Laicki guru i jego wyznawcy
Od kilku miesięcy dostarcza strawy czwartej władzy. Jest na śniadanie,
obiad i kolację. Od telewizji śniadaniowej, przez popołudniowe pogawędki, po
wieczorne i nocne komentarze. Wydawało się, że gdy Palikot zniknął z ekranów w
pierwszych dniach po katastrofie smoleńskiej i potem na czas narodowej żałoby,
zapanuje spokój i opamiętanie. Jednak już w okresie kampanii wyborczej to się
pojawiał, to znikał, a potem znów już tylko – był. Dziś redakcje i wydawcy
wydają się uzależnieni od biłgorajskiego polityka. Jest "dopalaczem" nie tylko
dla trefnisia Jakuba Wojewódzkiego. Tego ostatniego już dawno przebił
grubiaństwem i nieokrzesaniem.
Janusz Palikot to przedziwna postać i tajemniczy polityk. Właściwie nie wiadomo,
skąd przyszedł. Nie założył dotąd żadnej partii, nie był szefem rządu,
ministrem, kimś, wobec kogo Polacy mogliby czuć jakiś szczególny rodzaj
wdzięczności. Średniego wzrostu, tyjący i siwiejący. Siwiznę co jakiś czas
maskuje, od jakiegoś czasu nosi okulary zerówki. Do aksamitnych wąskich
zielonych spodni zakłada różowe koszule. Jego sposób bycia i ubierania się
przypominają styl "na bukieta" – peerelowski typ chłopaków z wiejskich
potańcówek – ci w tylną kieszeń wsadzali jeszcze pomarańczowy grzebień.
Nasz bohater nie boi się telewizyjnych jupiterów. W programie "Teraz My!"
Tomasza Sekielskiego i Andrzeja Morozowskiego oddał się – przed kamerami, na
żywo – w ręce ówczesnego ministra zdrowia prof. Zbigniewa Religi. A ten postawił
mu medyczną diagnozę: wysoki cholesterol, żółta cera, podkrążone oczy. Profesor
zalecił zdecydowanie zmianę trybu życia. Jednak pacjent nie przejął się słowami
lekarza, choć na każdym zdjęciu widać, że język, który tak chętnie wystawia, nie
jest, co tu dużo mówić, zdrowy.
Ja wam jeszcze pokażę!
Jego gesty i słowa nie niosą za sobą nic poza kabotyńską pozą i "zgrywą". A
jednak z jakichś powodów nie ma dnia, żeby w radiu nie usłyszeć jego komentarza,
inwektywy, zachwytu czy groźby. Każdy jego show jest w eterze bez końca
komentowany od Bałtyku do Tatr. Często uważa się, że Palikot zna media,
wykorzystuje je, rozumie ich język i posługuje się nimi jak cepem. To jednak za
mało, by gościć w nich dwadzieścia cztery godziny na dobę. Czas antenowy jest
bardzo cenny. Jakże więc cenny dla komercyjnych stacji i wysokonakładowych gazet
musi być Janusz Palikot? Kto kim tak naprawdę tu gra i kto kogo używa?
Bodajże przed dwoma laty Palikot w wakacyjnym wywiadzie dla dwutygodnika "Viva"
zwierzał się, że przechodził w życiu głębokie stany depresyjne, zagubił sens, a
teraz marzy o tym, żeby go zauważono, że jeszcze pokaże wszystkim, co potrafi.
Czy jego marzenie się spełnia? Gdy przebywa na Suwalszczyźnie, w miejscach
(notabene uroczych), gdzie diabeł mówi dobranoc, gdzie z trudem można złapać
zasięg telefonii komórkowej – w Smolnikach, Becejłach czy Dzierwanach, TVN
instaluje swoje kamery, by z wiejskich pieleszy, z biblioteczką w tle, pan poseł
mógł tłumaczyć zawiłości swoich politycznych olśnień.
Świecka "liturgia"
W 2008 r. w czasie nasilonej pracy komisji "Przyjazne państwo", której
przewodniczył, oddawał się Palikot jednocześnie pracy aktora. Dubbingował postać
błędnego rycerza Sir Brie’a w kreskówce "Łowcy smoków". I to było równie poważną
misją. Kreskówki, reklamowe spoty, komiksy… to było to! Całkiem niedawno, gdy
Manuela Gretkowska, Kazimierz Kutz, Magdalena Środa i parę innych "moralnych
autorytetów" lewicy i lewactwa uwierzyło, że spotkało świeckiego guru, mogliśmy
obserwować świecką "liturgię". Na kongres Ruchu Poparcia Janusza Palikota
Nowoczesna Polska zjechali "wyznawcy" z całej Polski. I wierzą, że ich idol
wykona to, co zapowiada: wymiecie ze sceny publicznej Kościół, wprowadzi związki
partnerskie, wprowadzi pełną dostępność aborcji, refundację in vitro i bezpłatne
środki antykoncepcyjne. Ponadto każdy zmęczony czy schorowany, jeśli zapragnie,
będzie mógł opuścić świat na zawołanie – co zapewni mu legalna eutanazja.
Nierzadko jednak można odnieść wrażenie, że nasz bohater jest zmęczony.
Zwłaszcza gdy prowadzi sam ze sobą rodzaj sadomasochistycznej gry w publicznym
samoponiżaniu. Na przykład, gdy zakłada koszulki z napisami: "Jestem brudny",
"Jestem gejem", "Jestem z SLD". Ten ostatni – jak widać – okazał się prawdą.
Programu i obietnic Palikotowi mogą pozazdrościć najbardziej zakuci i
twardogłowi lewicowcy. Niedawno eurodeputowana Joanna Senyszyn wprost wytykała
posłowi Platformy Obywatelskiej, że powiela jej pomysły. "Kto jest mistrzem, a
kto uczniem?" – pytała. Czy inne napisy na koszulkach stanowią także skryte,
samooczyszczające wyznanie? Może jeszcze się tego dowiemy…
Pacynka czy kukiełka?
Platforma ma z biłgorajczykiem nieco kłopotu. Politycy Platformy odcinają się od
jego działań, choć czynią to z "pewną nieśmiałością". A nuż lewicujący uznają
Palikota za swojego? W końcu przecież nie wiadomo, czy Donald Tusk nie zapragnął
– tak jak jego rosyjski przyjaciel Władimir Putin – ulepić sobie własnego wroga?
Gdyby ten plan powiódł się, byłby to polityczny majstersztyk. Rodzi się tylko
pytanie – po co? Premier nie tak dawno zapewniał, że w polityce pozostanie
jeszcze góra cztery lata. A potem odpływa w siną dal? Ale czyż i Palikot, i Tusk
nie są zmienni jak kurek na wieży? Poza tym cztery lata w polskiej polityce to
wieki… Któż będzie pamiętał dzisiejsze słowa?
Janusz Palikot doskonale nadaje się na wroga z jeszcze jednego powodu. Wciąż do
końca nie wiadomo, jaki ślad w jego życiu odcisnęła PRL. W stanie wojennym
podpisał "lojalkę". Przedstawił służbom specjalnym swoje kontakty, podał ich
nazwiska. Pierwszą swoją spółkę założył w 1988 r., która do roku 1990
"brakowała", a więc niszczyła różnego rodzaju archiwa. Zaś szeregi najbliższych
jego współpracowników do chwili obecnej zasilają ludzie ze środowisk PZPR i
Służby Bezpieczeństwa. Od lat jednym z najbliższych politycznych przyjaciół
Palikota jest prezydent Bronisław Komorowski. Zauważmy, że eskalacja
politycznego tupetu i bezczelności posła PO rozpoczęła się zaraz po tym, kiedy
wiadomo było, że Komorowski wygrał wybory. Ciekawe, że im więcej Palikota w
mediach, tym mniej w nich prezydenta Komorowskiego.
Dr Hanna Karp
Dr Hanna Karp jest medioznawcą i religiologiem, wykładowcą w Wyższej Szkole
Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu.
