Krajobraz polityczny przed wyborami
Zgłoszono już wszystkich kandydatów w wyborach prezydenta
Rzeczypospolitej, które odbędą się 20 czerwca br. PiS odwlekało ogłoszenie
swojego kandydata – choć chyba wszyscy spodziewali się, że to właśnie on
wystartuje w zbliżających się wyborach. Przyczyna? Ogłosić kandydaturę Jarosława
Kaczyńskiego można było dopiero po pogrzebie ostatniej ofiary katastrofy pod
Smoleńskiem.
Na liście oficjalnych kandydatów tylko dwóch jest „wybieralnych”, tzn.
mających realne szanse na wejście do drugiej tury: Jarosław Kaczyński i
Bronisław Komorowski. Pozostali raczej nie wezmą udziału w finale. Po co więc
startują?
Kandydatów jest zbyt wielu
Startują z kilku powodów. PSL i SLD musiały wystawić swoich kandydatów.
Partia polityczna nie może zrezygnować z wystawienia swego reprezentanta, bo
grozi to utratą części elektoratu: część jej wyborców (ale i działaczy) może tak
głęboko się zaangażować w walkę po stronie „cudzego” kandydata, że w końcu
stanie się on ich własnym.
Dla takich kandydatów jak Marek Jurek czy Kornel
Morawiecki (którzy nie dysponują poważnymi funduszami) wybory to okazja do
zbudowania struktur partyjnych w oparciu o komitety wyborcze. Będą oni próbowali
odegrać większą rolę w wyborach samorządowych i parlamentarnych. Ale i dziś, i w
przyszłości problemem dla nich będzie bardzo wysoki koszt kampanii
wyborczej.
Janusz Korwin-Mikke zawsze korzysta z okazji promowania swych
liberalnych poglądów ekonomicznych i wystąpi na każdej trybunie, która będzie
dla niego dostępna. Wyboru jednak spodziewać się nie może.
Andrzej Olechowski
zapewne liczy na to, że PiS i PO tak dalece „pokaleczą się” w wyborczej walce,
że on na tym skorzysta, w myśl powiedzenia: Gdzie się dwóch bije, tam trzeci
korzysta. Popierający go działacze Stronnictwa Demokratycznego z pewnością
chcieliby jego powrotu na scenę polityczną. Posiadają majątek i struktury
lokalne, ze szczeblem powiatowym włącznie. Część z nich po prostu żyje z tego
majątku i nie wykazuje już wigoru politycznego, ale…
Pozostali kandydaci
nie mają najmniejszych szans – zapewne będą jednak chcieli przypomnieć o sobie
wyborcom, zaistnieć publicznie lub drogo „sprzedać” (za obietnice personalne i
programowe) swe ewentualne poparcie jednego z „finalistów”. Ale zebranie 100
tys. podpisów może okazać się dla wielu z nich niemożliwe do uzyskania.
Perspektywa Prawa i Sprawiedliwości
Mimo że wszyscy wiedzieli, iż Jarosław Kaczyński wystartować musi, to problem
Prawa i Sprawiedliwości pozostaje bardzo poważny. Jeżeli prezes PiS wygra (co
bardzo prawdopodobne), to będzie musiał zrezygnować z członkostwa i
przewodnictwa w partii. To dla niego trudna perspektywa. Partia jest jego
dziełem autorskim. Nie ma w niej następcy, który byłby jednocześnie lojalny i
miał silne poparcie w strukturach. „Trzeci bliźniak” – Ludwik Dorn, jest dziś
poza PiS, a jego stosunki z Jarosławem Kaczyńskim były ostatnio bardzo złe.
Przemysław Gosiewski, drugi z ewentualnych następców prezesa PiS, zginął w
katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem. Jest jeszcze kilku innych polityków PiS,
którzy mogliby zastąpić obecnego prezesa – ale albo brakuje im zaufania ze
strony szefa, albo po prostu charyzmy. Kandydaci młodszego pokolenia, np.
Zbigniew Ziobro, nie należą do tzw. zakonu, czyli do starych współpracowników
braci Kaczyńskich jeszcze z okresu Porozumienia Centrum. „Zakon” zresztą za
Ziobrą nie przepada i obawia się jego ambicji.
PiS ma zatem bardzo trudny
problem: kto poprowadzi partię do wyborów samorządowych na jesieni tego roku i
parlamentarnych w roku przyszłym? Kto zapewni zwycięstwo (lub przynajmniej dobry
wynik) i utrzyma jedność formacji? Ewentualna przegrana Jarosława Kaczyńskiego w
wyborach prezydenckich spowodowałaby kryzys w partii ze wszystkimi tego
konsekwencjami.
Kilka lat temu PiS miałoby łatwiejszą sytuację: szefem partii
mógłby zostać np. Ludwik Dorn (gdyby Jarosław Kaczyński kandydował) lub
kandydatem na prezydenta mógłby być Marek Jurek czy Kazimierz Marcinkiewicz
(gdyby nie wybrał kariery celebryty skandalisty). W niektórych mediach
sugerowano nawet, że kandydatem w wyborach prezydenckich ma zostać Janusz
Śniadek, opierając to przypuszczenie na udzieleniu mu głosu w czasie pogrzebu
pary prezydenckiej na Wawelu. Tymczasem wyjaśnienie było proste: Janusz Śniadek
jest przewodniczącym NSZZ „Solidarność” i miał obowiązek pożegnać w imieniu
związku osobę, która kiedyś nim kierowała. Śniadek nie jest członkiem PiS.
Kandydować mógłby także poprzedni lider „Solidarności” Marian Krzaklewski – ale
jego drogi z PiS rozeszły się w czasie wyborów do Parlamentu Europejskiego.
Konsekwencje tych wyborów
Zarówno zwycięstwo kandydata PO, jak i wiktoria PiS będą miały negatywne
skutki dla ich formacji. Zwycięstwo Bronisława Komorowskiego spowodowałoby
skupienie środowisk kojarzonych z konserwatywnymi w PO wokół Pałacu
Prezydenckiego i osłabienie ich pozycji w partii. Platforma przesunęłaby się
jeszcze bardziej w kierunku liberalno-lewicowym. Zwycięstwo Jarosława
Kaczyńskiego oznaczałoby utratę przez PiS charyzmatycznego przywódcy – co może
mieć konsekwencje w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych. Jego ewentualna
klęska (co mało prawdopodobne) przyniosłaby wielki kryzys w PiS. Klęska
Komorowskiego nie będzie miała negatywnych konsekwencji dla jego środowiska –
każdy zrozumie, iż w tej sytuacji (katastrofy lotniczej) wygrać nie mógł,
kampania wyborcza może umocnić jego osobistą pozycję w PO jako „polityka
superligi”. Czy Donald Tusk nie poczuje się tym zaniepokojony?
Dla Polaków
ważne jednak jest zupełnie inne pytanie: który kandydat najlepiej będzie służył
naszej Ojczyźnie?
Dr Jerzy Kropiwnicki
Autor był ministrem pracy i polityki społecznej w rządzie Jana
Olszewskiego, kierownikiem Rządowego Centrum Studiów Strategicznych w rządzie
Jerzego Buzka, następnie ministrem rozwoju regionalnego i budownictwa oraz przez
10 lat prezydentem Łodzi.
