Ktoś odebrał dosłownie wezwanie do „dorzynania watah”
Z Januszem Wojciechowskim, posłem do Parlamentu Europejskiego (Europejscy
Konserwatyści i Reformatorzy), rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
Kiedy dotarła do Pana informacja, że w Pańskim biurze poselskim w Łodzi
zamachowiec zamordował Pana asystenta Marka Rosiaka i ciężko ranił asystenta
posła Jarosława Jagiełły – Pawła Kowalskiego?
– Ta tragiczna informacja zastała mnie w Parlamencie Europejskim w Strasburgu.
Siedziałem przy komputerze, przygotowywałem się do głosowań, które miały się za
chwilę zacząć, i pracowałem jeszcze nad tekstem mojego wpisu na blogu, bo
zbulwersowały mnie wczoraj ataki na PiS, które przyrównano do Komunistycznej
Partii Polski, dyskusje o delegalizacji PiS. Gdy pisałem tekst, jak grom z
jasnego nieba spadła na mnie ta straszna wieść. Odebrałem ją przede wszystkim po
ludzku, bo zginął wspaniały człowiek, który znakomicie prowadził moje biuro
poselskie. To było biuro, gdzie się nie tyle politykę uprawiało, ile pomagało
się ludziom, bo przyjeżdżali z całej Polski z różnymi interwencjami. Ponad
pięćset spraw od początku kadencji przez to biuro przeszło. Ja sam nie zawsze
miałem czas tam być, ale to biuro bardzo dobrze funkcjonowało przez cały ten
czas. Pan Rosiak to zorganizował. Był człowiekiem bardzo doświadczonym,
wrażliwym, życzliwym ludziom, współpracowało z nim trzech młodych ludzi, w tym
radca prawny. Trudno uwierzyć w to, co się stało.
Uważa Pan – podobnie jak prezes PiS Jarosław Kaczyński – że to, co się
wydarzyło, to efekt kampanii nienawiści, jaką od długiego czasu pod adresem PiS
uprawiano?
– Oczywiście, trzeba widzieć bowiem tło tej napaści. Nie wiem, jak jest z
poczytalnością tego człowieka, który dopuścił się tej zbrodni, ale został tak
czy inaczej nasączony nienawiścią, on wykrzykiwał tę nienawiść, chciał zabić
Jarosława Kaczyńskiego – tak mówił. Okazuje się więc, że posiane ziarno
nienawiści wydało krwawy polon. Trzeba przypomnieć te wszystkie słowa, które pod
adresem PiS padały, jak chociażby "dorzynanie watah". Warto przywołać tu również
wypowiedź pana Palikota – gdy był jeszcze w Platformie Obywatelskiej, mówił, że
Jarosława Kaczyńskiego trzeba "odstrzelić i wypatroszyć". Nikt się w Platformie
od tego nie odciął. To, co się wydarzyło w Łodzi, to wynik tej kampanii
nienawiści.
"Dorzynanie watah" wkracza w fazę realizacji?
– Ktoś te słowa odebrał dosłownie i zrobił to, co zrobił. Stwierdzam jednak z
przerażeniem, że od razu jest próba odwracania tej sprawy. Pojawiają się już
komentarze, jakoby samo PiS było winne temu, co się stało. To jest już nie do
przyjęcia. Staram się w Parlamencie Europejskim zorganizować pomoc dla rodziny
pana Marka Rosiaka, który zginął na posterunku. Nie wiem do końca, jak liczną ma
rodzinę, znam jego żonę, która była wiceprezydentem Łodzi, nawet ma startować w
tych wyborach do sejmiku województwa łódzkiego jako kandydatka Prawa i
Sprawiedliwości, wiem, że ma również syna.
Można powiedzieć, że słowa Donalda Tuska o "moherowych beretach"
zapoczątkowały tę lawinę nienawiści?
– Tak, to był początek. Później padały coraz gorsze słowa z ust różnych ludzi.
Władysław Bartoszewski powiedział o nas "bydło". To jest ten klimat, od którego
do agresji jest tylko krok, jak się okazuje, bo emocje już są bardzo napięte.
Gdy oglądam w mediach komercyjnych debaty, to one są cały czas o PiS. Jak się
dyskutuje o pięciu tematach w ciągu godzinnego programu, to cztery z nich
dotyczą Prawa i Sprawiedliwości. Co powiedział Kaczyński, dlaczego coś
powiedział, dlaczego o czymś nie powiedział, a co by powiedział, gdyby…
Przecież to jest cały czas bicie w jedną stronę. Przypominam sobie w Radiu Zet
poranne dyskusje polityczne, podczas których wszyscy członkowie spotkania bili w
jednego posła Mariusza Błaszczaka. To jest cały czas jednostronny atak i
przypisywanie najgorszych cech PiS. Przypomnę również nagonkę na posła Zbigniewa
Ziobrę, którego oskarżano, że przez niego umierają ludzie, bo zatrzymał
skorumpowanego lekarza.
Pana biuro poselskie otrzymywało wcześniej jakieś pogróżki?
– Nigdy, wręcz przeciwnie, przychodziło do niego wielu ludzi z podziękowaniami,
życzeniami. Biuro jest otwarte, każdy może do niego wejść. Tak do tej pory było,
dziś nie wiem, czy tak może być dalej, pewnie trzeba będzie coś zmienić w
funkcjonowaniu tego biura, bo taki akt agresji nie musi być ostatni. Czasem
działa prawo serii w tego typu zdarzeniach…
Boi się Pan dziś o własne bezpieczeństwo?
– Wie pan, byłem człowiekiem, który się nigdy nie bał. Nie bałem się jako
sędzia, mimo że sądziłem trudne sprawy poważnych przestępców. Nie bałem się jako
prezes NIK, bo mało kto wie, ale nie miałem żadnej ochrony, mimo że zajmowałem
się najpoważniejszymi aferami. Nie bałem się jako wicemarszałek Sejmu, wtedy też
nie korzystałem z żadnej ochrony. I do tej pory również się nie bałem, ale w tej
kampanii nienawiści chyba trzeba będzie się baczniej przyglądać ludziom, z
którymi człowiek się styka. Sam przecież mogłem być w tym biurze w momencie
ataku zamachowca.
Z ustaleń policji wynika, że Ryszard C. od czterech dni był w Łodzi i
wszystko na to wskazuje, że jego atak nie był spontaniczny, lecz zaplanowany.
Oprócz pistoletu z ostrą amunicją posiadał również nóż i paralizator.
– Nie wiedziałem o tym, dowiaduję się tego od pana. Tym bardziej fakt ten budzi
grozę. Proszę zwrócić uwagę, jaki był jazgot wtedy, kiedy była poruszana kwestia
korzystania z ochrony przez Jarosława Kaczyńskiego i z jaką dziką satysfakcją mu
tę ochronę odbierano. Dzisiaj widzimy, jak wielkie jest zagrożenie. Nie
wyobrażam sobie, jak można po tym wszystkim, co stało się w biurze w Łodzi,
zacząć tam znowu normalnie pracować, przyjmować i zapraszać ludzi. Muszę
przemyśleć to, jak dalej ma wyglądać funkcjonowanie mojego biura. Myślę, że nie
da się zrobić takiej ochrony, która w pełni zabezpieczyłaby pracowników. Ten
dramatyczny dzień dużo zmienił w sensie patrzenia na polską politykę.
Nagonka na PiS ma na celu jedynie zdyskredytowanie ugrupowania w oczach
społeczeństwa czy może chodzi o odwrócenie uwagi od ważnych spraw w kraju?
– Na pewno chodzi także o odwrócenie uwagi od bieżących problemów. Wynikami
rządzenia nie da się bowiem utrzymać władzy, bo te są coraz gorsze i ludzie to
widzą. Jedynym sposobem na to, żeby Platforma Obywatelska mogła wygrać następne
wybory, jest wzbudzenie irracjonalnego lęku przed PiS. Myślę, że PO z tej metody
cynicznie korzysta. Polskie państwo zaczyna zmierzać ku jakiemuś
totalitaryzmowi, może nie na miarę stalinizmu, ale na pewno na miarę Łukaszenki.
Jest dążenie, by władzę miała partia kierownicza, czyli Platforma Obywatelska, i
stronnictwa sojusznicze – PSL i SLD, a PiS została wyeliminowana albo tak
osłabiona, by nie była w stanie wygrać następnych wyborów.
Sugeruje Pan, że demokracja w Polsce jest zagrożona?
– Uważam, że granica została przekroczona. Walka polityczna w Polsce to już nie
tylko walka demokratyczna, mieszcząca się w normalnym, cywilizowanym,
demokratycznym świecie, gdzie władza "wadzi się za łby" z opozycją. Muszę
odnieść się również tutaj do ukarania przez sąd "Naszego Dziennika" za
napisanie, że TVN jest "paszkwilancką stacją". Przecież to jest koniec wolności
słowa w Polsce. Słowa, które napisał "Nasz Dziennik", są oceną, z którą można
się zgadzać lub nie, ale oceną uprawnioną, mieszczącą się w ramach wolności
słowa. Ma do niej prawo każdy człowiek, a tym bardziej gazeta. Jeżeli w naszym
kraju nie wolno dziś używać nawet takich słów, to jak możemy mówić o polskiej
demokracji?
Dziękuję za rozmowę.
