Krzyż na Jeleniowatem
Na Jeleniowatem – grzbiecie górskim w pobliżu Mucznego w Bieszczadach –
stanął krzyż i obelisk upamiętniający zbrodnię na 74 Polakach zamordowanych
przez Ukraińską Powstańczą Armię w 1944 roku. Autorami upamiętnienia są
bieszczadzcy leśnicy, którzy w ten sposób chcą złożyć hołd ofiarom i przypomnieć
o zbrodni sprzed lat. O takie upamiętnienia w Polsce jest coraz trudniej.
Miejsc, gdzie z rąk ukraińskich nacjonalistów ginęli cywilni mieszkańcy polskich
wsi rozsianych m.in. w Bieszczadach, jest wiele. Dbają o nie chociażby leśnicy z
Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Krośnie. Jednak większość zbrodni wciąż
nie doczekała się godnego upamiętnienia, podobnie jak ofiary bestialskich
mordów, których porozrzucane szczątki kryją leśne gęstwiny i polany.
Po 66 latach
Jednym z takich zapomnianych przez długie lata miejsc jest Jeleniowate – grzbiet
górski w pobliżu Mucznego w Bieszczadach, gdzie 15 sierpnia 1944 r. ukraińscy
nacjonaliści zamordowali 74 osoby. Jak podkreśla Antoni Derwich, leśniczy,
inicjator upamiętnienia ofiar zbrodni na Jeleniowatem, przez lata mord w
leśniczówce nie był w centrum uwagi i tylko nieliczni znali okoliczności tego
wydarzenia.
– Jako Polacy mamy moralny obowiązek zachować pamięć o naszych rodakach. Byłoby
nieporozumieniem twierdzenie, że nie jest znana przyczyna ich śmierci, gdy
zbrodniarze są znani – uważa Antoni Derwich.
O kulisach zbrodni przypomina historyk dr Andrzej Zapałowski, prezes Polskiego
Towarzystwa Historycznego Oddział w Przemyślu oraz poseł do Parlamentu
Europejskiego poprzedniej kadencji. Zbrodni dokonały sotnie powstałe w czerwcu
1944 r. w Bieszczadach po likwidacji policji ukraińskiej, które były na służbie
niemieckiej. – Oczywiście pojawiły się odezwy "Polacy won za San" – przypomina
Zapałowski. – 15 sierpnia 1944 r. w leśniczówce Branzberg prowadzonej przez
leśniczego Franciszka Króla było kilkudziesięciu Polaków: mieszkańcy okolicznych
wsi, m.in. osoby dorosłe, leśnicy, ksiądz oraz dzieci, którzy w trakcie marszu
na zachód ukrywali się przed bandami UPA. Zbrodni w leśniczówce dokonała sotnia
SB – bezpieki ukraińskiej, która stacjonowała w tym rejonie – tłumaczy
historyk.
Czekają na upamiętnienie
Ofiar okrutnej zbrodni w leśniczówce na Jeleniowatem nie miał nawet kto
pochować, a ich ciała pozostawiono na pastwę leśnej zwierzyny. Było to tylko
jedno z takich wydarzeń w tym okresie, bo kilka dni wcześniej, 6 sierpnia, UPA
dokonała masowego mordu ponad 40 Polaków w Baligrodzie. Przez lata zbrodnie
nacjonalistów ukraińskich nie doczekały się upamiętnienia. Przykładem jest
chociażby Wiązownica k. Jarosławia, gdzie 17 kwietnia 1945 r. miał miejsce
największy masowy mord UPA na dzisiejszych ziemiach polskich – ofiarami rzezi
stało się ok. 120 Polaków. Banderowcy z sotni "Zaliźniaka" spalili też ok. 170
zabudowań. Takich miejsc zbrodniczej działalności OUN-UPA jest wiele.
Nie chodzi o wielkie pomniki
Wprawdzie fakt, że mord na Jeleniowatem w końcu doczekał się upamiętnienia,
cieszy, ale pytanie, gdzie są inne upamiętnienia, wciąż pozostaje aktualne.
Przecież tak naprawdę w każdej wiosce na Podkarpaciu w dorzeczu Sanu, gdzie z
rąk ukraińskich nacjonalistów ginęli Polacy, powinien stanąć pomnik,
upamiętnienie, a tak nie jest. – Przyczyną jest poprawność polityczna, która
owładnęła władze. Te pomniki, które wcześniej udało się postawić, są, a dzisiaj
są to tylko pojedyncze działania, co świadczy o trudnościach, jakie napotykają
próby kolejnych upamiętnień – uważa dr Zapałowski.
Problemy z upamiętnieniem mieli np. przesiedleńcy, którzy w ubiegłym roku na
cmentarzu w Ustrzykach Dolnych odsłonili pomnik ku czci pomordowanych przez
OUN-UPA na Kresach Wschodnich i w Bieszczadach.
Kolejne upamiętnienia mają powstać także w Lutowiskach i Czarnej. Dla historyków
szokujący jest fakt, że na Ukrainie jest ok. 3 tys. miejsc mordów na Polakach,
gdzie powinny stanąć krzyże. Tymczasem tylko 2-3 proc. zbrodni doczekało się
upamiętnienia.
– Co stoi w Polsce na przeszkodzie, żeby upamiętnić ofiary Polaków i Ukraińców,
którzy zostali zamordowani przez banderowców? Ukraińskie grupy nacjonalistyczne
kultywują swą banderowską historię, a w Polsce zapomina się o niewinnych
ofiarach działalności OUN-UPA. To niedopuszczalne. Dlaczego każda gmina nie może
dokonać upamiętnienia na swoim terenie? Przecież to nie są duże pieniądze, bo
też nie chodzi tu o wielkie pomniki. Wystarczy obelisk, tablica i drewniany
krzyż – tłumaczy Zapałowski.
Dziwi też mniejszy, niż na to zasługuje, fakt upowszechniania materiałów o
zbrodniach ukraińskich, a zwłaszcza literatury naukowej o tej tematyce, która
ukazuje się w nakładzie zaledwie kilkuset egzemplarzy, co sprawia, że trafia do
pojedynczych odbiorców. – Na terenie powiatu przemyskiego staramy się propagować
tę wiedzę w kwartalniku "Głos znad Sanu", który wychodzi w nakładzie 10 tysięcy.
Można tam znaleźć informacje z każdej gminy, przez co świadomość społeczeństwa w
tej kwestii wzrasta, ale taka działalność powinna mieć znacznie szerszy,
ogólnopolski zakres, ale niestety tego się nie robi – mówi dr Zapałowski.
Jeżeli sami nie zadbamy o pamięć historyczną, nikt za nas tego nie zrobi.
Wszelkie zarzuty o występowanie przeciw polsko-ukraińskiemu pojednaniu nie mają
tu uzasadnienia. – Tak mówią tylko banderowcy i ich spadkobiercy. My nie
prowadzimy żadnej działalności antyukraińskiej, natomiast kultywujemy pamięć o
ludności zamieszkującej, która była w bestialski sposób mordowana. Tu nie ma
żadnej polityki, tu jest bolesna pamięć – komentuje Andrzej Zapałowski.
Mariusz Kamieniecki
