Kto się liczy z Tuskiem

W niedzielę w Brukseli będą się ważyły decyzje w sprawie działań, jakie
państwa Unii Europejskiej podejmą w związku z kryzysem gospodarczym. W czasie
polskiej prezydencji w UE mogą więc zapaść niezwykle istotne rozstrzygnięcia
determinujące przyszłość całej wspólnoty. Problem jednak w tym, że będą one
zapadać nie na szczycie Rady Europejskiej, lecz na szczycie bis, przygotowywanym
przez Angelę Merkel i Nicolasa Sarkozy´ego, który odbędzie się po zakończeniu
tego pierwszego. Tam już jednak premier Donald Tusk nie jest nawet zaproszonym
gościem.

Polska prezydencja w Radzie Unii Europejskiej przypada na moment, kiedy
konieczne staje się już podjęcie przez państwa członkowskie UE niezwykle ważnych
decyzji dotyczących dalszego działania w obliczu kryzysu gospodarczego. Podczas
niedzielnego szczytu Rady Europejskiej w Brukseli przywódcy państw Unii, z
udziałem premiera Donalda Tuska, będą dyskutować m.in. o ograniczaniu fali
kryzysu i działaniach, które należałoby podjąć w sprawie bankrutującej Grecji.
Premier Tusk będzie miał okazję wygłosić jednak co najwyżej kilka ogólników o
tym, co myśli w sprawie bieżącej sytuacji gospodarczej. Decyzje ważyć się będą
bowiem poza Tuskiem i polską prezydencją. Po zakończeniu Rady Europejskiej, w
niedzielę zbierze się kolejny szczyt, tym razem już bez polskiego premiera,
nawet nie jako szefa rządu kraju sprawującego prezydencję w UE, ale jako
zwykłego gościa. Plan działania, który będzie on realizować później cała Unia
Europejska, ustalony zostanie na szczycie państw-członków strefy euro, a
konkretnie przez kanclerz Niemiec Angelę Merkel i prezydenta Francji Nicolasa
Sarkozy´ego, którzy w ciągu ostatnich dni uzgadniali już telefonicznie konkluzje
tego spotkania. Prawdopodobnie w gronie reprezentantów przywódców państw strefy
euro spotkają się jeszcze raz w przyszłym tygodniu, aby ostatecznie zatwierdzić
podjęte decyzje. Wiele wskazuje na to, że będziemy mieli do czynienia z
powstaniem nowego tworu w ramach Unii Europejskiej – utworzeniem rządu strefy
euro sankcjonującym Unię dwóch prędkości.
Pod rządami Donalda Tuska znaczenie Polski na arenie międzynarodowej ponoć
wzrosło i "wreszcie" zaczęto się z Polską liczyć – tak przynajmniej możemy
przeczytać i usłyszeć w zaprzyjaźnionych z rządem mediach i innych materiałach
propagandowych partii rządzącej. Ostatnie lata polityki "poklepywania się po
plecach" tego jednak nie potwierdzają. Mało skuteczne zdają się teraz próby
(mające zapewne przekonać decydentów w Unii, o przynajmniej symbolicznym
dopuszczeniu Polski do klubu podejmującego decyzje) rozpaczliwego przypominania,
iż Polska wstępując do Unii Europejskiej, zobowiązała się zastąpić w przyszłości
złotego euro, czy też ostatnie wypowiedzi, zarówno premiera Tuska, jak i
prezydenta Bronisława Komorowskiego, potwierdzające, że do unii walutowej
rzeczywiście chcemy wstąpić w bliskiej przyszłości. I to mimo że pogrążona w
kryzysie strefa euro raczej rozmyśla, jak tu się nie rozpaść, a nie zawraca
sobie głowy przyjęciem nowego członka. Co w tej sytuacji jest w stanie zrobić
polska prezydencja? Faktycznie rząd Donalda Tuska, ustami ministra ds.
europejskich Mikołaja Dowgielewicza, jest w stanie – co też zrobił – "wyrazić
nadzieję", że "decyzje niedzielnego szczytu strefy euro będą wcześniej
uzgodnione w gronie wszystkich 27 państw Unii Europejskiej".

Artur Kowalski

 


Będziemy mieli do czynienia z powstaniem nowego tworu w ramach Unii
Europejskiej – utworzeniem rządu strefy euro sankcjonującym Unię dwóch prędkości

drukuj