Kto wychowuje nasze dzieci?

Z o. dr. Pawłem Mynarzem O.Cist., dyrektorem Męskiego Liceum św. Bernarda w Krakowie oraz duszpasterzem nauczycieli w Nowej Hucie, rozmawia Agnieszka Niewęgłowska

Liceum św. Bernarda to szkoła męska. Czy zauważa Ojciec zalety podziału szkół na męskie i żeńskie, czy – jak to niektórzy argumentują – najlepsza jest koedukacja?

– Myślę, że w panoramie polskich szkół jest miejsce na oddzielne szkoły męskie i żeńskie, jak również koedukacyjne. Na podstawie wielu lat obserwacji wydaje mi się, że chłopcy w szkole męskiej są bardziej naturalni. Wiadomo, chłopcy w tym wieku lubią szpanować przed dziewczętami, chcą im czymś zaimponować, rodzą się przedwczesne sympatie, niezupełnie są sobą, trochę udają. Powstają przez to zbędne dystrakcje, które nie ułatwiają zaangażowania w naukę, a czasem wręcz przeszkadzają. Jednak nie można tym uczniom (uczennicom) postawić zarzutu, że są wychowywani pod kloszem. Po lekcjach część z nich wraca do swoich domów, mają na co dzień swoje kręgi towarzyskie. Myślę, że w tym trudnym okresie rozwoju (16-19 lat) szkoła męska czy żeńska może uchronić młodych ludzi od wielu przeszkód natury psychologicznej. Widzę więc szereg zalet tworzenia oddzielnych szkół dla chłopców i dziewcząt.

Nie chciałbym jednak szkół koedukacyjnych odsądzać od czci i wiary. Jeżeli taka szkoła jest dobrze prowadzona i młodzież w niej prezentuje pewien poziom kultury osobistej, można uniknąć sygnalizowanych wyżej niedogodności.

Czy zauważa Ojciec kryzys wychowawczy wśród młodzieży? Jeżeli tak, to czym jest on spowodowany i jakie są jego przyczyny?

– Kryzys wychowawczy wśród młodzieży jest niestety faktem. Wprawdzie w każdym okresie istniał jakiś margines młodzieży nieprzystosowanej, ale on się mieścił w pewnym „dopuszczalnym” wymiarze. Dziś przekroczył „granice przyzwoitości” i stał się problemem nie tylko dla szkół, ale przybrał rozmiary społeczne. Kryzys wychowawczy młodzieży potwierdzają również statystyki policyjne podające dane o przestępczości nieletnich.

Przyczyny są różne i w jednej wypowiedzi nie sposób ich wyczerpująco scharakteryzować. Odsyłam tutaj do mojego artykułu na łamach „Wychowawcy” (styczeń 2007 rok). Tu mogę je tylko zasygnalizować. Przede wszystkim przyczyn nie należy szukać wyłącznie w polskiej szkole, bo ona nie jest „samotną wyspą” rządzącą się wyłącznie własnymi regulacjami prawnymi. Już do szkoły podstawowej dzieci przychodzą nie tylko z plecakiem pełnym książek i zeszytów, ale także z tym drugim „plecakiem” – przyzwyczajeń i wyobrażeń o życiu zdobytych w rodzinie.

Drugim czynnikiem wydatnie modyfikującym wysiłki szkół są media. Oddziałują one często negatywnie pod względem wychowawczym. Doświadczyłem tego, będąc kilka lat katechetą w dużej szkole średniej. Na lekcjach zdarzało się, że zanim przeszedłem do tematu, już któryś z uczniów, powołując się na telewizję, stawiał pytanie, które było zwykle zarzutem. W szkole spostrzegamy więc wyraźną projekcję życia społecznego, a zwłaszcza mediów, na psychikę i zachowanie uczniów w szkole.

Jak Ojciec ocenia propozycje Ministerstwa Edukacji Narodowej dotyczące m.in. programu „Zero tolerancji” czy wprowadzenia mundurków do szkół? Czy idą one w dobrym kierunku?

– Wydaje się, że program „Zero tolerancji” jest skutkiem tego, że przelała się miara nieprawości w niektórych szkołach. Dotąd uważano, że tego typu zachowania mają charakter incydentalny. Dotychczasowi ministrowie edukacji stosowali politykę zamiatania pod dywan, oskarżając nauczycieli, że sobie nie radzą z młodzieżą. Minister Roman Giertych miał odwagę ukazać opinii publicznej prawdziwy obraz szkoły. Mam tu na myśli przede wszystkim jego posunięcia w zakresie wychowania. Liberalne media, nie darząc sympatią pana Giertycha jako polityka, totalnie krytykują jego wychowawcze, bo o takich tutaj mówię, posunięcia. Jednak nic pozytywnego nie mają do zaproponowania.

Także jego posunięcia promujące patriotyzm oceniam pozytywnie, zresztą w naszej szkole zawsze go na różne sposoby kultywowaliśmy. Hymn państwowy jest śpiewany obok hymnu szkoły przy różnych okazjach. Jesteśmy przecież szkołą polską!

Wprowadzenie mundurków do szkół uważam za pomysł udany. W szkołach podstawowych i gimnazjach ma charakter obligatoryjny; w ponadgimnazjalnych decyduje dyrekcja po zasięgnięciu opinii nauczycieli i rodziców. A więc zarządzenie jest umiarkowane, ale myślę, że się sprawdzi i szkoły ponadgimnazjalne również stopniowo będą je u siebie wprowadzać.

Dlaczego młodzież zdolna jest do takich destrukcyjnych zachowań jak np. poniżanie kolegów i koleżanek z klasy, co często kończy się tragedią? Niejednokrotnie działania te dotyczą również nauczycieli…

– Wydaje się, że głównym powodem nagannych zachowań uczniów jest źle rozumiana wolność, która w praktyce sprowadza się do samowoli, a więc do tego, by robili, co im się podoba (słynne „róbta, co chceta”). Gdy pewnego razu w autobusie zwróciłem uwagę nastolatkom posługującym się wulgarnym językiem, odpowiedzieli mi: „Jest przecież wolność”. Tu trzeba oskarżać bardziej dorosłych niż owych nastolatków, bo przecież to my, społeczność dorosłych, wychowujemy młode pokolenie i dajemy im wzory do naśladowania. Jeżeli więc autor takich pomysłów jest hołubiony przez media, to staje się idolem młodych, którzy postępują według jego zaleceń, zwłaszcza że schlebia ich słabościom i niczego od nich nie wymaga.

Innym powodem negatywnych zachowań młodzieży jest jakiś zanik zmysłu moralnego. Świadczą o tym odpowiedzi młodych przestępców, którzy nie umieją powiedzieć, dlaczego dopuścili się zbrodni, nawet tej największej, jaką jest zabójstwo. Obawiam się, że „natchnieniem” do tego typu zachowań są filmy, które oglądają w telewizji. Nie bez wpływu jest propaganda pornografii i język erotyczny. Chcąc zmieniać zachowania uczniów, trzeba sięgnąć do przyczyn i najpierw tam dokonać zmian. Samo przeciwdziałanie skutkom, bez odniesienia do przyczyn, nie przyniesie pożądanych efektów.

Czy współczesna młodzież cierpi na brak autorytetów?

– Już z tego, co powiedziałem, wynika jednoznacznie, że młodzież cierpi na brak autorytetów. Jednak winę za to ponosi pokolenie dorosłych, bo ono wychowuje. A wychowuje się również przez to, że podaje się młodzieży wzory do naśladowania. To są właśnie autorytety. Trudno sobie wyobrazić skuteczne wychowywanie bez autorytetów. Współczesny liberalizm odznacza się właśnie walką z autorytetami. Znów muszę wrócić do mediów, bo one w walce z autorytetami odgrywają dużą i niestety negatywną rolę. Ich szkodliwe w tym zakresie oddziaływanie polega m.in. na tym, że nagłaśniają w tonie życzliwym szydzenie np. z gestów i słów Jana Pawła II, który jest przecież nie tylko dla nas, Polaków, wielkim autorytetem. Tacy ludzie powinni się spotkać z totalnym potępieniem ze strony mediów, a zwłaszcza społeczeństwa. Jak wykazują badania socjologiczne, gdy brakuje autorytetów, największy wpływ na młodzież mają media i kręgi rówieśników. Dom, szkoła, Kościół są na dalszych miejscach. I w tej dziedzinie widzimy, jak praca wychowawcza szkoły jest niejednokrotnie torpedowana właśnie przez czynniki znajdujące się formalnie poza szkołą.

Podstawową rolę w procesie wychowania młodego człowieka pełni jego dom rodzinny. Jaka zatem powinna być rola szkoły w wychowaniu dzieci i młodzieży?

– Słusznie pani mówi, że podstawowe wychowanie dokonuje się w domu rodzinnym. Ten fakt wyznacza pewną hierarchię wśród podmiotów wychowawczych. Pierwszym i podstawowym podmiotem wychowawczym jest dom. Wolę używać tego pojęcia, gdyż mówiąc „dom”, mam na myśli nie tylko rodziców, ale też pozostałych członków rodziny: dziadków, starsze rodzeństwo, a niekiedy bliższych i dalszych krewnych. Oni zgodnie z prawem naturalnym mają prawo do wychowania swoich dzieci.

Szkoła czy Kościół są wprawdzie dalszymi, ale bardzo ważnymi podmiotami wychowawczymi. Mają one jednak charakter pomocniczy, uzupełniający. Toteż główną odpowiedzialność za wychowanie ponosi dom. Jeżeli wpływ wychowawczy szkoły jest ograniczony, to i odpowiedzialność szkoły za efekty wychowawcze jest ograniczona. Bywają rodzice, zwłaszcza ci zapracowani lub też nieradzący sobie z wychowaniem, którzy starają się przerzucić swój problem na szkołę czy internat. Staramy się tym rodzicom tłumaczyć, że wychowanie dzieci jest ich niezbywalnym prawem i obowiązkiem i że żadna szkoła ani internat nie jest w stanie ich w tym wyręczyć.

Nauczyciel także powinien być autorytetem dla swoich uczniów. Czy nie zauważa Ojciec, że w polskich szkołach coraz częściej nauczyciele nie radzą sobie z wychowankami?

– Tak pewnie jest. Ale ja chciałbym sięgnąć do przyczyn, a te widzę także gdzie indziej aniżeli tylko po stronie nauczycieli i wychowanków. Zapewne zna pani Deklarację Praw Dziecka. Proszę zwrócić uwagę, że mówi ona tylko o prawach dziecka, o obowiązkach ani słowa. Ot, taka „poprawność polityczna”: dzieci mają prawa uznane oficjalnie przez najwyższe instytucje międzynarodowe. Deklaracja ta wyznacza pewien trend w postępowaniu władz oświatowych, które też chętniej podkreślają prawa dzieci niż ich obowiązki. Ten trend przenika także do świadomości rodziców i życia społecznego. Efekt jest taki, że w razie konfliktu między wychowankiem a nauczycielem władze oświatowe przejawiają tendencje do opowiedzenia się po stronie ucznia i jego praw, niestety zapominając o jego obowiązkach.

Oczywiście, może się zdarzyć, że poszczególni nauczyciele faktycznie nie radzą sobie z wychowankami. Ale wydaje się, że są to raczej wyjątki. Większość tych nauczycieli nie radzi sobie raczej z samowolą wychowanków, wolą cierpieć i znosić w milczeniu ową samowolę, aby nie narazić się na zarzut, iż „nie radzą sobie z wychowankami”.

Coraz więcej nauczycieli „kumpluje się” ze swoimi uczniami i buduje z nimi relację na stopie koleżeńskiej. Czy nie jest to zgubna metoda wychowawcza?

– Owo, jak to pani określa, „kumplowanie się” nauczycieli z uczniami jest chyba pewnego rodzaju reakcją na dawne relacje w szkole. Przypominam sobie z domu rodzinnego wspomnienia szkolne mojej mamy z okresu międzywojennego. Wówczas nauczyciel rzeczywiście był wielkim autorytetem, ale raczej administracyjnym niż moralnym. Budził bardziej szacunek oparty na lęku niż na sympatii. Skłaniał bardziej do wymuszonego posłuchu niż naśladowania. Z taką sytuacją w szkole spotykałem się jeszcze tuż po wojnie, rozpoczynając naukę w szkole podstawowej.

To stwierdzenie bynajmniej nie jest zarzutem pod adresem dawnej kadry nauczycielskiej. Po prostu inne były czasy, wiele rzeczy się w życiu społecznym zmieniło, również relacje w szkole między nauczycielami a dorastającą młodzieżą. Jednak ta „demokratyzacja” relacji szkolnych, jeśli nawet jest pożądana, to powinna mieć pewne nieprzekraczalne granice. Nigdy nie powinna ewoluować do jakiejkolwiek formy „kumplowania się”. Nauczyciel pozostający na stopie koleżeńskiej z uczniami będzie ich kolegą czy koleżanką, ale nie wychowawcą. Może tacy nauczyciele będą nawet lubiani przez swoich uczniów, ale przypominają się tutaj mądre słowa słynnego wychowawcy Janusza Korczaka, który powiedział: „Jesteśmy nie po to, aby nas wychowankowie kochali, ale abyśmy sami ich kochali”.

Jakie relacje w stosunku nauczyciel – uczeń panują w męskim LO w Krakowie?

– Relacje nauczyciel – uczeń w naszym liceum próbujemy formować według zasad, które tutaj prezentuję. Ważną rzeczą jest, by nauczyciele tworzyli najpierw między sobą wspólnotę. Mała szkoła, a takie jest nasze liceum, ułatwia to zadanie, bo im dana społeczność jest mniejsza, tym łatwiej ją wytworzyć.

Ale z drugiej strony mała szkoła, paradoksalnie, może ten proces utrudniać, z tego względu, że nauczyciele, mając mało zajęć, nie spotykają się na co dzień ze sobą. Przeprowadzają lekcje i spieszą do swoich szkół macierzystych. Spotykają się jedynie przy okazji posiedzeń rady pedagogicznej. Aby dać nauczycielom szansę porozmawiania ze sobą, staram się ich zatrzymać po zakończeniu posiedzenia, proponując jakąś formę agapy. W tym celu podejmowane są też inne działania. Wszystko po to, aby osiągnąć jakiś stopień identyfikacji nauczycieli ze szkołą. Jako dyrektor staram się być zawsze dostępny dla nauczycieli i mieć czas, aby z nimi przyjaźnie porozmawiać. Atmosfera w szkole, wśród nauczycieli i w stosunku do dyrekcji rzutuje bowiem na relacje z uczniami. Nauczyciel, który nie traktuje szkoły tylko jako miejsca pracy, ale zostawia w niej kawałek serca, będzie dbał o to, aby jego szkoła dobrze wypełniała swoje zadania, a są nimi nauczanie i wychowanie. Sukcesy szkoły będą w pewnym sensie jego osobistymi sukcesami. Podobnie można powiedzieć o porażkach.


Dziękuję serdecznie za rozmowę.

drukuj