Kto ma apetyt na nasze emerytury?
Pieniądze uzbierane w OFE po zakończeniu przez nas pracy będą reinwestowane przez zakład emerytalny. Tak więc od trafności jego decyzji inwestycyjnych zależeć będzie wysokość naszego świadczenia emerytalnego. Dodatkowo na obniżenie świadczenia emerytalnego będą wpływały wszelkiego rodzaju obciążenia i opłaty pobierane przez zakłady emerytalne na pokrycie kosztów akwizycji, ryzyka inwestycyjnego i administracji…
O rządowych propozycjach dotyczących zasad wypłaty emerytur z II filara z Cezarym Mechem, byłym wiceministrem finansów, współautorem programu gospodarczego PiS, a obecnie zastępcą szefa Kancelarii Sejmu, rozmawia Małgorzata Goss
W 2009 roku rozpoczną się wypłaty pierwszych emerytur z II filara. Rząd jest w trakcie ustalania zasad, według których pieniądze, które ubezpieczeni gromadzili w Otwartych Funduszach Emerytalnych, będą wypłacane. Czy sposób tej wypłaty wpłynie na wysokość naszych emerytur?
– Dla emerytur z II filara pierwszorzędne znaczenie ma rentowność środków, a więc to, jak efektywnie towarzystwa emerytalne nimi zarządzają i jak wysoką uzyskują stopę zwrotu na kapitale. W momencie przejścia na emeryturę zebrane środki zostaną przekazane z OFE do zakładu emerytalnego, który zajmie się wypłatą emerytur, i od tej chwili to zakład będzie zarządzał tymi środkami. Oczywiście powinien to robić jak najefektywniej.
A więc wypłatą emerytur będą się zajmowały inne instytucje niż te, które zarządzają Otwartymi Funduszami Emerytalnymi?
– Niekoniecznie. Zgodnie z planami będą to te same firmy. Najprawdopodobniej np. Commercial Union, który jako Powszechne Towarzystwo Emerytalne zarządza OFE, otworzy równolegle Powszechny Zakład Emerytalny zajmujący się wypłatą emerytur.
Z tego wynika, że pieniądze uzbierane w OFE po zakończeniu przez nas pracy nie zostaną wrzucone jak do skarbonki, lecz będą reinwestowane przez zakład emerytalny?
– Tak, i od trafności decyzji inwestycyjnych zależeć będzie wysokość świadczenia emerytalnego. Z drugiej strony, na obniżenie świadczenia emerytalnego będą wpływały wszelkiego rodzaju obciążenia i opłaty pobierane przez zakłady emerytalne na pokrycie kosztów akwizycji, ryzyka inwestycyjnego i administracji. Dlatego też z punktu widzenia przyszłego emeryta najważniejsze jest takie ukształtowanie systemu wypłat emerytur, aby instytucje, które się tego podejmą, były motywowane do zagwarantowania jak najwyższej emerytury, a z drugiej strony – aby koszty systemowe były jak najniższe. Przy wyborze rozwiązań legislacyjnych rząd musi się kierować przede wszystkim efektywnością systemu z punktu widzenia przyszłego emeryta.
Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że nowy system emerytalny wprowadzony w 1999 roku nie zawiera gwarancji wypłaty emerytury w jednakowej wysokości co miesiąc. Jest on oparty na zasadzie „niezdefiniowanego świadczenia”, tzn. ustawa nie przesądza, w jakiej wysokości będzie wypłacana emerytura. Ubezpieczeni ponoszą więc poważne ryzyko.
– To jest właśnie kluczowa kwestia, którą rząd i parlament muszą rozstrzygnąć przy pracach na ustawą o wypłacie emerytur z II filara: kto ma podejmować ryzyko związane z zarządzaniem środkami, które znajdą się w dyspozycji zakładu emerytalnego? Czy ryzyko ma być przerzucone na emeryta, który powierzając wypłatę emerytury zakładowi emerytalnemu, nie wie, jak jego środki będą zarządzane przez najbliższe 20 lat, czy też to ryzyko powinien ponosić zakład emerytalny, który zagwarantuje dobre zarządzanie środkami przez całe życie emeryta i stałe wysokie świadczenie. Rozważania na temat sposobu wypłaty emerytur trwały od dawna, jeszcze w 1998 r., ale tak się dziwnie złożyło, że dopiero teraz, w ostatniej chwili, w efekcie wieloletnich zaniechań rząd przystąpił do opracowania odpowiednich ustaw. Musi rozstrzygnąć, czy będzie to gwarantowana stała emerytura, rewaloryzowana według wskaźnika inflacji, czy też emerytura o niezdefiniowanym świadczeniu, o wysokości waloryzacji uzależnionej jedynie od skuteczności inwestowania. Instytucje finansowe, które przymierzają się do utworzenia zakładów emerytalnych, zabiegają, aby ustawodawca trzymał się zasady niezdefiniowanego świadczenia, bo wtedy całe ryzyko zostanie przerzucone na emerytów. Takie właśnie rozwiązanie przewiduje przyjęta przez resort pracy wstępna koncepcja. W rezultacie zakłady emerytalne, prowadząc akwizycję, dla pozyskania klientów będą mówić tak: wprawdzie na początek oferujemy niską emeryturę, ale potem świadczenie wzrośnie. Emeryt będzie musiał przyjąć tę obietnicę w ciemno. Jak po 5 latach stwierdzi, że słabo pomnażają jego środki, to nie będzie miał możliwości zmiany zakładu emerytalnego.
Krótko mówiąc, rząd każe nam kupić kota w worku…
– Dążąc do tego, aby świadczenia były jak najwyższe, a koszty ich wypłacania jak najniższe – należy scentralizować akwizycję i system wypłacania. Wypłaty z II filara powinny być dokonywane przez ZUS wraz z emeryturą z I filara. To pozwoli uniknąć kosztów akwizycji i marketingu, bo skoro ustawa nie precyzuje, jak wysokie będzie świadczenie, to zakłady emerytalne powinny konkurować między sobą tylko wysokością oferowanych emerytur. Urząd Nadzoru nad Funduszami Emerytalnymi w 2002 r. w raporcie „Bezpieczeństwo dzięki emeryturze” proponowało, aby emerytura była wypłacana przez ZUS z obu filarów na jednym pasku, a ponadto, aby emeryt otrzymał informację, jak wysoką emeryturę oferują poszczególne zakłady emerytalne, by mógł wybrać ten, który oferuje najwyższą. ZUS otrzymywałby od zakładów emerytalnych środki na wypłatę dla emeryta, zaś nadzór finansowy byłby odpowiedzialny za kontrolowanie, czy zobowiązania wobec Kowalskiego mają pokrycie w kapitałach i rezerwach zakładu emerytalnego. Całość emerytury byłaby z roku na rok rewaloryzowana według wskaźnika inflacji.
A jeżeli emeryt wybierze zakład emerytalny, a ten zakład wskutek złego nadzoru po kilku latach zbankrutuje… Co wtedy?
– Przed niewypłacalnością zakładu zabezpieczają środki odprowadzane na fundusz gwarancyjny. Jeśli to nie wystarczy, w grę wchodzi odpowiedzialność kapitałowa zakładów ubezpieczeniowych. W ostateczności, gdyby te formy zabezpieczeń zawiodły – gwarantem świadczenia jest państwo. Pamiętajmy też o roli nadzoru finansowego, który będzie kontrolował rezerwy zakładu. Jeśli będą one zbyt niskie, Komisja Nadzoru Finansowego może nakazać podwyższenie kapitału, a nawet odebrać zakładowi licencję. Rola nadzoru jest w tym systemie niezmiernie ważna. Błędy w nadzorze mogą zredukować świadczenia milionów ludzi.
Niestety, propozycje resortu pracy są zlepkiem wzajemnie sprzecznych rozwiązań, niekorzystnych dla Kowalskiego. Z jednej strony – jako płatnika wprowadzono, tak jak postulowaliśmy w raporcie „Bezpieczeństwo dzięki emeryturze” – jeden podmiot, czyli ZUS, ale z drugiej strony – w projekcie jest propozycja korzystna wyłącznie dla instytucji finansowych: wprowadzenia świadczenia niezdefiniowanego. Oznacza to przerzucenie ryzyka związanego z wysokością emerytury na emeryta. Według tych propozycji zakłady ubezpieczeniowe mogą czerpać zyski z systemu, same nic nie ryzykując! Jeśli będą miały niższe stopy zwrotu, to powiedzą, że na giełdzie były spadki i że to wina rządu, który nie potrafi dbać o koniunkturę… Będą opowiadać, że gdyby mogły inwestować w instrumenty zagraniczne, to stopa zwrotu byłaby wyższa… Krótko mówiąc, będzie trwała ta sama przepychanka, jaka ma miejsce dzisiaj w Otwartych Funduszach Emerytalnych, a której istotą jest nieustanny nacisk na rząd, aby zagwarantował instytucjom finansowym różne udogodnienia. Tak to każdy potrafi! Wystarczy włożyć pieniądze do banku i też urosną procenty, nie trzeba do tego zakładów emerytalnych. Tymczasem tu chodzi o rzeczywiste pomnażanie środków. Instytucje finansowe wtłoczyły do ministerialnego projektu instrument, stosowany w ograniczonej skali na rynku amerykańskim, o nazwie „renta zmienna powiązana z jednostkami inwestycyjnymi”. Populistycznie tłumacząc, że obecnie Ministerstwo Finansów nie wypuszcza obligacji indeksowanych inflacyjnie, a nikt nie wie, jaka będzie inflacja za lat 20, podczas gdy w każdej obligacji, nawet o stałym oprocentowaniu, zawarte są przewidywania inflacyjne, tak samo jak w wycenie akcji – wieloletnie oceny co do zyskowności przedsiębiorstwa.
„Renta zmienna” to ma być nasza emerytura z II filara?
– Tak. Bez żadnych gwarancji pomnożenia kapitału. Jest tam tylko napisane, że jeżeli zakładom emerytalnym uda im się powiększyć kapitał, to zysk powiększy świadczenie emerytalne. Niestety, infrastruktura rynku w Polsce jest wadliwa, nie gwarantuje otwartości systemu i premiowania najlepszych. A gdy rynek nie działa prawidłowo, odbija się to na kliencie. W rezultacie emerytura zaoferowana Kowalskiemu będzie niska, szanse na jej realne powiększenie niewielkie, a przy tym Kowalski, jeśli już raz wybierze zakład emerytalny, nie będzie mógł się wycofać. Na dodatek wysokie wymogi kapitałowe spowodują, że status zakładu emerytalnego uzyskają tylko cztery największe firmy, te same, które dzisiaj zarządzają OFE: Commercial Union, AIG, Nationale Nederlanden i PZU. Jeśli do tego dołożyć niekorzystne plany prywatyzacyjne giełdy, w wyniku których mogą zostać udziałowcami te same podmioty, to mamy poważne zagrożenie dla efektywności funkcjonowania rynku kapitałowego w Polsce.
Gdyby wprowadzić zasadę zdefiniowanego świadczenia, to Kowalski miałby od początku wyższą emeryturę, w ustalonej wysokości, waloryzowaną inflacyjnie co roku, a ryzyko wypłaty ponosiłyby zakłady emerytalne. Zdefiniowane świadczenie zmusiłoby je do konkurencji między sobą wysokością emerytury. Osoba przechodząca na emeryturę przeszłaby się po zakładach i poprosiła o wyliczenie, ile zaoferują jej emerytury z uzbieranych w OFE środków. Wybrałaby ten zakład, który gwarantuje najwyższe świadczenie. Zakład z kolei wiedziałby dokładnie, ile środków ma wypłacać przez szacunkową liczbę lat. Emeryt nie byłby narażony na puste obietnice, że za rok, dwa dostanie wyższe świadczenie. To ubezpieczyciele musieliby tak skalkulować stopy zwrotu, aby wygrać konkurencję o emeryta, a jednocześnie nie narazić się na dofinansowanie czy upadłość.
Ale wtedy wszyscy pójdą do jednego zakładu, tego, który skalkuluje najwyższe świadczenie.
– Tak, ale w następnym kwartale pozostałe zakłady zobaczą, że klienci do nich nie przyszli, bo oferta świadczenia była za niska, i od nowa skalkulują, jak wysoką emeryturę mogą zaoferować, aby przebić pozostałe. Zakłady będą się licytować pomiędzy sobą, dzięki czemu świadczenia będą wyższe.
Chyba że wylicytują zbyt wysokie emerytury i nie będą w stanie ich wypłacać…
– Nie dojdzie do tego, ponieważ zakłady mają nad sobą nadzór, który bada te kalkulacje. Jeśli przelicytują, będą musiały same dołożyć do interesu. W takim systemie emeryt dostawałby najwyższe możliwe świadczenie, w stałej wysokości, rewaloryzowane wraz z inflacją. A zakłady emerytalne musiałyby ograniczać koszty własne i skutecznie inwestować, ale inwestować na tyle ostrożnie, aby nie być zmuszonymi do dokładania ze środków własnych akcjonariuszy. Ryzyko zostałoby dzięki temu zdjęte z emeryta, a przesunięte na zakłady emerytalne i nadzór finansowy, który musiałby dokładnie penetrować działalność zakładów emerytalnych. System ten zmuszałby instytucje finansowe do ciężkiej pracy, by oprócz finansowania wypłat i bieżącej działalności pomnożyć własne zyski. Znikają też w tym systemie koszty akwizycji. Kowalski dostaje dobrą emeryturę, i reszta go nie obchodzi.
A jak się ma do tego propozycja resortu pracy?
– Resort proponuje model wygodniejszy dla zakładów emerytalnych, ale niekorzystny dla emeryta. Instytucje finansowe będą go przekonywać, że skoro zwiększyły aktywa o 10 proc., a inflacja wyniosła 2 proc., to emeryt zyskał 8 proc. w porównaniu z wariantem przewidującym stałą emeryturę, waloryzowaną według wskaźnika inflacji. Ale w tym tkwi pułapka, bo w systemie zdefiniowanego świadczenia, który my proponowaliśmy w raporcie „Bezpieczeństwo dzięki emeryturze”, od samego początku jest uwzględniony wynik zarządzania, czyli pomnażania kapitałów, i w związku z tym świadczenie jest od początku dużo wyższe niż w modelu proponowanym przez ministerstwo pracy…
Model rządowy polega więc na gonieniu króliczka, przy czym wcale nie chodzi o to, by go złapać. Świadczenie niezdefiniowane może nigdy nie dogonić pod względem wysokości świadczenia zdefiniowanego, choć to ostatnie rośnie tylko wraz z inflacją?
– I całe ryzyko spoczywa na Kowalskim. Jeśli zakłady emerytalne popełnią błąd w zarządzaniu, to Kowalski straci, bo po roku nie dostanie emerytury wyższej o wspomniane 8 proc., tylko np. o 2 procent. W tym modelu trzeba też bardzo szczegółowo kontrolować wszelkie transakcje kapitałowe, przeprowadzane przez zakłady, aby z systemu nie wyparowały pieniądze. Łatwo jest dokonać niekorzystnych transakcji w celu wyprowadzenia pieniędzy do podmiotów powiązanych. Niebezpieczeństwo wytransferowania polega na tym, że zakłady celowo sprzedadzą aktywa taniej lub kupią drożej niż na rynku. I zamiast 7 proc. rentowność będzie na poziomie 4 procent. Jeżeli zakłady emerytalne wytransferują środki z systemu, to Kowalskiemu będzie wolniej rosła emerytura albo i nie wzrośnie wcale.
Trudno jest udowodnić, że na inwestycji ktoś celowo stracił…
– Poza tym mamy 4 główne towarzystwa emerytalne zarządzające otwartymi funduszami, i teraz proponuje się znowu te same cztery instytucje jako zakłady emerytalne. Sprzedającymi będą te same podmioty, co kupującymi. Będą sprzedawały walory pomiędzy sobą, grając pieniędzmi Kowalskiego i pobierając przy tym prowizje.
Czy to wymyśliła sama minister pracy Anna Kalata?
– Jak zawsze w takich przypadkach w pracach korzysta się z pomocy ekspertów. W świetle mojej wiedzy w przygotowaniu projektu uczestniczył m.in. prof. Bogusław Hadyniak, niemniej rozwiązania są podobne do wcześniej prezentowanych propozycji Lewiatana. To jednak minister konstytucyjny ponosi pełną odpowiedzialność za przedstawiony przez swój resort projekt. A w tym przypadku zaprezentowany model jest wewnętrznie sprzeczny. System będzie scentralizowany, formalnie – bez akwizycji i reklamy, zgodnie z naszym raportem sprzed 5 lat, ale zamiana świadczenia zdefiniowanego na niezdefiniowane przyniesie ten skutek, że zakłady będą się musiały reklamować i prowadzić akwizycję, bo jak inaczej przekonają emeryta, aby wybrał właśnie ten, a nie inny zakład? Nie będą przecież konkurować wysokością świadczenia, bo ma być ono niezdefiniowane. A więc będą generować koszty, których chcieliśmy uniknąć.
Jakie świadczenia proponuje resort pracy?
– Świadczenie indywidualne, świadczenie małżeńskie i świadczenie z pięcioletnim okresem gwarantowanym. W tym układzie powstaje duże niebezpieczeństwo antyselekcji, czyli zjawiska, że zakład emerytalny dostanie nietypową grupę klientów mającą inne przewidywane lata życia niż przeciętne (np. same kobiety), zwłaszcza że rząd chce zastosować tablice unisex, jednakowe dla obu płci. Ubezpieczyciel musi się przed tym ryzykiem zabezpieczyć poprzez zwiększanie funduszy rezerwowych, co podraża koszty systemu i zmniejsza wypłacane emerytury. W przypadku emerytury rodzinnej, którą proponowaliśmy w raporcie UNFE, problem antyselekcji odpada. Emerytura byłaby wspólna, wyliczana dla kobiety i mężczyzny na oddzielnych tablicach, bo statystyczny mężczyzna żyje krócej o 9 lat. Po jego śmierci żona miałaby prawo do pobierania dodatkowo części jego świadczenia.
Ale są też osoby samotne.
– Jest grupa ok. 30 proc. osób samotnych w wieku emerytalnym. Jeśli są to mężczyźni, to żyją krócej, a więc przypadnie im wyższe świadczenie [ponieważ świadczenie wylicza się w relacji do przewidywanych lat życia na emeryturze – przyp. red.]. Dla kobiet tablice przewidują dłuższy okres życia na emeryturze, co oznacza, że ich emerytura z tych samych środków będzie niższa niż mężczyzn, lecz fakt uzyskania w spadku pieniędzy męża z OFE kompensuje tę różnicę. W przypadku wyboru emerytury rodzinnej po śmierci męża kobieta dostaje w spadku jego fundusze.
Natomiast w modelu resortu pracy z trzema rodzajami emerytur i tablicą unisex wspólną dla kobiet i mężczyzn problem antyselekcji jest bardzo realny. Populacje, które żyją krócej (np. ludzie chorzy), wybiorą emeryturę z okresem gwarantowanym [tj. z gwarancją wypłaty pieniędzy na rzecz wskazanej osoby bliskiej jeszcze przez 5 lat po śmierci ubezpieczonego – przyp. red.]. Dla kobiet najkorzystniejsza będzie indywidualna emerytura, ponieważ według tablicy unisex ich przewidywany czas życia na emeryturze będzie znacznie krótszy niż według osobnej tablicy dla kobiet. Mężczyzna zaś powinien wybrać emeryturę rodzinną, ponieważ indywidualna mu się nie opłaca ze względu na zaniżenie świadczenia (tablica unisex daje mężczyźnie dłuższy przewidywany okres życia na emeryturze niż osobna tablica dla mężczyzn). Eliminacja ryzyka związanego z antyselekcją będzie odbywać się kosztem wysokości wypłacanej emerytury.
Jeśli ktoś straci, to ktoś inny zyska. Dla kogo jest korzystny model wstępnie zaakceptowany przez resort pracy i wicepremiera?
– Jest to system korzystny dla instytucji finansowych nie tylko z racji niezdefiniowanego świadczenia, ale również pod względem rodzajów świadczeń. Każdy z zakładów emerytalnych będzie mógł tworzyć większe rezerwy na pokrycie kosztów ryzyka antyselekcji, a jeśli te koszty się nie pojawią, będzie notował większe wyniki.
Instytucjom finansowym opłaca się komplikować wypłaty, tworzyć dodatkowe fundusze rezerwowe?
– Tak. Z prostej przyczyny: ponieważ przy skomplikowanym systemie możliwość racjonalnego wyboru i oceny przez klienta jest utrudniona. Nawet jeśli oferta jest niekorzystna, Kowalski ją wybierze…
Jest jeszcze jeden aspekt, pominięty w propozycjach sygnowanych przez resort pracy. Otóż dla osób, które ciężej pracują i są chore, sterane życiem, w modelu UNFE proponowaliśmy możliwość tzw. planowanej wypłaty świadczenia wprost z OFE. Polegało to na tym, że ubezpieczony sam mógł rozłożyć spłatę zgromadzonego przezeń kapitału emerytalnego, zachowując dla rodziny możliwość dziedziczenia środków. Na tej podstawie OFE sukcesywnie wyliczał mu wysokość emerytury, w miarę przeżytych lat. Unikamy wówczas niebezpieczeństwa, że człowiek, który wie, że jest chory, powinien przejść na emeryturę i się leczyć, odkłada przejście na emeryturę w obawie, że w razie jego szybkiej śmierci rodzina straci środki, które zgromadził w OFE. W systemie proponowanym przez resort pracy schorowany człowiek, jeśli chce przekazać środki rodzinie, musi pracować do końca, bo jeśli umrze wkrótce po przejściu na emeryturę, kapitał przepadnie.
A więc ten system zawiera zalążki eutanazji. Zamiast pomagać ludziom chorym poprzez wyższe wypłaty rozłożone na krótszy okres czasu, stawia ich wobec perspektywy utraty pieniędzy gromadzonych przez całe życie…
– Jeśli ktoś umrze wkrótce po przejściu na emeryturę, jego pieniądze nie są dziedziczone, lecz zasilają ogólną pulę. Pewnym ratunkiem jest w tej sytuacji emerytura rodzinna, bo wtedy może przekazać pieniądze współmałżonkowi. Ale przy emeryturze rodzinnej ten schorowany człowiek dostanie niższe świadczenie, bo wyliczenie uwzględnia też jego żonę, która będzie żyła dłużej. Ponadto tablice nie uwzględniają zasady, że ludzie bogatsi na ogół żyją dłużej. W rezultacie środki pozostawione w systemie przez ludzi mniej zamożnych, steranych, którzy umierają wcześniej, podlegają transferowi do zamożniejszych, którzy spędzają na emeryturze długie lata.
Przerzucenie ryzyka z zakładów emerytalnych na emeryta poprzez niezdefiniowane świadczenie, niekorzystna dla emerytów forma wypłaty świadczeń… Czy są jeszcze inne powody, dla których krytycznie ocenia Pan propozycje rządowe?
– Owszem, ponieważ niosą one w sobie duże ryzyko nadmiernej koncentracji na rynku kapitałowym, co ograniczy konkurencję pomiędzy zakładami emerytalnymi, ze szkodą dla emerytów i efektywności rynku kapitałowego. Te rzeczy były znane i prezentowane w raporcie UNFE „Bezpieczeństwo dzięki emeryturze” już pięć lat temu! Teraz, po kilkumiesięcznej batalii wracamy do punktu wyjścia. Co charakterystyczne, autorów tych propozycji, którzy przez lata przygotowywali rozwiązania systemowe, zapoznali się z zagranicznymi doświadczeniami, a nawet doradzali za granicą, jak i napisali program gospodarczy PiS – nie ma nawet wśród obecnych ekspertów rządu. Jestem przekonany, że gdyby byli, to uniknięto by wielu błędów.
Jeśli Polakom system się nie spodoba jako wysoce niepewny i mętny, mogą pewnego dnia zażądać od polityków swoich pieniędzy zgromadzonych w OFE, aby je zainwestować samodzielnie. W zagranicznych systemach przewidziana jest możliwość wypłaty środków.
– Owszem, ale przy systemach trzecio- i czwartofilarowych, a nie przy rozwiązaniach podstawowych. Istnieje niebezpieczeństwo, że jeśli ludzie wybiorą przed czasem środki, to potem zostaną klientami opieki społecznej.
To nieuczciwe, ponieważ reforma była wdrażana pod hasłem dziedziczenia środków emerytalnych. Dla wielu osób było to decydujące przy wyborze II filara.
– Dziedziczone są środki akumulowane w OFE. One rzeczywiście nie przepadają w wypadku śmierci ubezpieczonego…
Ale tylko do momentu przejścia na emeryturę. Potem rodzina może z nich skorzystać tylko przy świadczeniu rodzinnym i świadczeniu z okresem gwarantowanym.
– W pozostałych wypadkach wrzuca się je do jednego worka i ci, którzy żyją dłużej, pobierają emeryturę kosztem tych, którzy żyją krócej. Proponowany system gwarantuje, że nawet jak ktoś będzie żył 110 lat, to świadczenie będzie otrzymywał, ale już nie ze swojego kapitału, bo ten się wyczerpie, ale z kapitału tych, którzy nie dożyli wyczerpania środków.
Można więc powiedzieć, że ubezpieczenia kapitałowe kończą się na OFE, a wypłata emerytur następuje w systemie solidarnościowym. Obecnie rząd pracuje nad przygotowaniem ustawy o zakładach emerytalnych i wypłacie emerytur z II filara. Jako przyszli emeryci powinniśmy patrzeć politykom na ręce, aby nie okazało się, że system będzie korzystny przede wszystkim dla instytucji finansowych, a nie dla emerytów. Na co powinniśmy zwrócić szczególną uwagę?
– Powinniśmy naciskać, aby wybrano system zdefiniowanego świadczenia, ponieważ tylko wtedy będziemy mogli racjonalnie wybrać zakład emerytalny, kierując się wysokością oferowanej emerytury. Pamiętajmy, że wyboru dokonuje się tylko raz na całe życie. Musimy mieć możliwość zakontraktowania stałej, waloryzowanej corocznie emerytury, a nie niskiego świadczenia opatrzonego obietnicą przyszłego wzrostu, bo tego wzrostu i tak nie będziemy w stanie wyegzekwować.
Za czym jeszcze powinniśmy lobbować?
– Aby system był jak najtańszy, bo jeśli będzie drogi, to zapłacimy za to z własnych funduszy emerytalnych. A tani system, to system bez akwizycji i reklamy, i bez kosztów złej selekcji, które powiększają ryzyko i w związku z tym wymagają tworzenia dodatkowych funduszy rezerwowych. Najlepsze byłoby świadczenie rodzinne, które gwarantuje, że w razie śmierci jednego ze współmałżonków drugi będzie beneficjentem środków.
Propozycje zaakceptowane przez rząd idą jednak w innym kierunku. Dlaczego?
– Jest naturalne, że firmy, które przymierzają się do roli zakładów emerytalnych, chciałyby zarabiać jak najmniejszym kosztem. Każda firma jest nastawiona na maksymalizację zysku przy minimalizacji ryzyka. Należy jednak mieć nadzieję, że rząd, oceniając propozycje resortu pracy, stanie po stronie ubezpieczonych, a nie lobby finansowego.
A więc jest to efekt lobbingu ze strony tych firm? Rząd korzysta z doradztwa takich osób, jak np. pani Ewa Lewicka, szefowa Izby Gospodarczej Powszechnych Towarzystw Emerytalnych, a więc reprezentująca interesy sprzeczne z interesem emerytów. Aktywny jest również pan Marek Góra, jej współpracownik, także sprzyjający interesom instytucji finansowych. Przedstawiciele rządu nie mają wystarczającego doświadczenia ubezpieczeniowego, aby zagwarantować respektowanie w ustawie interesu emerytów, a jednocześnie nie zaprosili na doradców ani jednej osoby z dawnego UNFE, które wprowadzały program reformy emerytalnej i doskonale rozumieją procesy zachodzące na rynku. Od doradzania zostały odsunięte osoby najbardziej doświadczone – Paweł Pelc, Pan i inni. Dlaczego?
– No cóż, to jest dobre pytanie…
Dziękuję za rozmowę.
