokie, możemy wydawać na nie znacznie mniej. Wtedy także kupowanie leków na receptę na kredyt lub rezygnowanie z zakupów przez najuboższych pacjentów będą bardzo rzadkim zjawiskiem.
Maciej Winnicki
