Kulisy moralizanctwa
Ścieżka obok drogi
Stanisław Michalkiewicz
Kiedy po dokonaniu secesji Katangi Wawrzyniec Kabila podpisał z amerykańskimi firmami umowy na eksploatację zasobów mineralnych tej zairskiej prowincji, już następnego dnia amerykańska prasa odkryła, że prezydent Zairu Desire Mobutu Sesse Seko Kuku gwałci prawa człowieka, zaś organizacje podobne do naszej Fundacji Helsińskiej natychmiast i w podskokach go potępiły. Co prawda prezydent Mobutu gwałcił prawa człowieka również wcześniej, ale po pierwsze – udzielał dogodnych koncesji sponsorom obrońców praw człowieka, więc ci skwapliwie wykorzystywali tę okazję, by siedzieć cicho, po drugie – zbuntowany przywódca Katangi zaoferował Amerykanom lepsze warunki koncesji, więc po trzecie – prezydent Mobutu z dnia na dzień przestał być naszą duszeńką, to znaczy pardon – jaką tam duszeńką; duszeńki są w rosyjskiej strefie wpływów, podczas gdy w amerykańskiej – przestał być tzw. naszym sukinsynem. Ta historia pomaga lepiej zrozumieć kulisy i przyczyny rozmaitych odkryć na niwie sprawiedliwości i uczciwości.
Oto od pewnego czasu nie tylko minister Julia Pitera, ale i media tak zwane mainstreamowe, tzn. kontrolowane przez razwiedkę, albo tylko naszą, albo również zagraniczną, biją na alarm, że Polskie Stronnictwo Ludowe pogrąża się w obrzydłej korupcji i nepotyzmie. Co prawda pogrążało się już wcześniej, ale co z tego, skoro wcześniej zostało koalicjantem Platformy Obywatelskiej, dzięki czemu mógł powstać rząd premiera Donalda Tuska, którego prawdziwym programem jest odwdzięczanie się razwiedce, według jej każdorazowo zgłaszanych życzeń? To właśnie dlatego premier Tusk o programie własnego rządu dowiaduje się na bieżąco i w miarę potrzeby. W takiej sytuacji warto zastanowić się, dlaczego zarówno minister Pitera, jak i kontrolowane przez razwiedkę media zauważyły to dopiero teraz, podczas gdy wcześniej Polskie Stronnictwo Ludowe było przez cały rok prawie niewidoczne. Dlaczego dopiero teraz zapłonęły ogniem świętego oburzenia?
Wyjaśnia to informacja podana w „Gazecie Wyborczej”, że przed zbliżającymi się wyborami do Parlamentu Europejskiego cała europejska lewica, do której należy również tubylczy Sojusz Lewicy Demokratycznej, organizuje jedną kampanię w skali całej Europy. Ein Volk, eine Propaganda i w efekcie – ein Fu… no, nie wywołujmy wilka z lasu. Cóż może być milszego spiżowym sercom starych weteranów razwiedki, co to samego jeszcze znali Stalina, jeśli nie taka jedność? Dlatego też musiał paść rozkaz, by przygotowywać grunt pod podmianę Platformie Obywatelskiej koalicyjnego partnera z Polskiego Stronnictwa Ludowego na prawdziwego faworyta razwiedki, jakim zawsze był, jest i będzie („partia eto sierdce i rozum naroda budiet, była i jest”) Sojusz Lewicy Demokratycznej. Jeśli padł taki rozkaz, to już wiemy, dlaczego minister Julia Pitera argusowym okiem wypatrzyła sprośne błędy, zaś media zapłonęły ogniem świętego oburzenia. Przecież jedna kampania ma być w CAŁEJ Europie. A po co ma być? A po cóż by innego, jeśli nie po to, by lewica, czyli komuna w CAŁEJ Europie wygrała? Wygląda na to, że z tą Unią Europejską wpadliśmy z deszczu pod rynnę. Taki los wypadł nam…
Ale niekiedy nie ma tego złego, co by na jakieś dobre nie wyszło. Najlepszą ilustracją trafności tego spostrzeżenia jest decyzja, by Toruń, Grudziądz i Bydgoszcz dostały unijną subwencję na modernizację linii tramwajowych. Czy gdyby ojciec Tadeusz Rydzyk nie rozpoczął w Toruniu wierceń geotermalnych, to by cokolwiek dostały? A ucho od śledzia! Kiedy jednak subwencja na te wiercenia została cofnięta, to zarówno nasi okupanci z Brukseli, jak i biurokraci premiera Tuska musieli zatrzeć niemiłe wrażenie i Toruniowi jakieś pieniądze jednak dać. Przy okazji skorzystały Grudziądz i Bydgoszcz. Esperons, że będą pamiętały, komu naprawdę to zawdzięczają.
