Kto destabilizuje Bliski Wschód?

Wielu z nas nurtują pytania dotyczące polityki bliskowschodniej
Stanów Zjednoczonych. Od dłuższego czasu Bliski Wschód jest jednym z najbardziej
zapalnych regionów świata, w którym stale mamy do czynienia z militarnym
zaangażowaniem USA.

Amerykańska obecność w Iraku i Afganistanie przeciąga się, a liczni
obserwatorzy uważają, że może ona jeszcze potrwać długie lata. Nasuwa się zatem
pytanie: co jest celem tej polityki i tej obecności? Niektórzy, odpowiadając na
nie, wskazują, że celem jest po prostu ostateczne pokonanie na niwie militarnej
fundamentalistycznych wrogów Ameryki w tym regionie. A że jest to ważny region –
o tym wie każdy. Wszak znajdują się tam olbrzymie zasoby ropy naftowej i gazu.
Jednakże wszyscy zdajemy sobie chyba sprawę z tego, że wygranie wojny przez USA
w Afganistanie czy w Iraku jest po prostu iluzoryczne. Poniesione koszty bowiem
nie przekładają się już na efekt końcowy tych akcji militarnych. Region jest
wciąż skrajnie zdestabilizowany. Ale być może tu właśnie kryje się odpowiedź na
dręczące nas pytanie.

Celem nie jest wygranie wojny – w Iraku czy
Afganistanie
Ameryce wszak może nie chodzić o stabilizację tego
obszaru, lecz właśnie o jego destabilizację. Być może taki właśnie jest cel tej
wojny? Amerykański politolog George Friedman w swojej dość fantazyjnej książce
„Następne 100 lat” (Następne 100 lat. Prognoza na XXI wiek, przeł. Maciej
Antosiewicz, wyd. Andrzej Findeisen AMF Plus Group Sp. z o.o., Warszawa 2009)
postawił jedną bardzo ważną tezę. Czytamy tam: „Stany chciały zapobiec
stabilizacji na obszarach, gdzie mogła się wyłonić inna potęga. Ich celem nie
była więc stabilizacja, lecz destabilizacja. I to tłumaczy sposób, w jaki
zareagowały na islamskie trzęsienie ziemi – nie chciały dopuścić do powstania
wielkiego, potężnego państwa islamskiego. Odkładając na bok retorykę,
stwierdźmy: Stany Zjednoczone nie są zainteresowane pokojem w Eurazji. Nie są
zainteresowane wygraniem wojny. Podobnie jak to było w Wietnamie czy w Korei,
celem tych konfliktów jest po prostu powstrzymanie innej potęgi lub
destabilizacja regionu, a nie zaprowadzenie porządku. W odpowiednim czasie nawet
zdecydowana amerykańska klęska jest do zaakceptowania. (…) Będą nowe
interwencje w nieprzewidzianych miejscach i w nieoczekiwanych momentach.
Amerykańskie działania będą się wydawały irracjonalne i rzeczywiście takie by
były, gdyby cel podstawowy polegał na ustabilizowaniu Bałkanów czy Bliskiego
Wschodu. Ale ponieważ podstawowym celem pozostanie najprawdopodobniej
destabilizacja Serbii lub al Kaidy, interwencje będą całkowicie racjonalne. Na
pozór nigdy nie doprowadzą do czegoś zbliżonego do 'rozwiązania’ i zawsze będą
dokonywane siłami niewystarczającymi, by mogły się okazać decydujące” (s.
61-62).

…ale zdestabilizowanie Bliskiego Wschodu
Zatem przy
wykorzystaniu zasady użycia minimalnej siły Amerykanie mieliby prowokować wojny
w regionie po to, aby go nieustannie destabilizować. Największym bowiem
problemem dla USA byłoby powstanie jednego wielkiego mocarstwa w tej
przestrzeni, mocarstwa, które zdobyłoby panowanie nad olbrzymimi złożami
surowców energetycznych, co z kolei czyniłoby takie nowe mocarstwo ważnym
graczem w przestrzeni globalnej. Prowadzić wojny w celu destabilizacji państw i
regionów – to niezwykle przewrotna, ale dość realna wizja polityki amerykańskiej
ostatnich lat. Po wyeliminowaniu Iraku ważnym terenem zmagań staje się Iran.
Ponieważ Iranu nie zamieszkują Arabowie, państwo to może odwoływać się bardziej
do tradycji imperialnych starożytnej Persji niż do tradycji podbojów arabskich.
Wykorzystanie animozji, jakie się pojawiają na tym tle, jest z pewnością ważne w
strategicznej grze Ameryki.
Przykładem destabilizacyjnej polityki USA mogą
być działania podejmowane wobec Izraela. Tysiąc razy słyszeliśmy nawoływania
administracji waszyngtońskiej do zaprowadzenia pokoju w tym państwie. Tysiąc
razy podejmowano rozmowy pokojowe i inicjatywy powołania do życia państwa
palestyńskiego. I tysiąc razy nic z tego nie wyszło. Amerykanie tak chętnie
atakujący Saddama Husajna przed kilku laty czy afgańskich talibów w żaden sposób
nie kwapią się, aby interweniować w Izraelu w celu zaprowadzenia porządku. Wręcz
przeciwnie – cała polityka kończy się na deklaracjach. Ostatnio np. sekretarz
stanu Hillary Clinton w swojej wypowiedzi złagodziła wcześniejsze stanowisko
mocno krytykujące Izrael za rozbudowę osiedli żydowskich w zachodniej,
tradycyjnie arabskiej strefie Jerozolimy. Najpierw rządowi w Tel Awiwie
pogrożono, by następnego dnia zapewnić Izrael o strategicznym wsparciu ze strony
USA. W zdestabilizowanej sytuacji nad polityką panuje zdecydowanie Tel Awiw,
wspierany potężnym zastrzykiem pieniędzy amerykańskich.
Owa destabilizacja
regionu pogłębia się również ze względu na różnice w rozwoju sytuacji
politycznej w dwóch oddzielonych od siebie regionach palestyńskich. Na Zachodnim
Brzegu Jordanu rządy sprawuje popierany przez Zachód Fatah prezydenta Abbasa. W
Strefie Gazy do władzy doszedł uznawany za organizację terrorystyczną Hamas. Oba
te ugrupowania palestyńskie prowadzą ze sobą regularną propagandową i polityczną
wojnę, ostatecznie bardzo korzystną dla Izraela, a być może także dla USA.
Amerykanie mogą bowiem w ten sposób zbudować sobie kolejne alibi do
nicnierobienia w tym regionie. Zatem względne poparcie Zachodu dla Fatahu służy
temu, by nie doszło do wspólnej akcji Palestyńczyków z obu stref, akcji
nakierowanej na realne zbudowanie państwa palestyńskiego. Brak takiego państwa
może być uzasadniany tym, że Palestyńczycy sami ze sobą nie mogą się dogadać. W
takim widzeniu spraw rządy Hamasu w Strefie Gazy mogą być po prostu Izraelowi i
Ameryce na rękę. Ważne jest bowiem to, że wśród Palestyńczyków trwa walka
wewnętrzna.

By nie powstało żadne bliskowschodnie mocarstwo
Czy zatem
możliwe jest uporządkowanie sytuacji na Bliskim Wschodzie, w tym sytuacji w
Palestynie? Klucz do odpowiedzi na to pytanie leży po stronie Waszyngtonu. Z
doświadczeń kilkudziesięciu już lat zaangażowania USA w tym regionie takiej
nadziei raczej mieć nie można. Amerykanie konsekwentnie stosują tutaj zasadę
dziel i rządź i robią wręcz wszystko, by nie dopuścić do zbudowania silnego
mocarstwa w tym obszarze świata. Stabilizacja regionu mogłaby zaś sprzyjać
pojawieniu się takiego mocarstwa. Amerykańska, pozornie schizofreniczna polityka
wobec Izraela, również wpisuje się w kontekst destabilizowania Bliskiego
Wschodu. Taka polityka jest też dobrze widziana w Tel Awiwie, który otoczony
jest krajami arabskimi, bardzo jednoznacznie sprzeciwiającymi się polityce
Izraela i USA. 

Prof. Mieczysław Ryba

drukuj