Kosztowny transfer do cywila

Z gen. dyw. dr. Romanem Polką, byłym dowódcą jednostki specjalnej
GROM, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Od trzech miesięcy w Siłach Powietrznych brakuje kadry odpowiedzialnej
za bezpieczeństwo lotów i szkolenie. Po dymisji gen. Anatola Czabana i gen.
Leszka Cwojdzińskiego do tej pory nikt nie objął ich stanowisk. Jakie ma to
konsekwencje?

– Z pewnością wszystko to bardzo negatywnie wpływa na to, co dzieje się w Siłach
Powietrznych. Wcale się jednak nie dziwię, że tych dowódców nie ma, bo jest to
przede wszystkim pokłosie niewłaściwej polityki kadrowej, prowadzonej w armii, a
szczególnie w Siłach Powietrznych. Nie ma chętnych na takie stanowisko, gdzie w
rzeczywistości politycy podejmują decyzje za generałów, a dopiero wtedy, kiedy
trzeba ponieść odpowiedzialność, nagle palcem wskazuje się tylko i wyłącznie na
generałów. Przypomnę tutaj casus gen. Czabana, który z hukiem został usunięty
jako odpowiedzialny za szkolenie w Siłach Powietrznych. Z pewnością była w tym
też jego wina, bo powinien znacznie wcześniej zrezygnować ze stanowiska lub
ogłosić publicznie, że nie jest w stanie zapewnić właściwego poziomu szkolenia.
Większą winę ponosi jednak minister Bogdan Klich, który udawał później, że nie
wiedział, co działo się w Siłach Zbrojnych, że był wprowadzany w błąd. A
przecież tak naprawdę to on kneblował usta generałom i poniekąd politycznymi
dyrektywami zabraniał im meldowania o problemach.

Kazał mówić, że jest dobrze wtedy, kiedy dobrze w istocie nie było?
– Dokładnie. Nowy minister obrony Tomasz Siemoniak też podejmuje złe decyzje,
które nie sprzyjają armii. Myślę tu o zlikwidowaniu 36. Specjalnego Pułku
Lotnictwa Transportowego. Z informacji, które do mnie docierają, wynika, że z
Sił Powietrznych odchodzi wielu wartościowych oficerów i tak naprawdę nikt się
nimi nie przejmuje, żołnierze sami sobie dziękują za wspólną służbę. Piloci ze
specpułku ni stąd, ni zowąd zostali pozbawieni własnej jednostki. Nie ma
większej hańby i dyshonoru dla żołnierzy, jak zabranie im sztandaru. Bo z tej
decyzji rozwiązania 36. pułku wynika, że oni nie są w ogóle godni dzierżyć
sztandaru swego pułku, ponieważ został on okryty hańbą i pilotów trzeba
rozpędzić na cztery wiatry, a najlepiej zwolnić do cywila. Nie dziwię się, że w
tej atmosferze i w tej sytuacji nie ma zbyt wielu chętnych do tego, żeby wziąć
odpowiedzialność za szkolenie w Siłach Powietrznych. Odważnych generałów i
dowódców nie brakuje, ale jeżeli ma to polegać, jak dotąd, na tym, że wystawia
się kogoś na stanowisko, a w istocie decyzje podejmuje ktoś za jego plecami, to
trudno przyjmować na swoje barki tylko i wyłącznie odpowiedzialność, a nie mieć
żadnych uprawnień z niej wynikających.

Twierdzi Pan, że taki generał jest marionetką?
– Owszem. Przy takim podejściu trudno zbudować coś konstruktywnego i
nowoczesnego w Siłach Powietrznych. Ta sytuacja jest trudna dla całych Sił
Zbrojnych, bo w różnym stopniu dotyka też marynarki wojennej i wojsk lądowych,
może najmniej sił specjalnych, które rzeczywiście dynamicznie się rozwijają i są
pewną nadzieją. Z pewnością trzeba zrobić zdecydowanie coś więcej, niż tylko
rozwiązywać kolejne jednostki i zachwalać rzeczywistość, podczas gdy faktycznie
jest jeszcze wiele do zrobienia, żeby móc chwalić się sukcesami.

Decyzje ministra Siemoniaka co do rozwiązania specpułku i zawieszenia
generałów były nietrafione?

– Trudno mówić o przemyślanej decyzji, którą podejmuje się jeszcze nawet nie z
urzędniczego stołka, ale w drodze, żeby ten stołek objąć, w pierwszym dniu.
Jeśli podejmujemy jakąś decyzję, to powinniśmy się jej przypatrzyć i dokładnie,
przeanalizować. Nie mówię, że ta analiza ma trwać tygodniami, ale to nie może
być decyzja, którą podejmuje się na zasadzie wylania dziecka z kąpielą, bo w
takich kategoriach należy rozpatrywać rozwiązanie specpułku. Jeżeli będziemy
podążać tym tokiem myślenia, to zlikwidujmy całą armię i wierzmy głęboko jedynie
w to, że będzie nas chronił zapis artykułu 5 w NATO, który de facto wcale nie
mówi o tym, że państwa członkowskie są zobowiązane do udzielenia nam pomocy.
Państwa te będą pomagać nam tyle, ile my im pomożemy. Prawda jest taka, że
słabemu nikt nie pomoże, tylko silnemu. Ten pułk transportowy do przewozu VIP-ów
i pomocy humanitarnej jest potrzebny, tak samo jak wiele innych jednostek.

Generał Bogusław Pacek, doradca ministra obrony, zapewniał, że personel
specpułku ma otrzymać oferty pracy w bazach w Powidzu, Krakowie lub Dęblinie.

– Gdy rozwiązywano oddział lotniczy GROM, mówiono podobnie, zapewniając, że
lotnicy będą mieli perspektywy rozwoju w różnych innych miejscach. Rzeczywistość
wyglądała tak, że wszyscy ci piloci – z naprawdę dużym doświadczeniem –
wylądowali w cywilu. Tak to jest w praktyce. Tylko w teorii jest pięknie, bo
zapewnia się, że w Powidzu, Malborku czy gdzieś indziej wszyscy na tych ludzi
czekają. Poprzez likwidację specpułku zlikwidowano zgrany zespół dobrych ludzi,
obarczając ich de facto winą za katastrofę smoleńską. Nie chce się tu widzieć
szerszego kontekstu – że to głównie błędy przełożonych doprowadziły do tego, że
ta jednostka popadała w stan degradacji. Piloci z 36. pułku nadal tworzą zgrany
zespół, a z tego, co wiem, szykują na koniec roku własne pożegnanie.

Nikt nie przejmuje się ich losem?
– Nie. To przykre, bo kończą się losy jednostki, która i tak będzie musiała
zostać odbudowana od nowa, ale za dużo większe pieniądze. W tej chwili mogę
przyjąć duży zakład, że w ciągu najbliższych lat tak się właśnie stanie. Ten
pułk potrzebny jest bardziej niż wiele innych jednostek, które funkcjonują, z
pewnością zdecydowanie bardziej niż korpus zmechanizowany z Krakowa. Ten korpus
w zasadzie niczym nie dowodzi, ale może właśnie dlatego świetnie funkcjonuje i
nikt nie chce go rozwiązać. Tam nawet nie podejmuje się żadnych decyzji, stąd
też trudno o popełnienie błędów i ponoszenie odpowiedzialności za nie, skoro nic
się nie robi.

Czy procedury kadrowe, które stosuje się w przypadku powoływania nowych
dowódców, muszą trwać miesiącami?

– Chciałbym, żeby to trwało długo, jeśliby faktycznie sumiennie analizowało się,
kto najbardziej nadaje się na to stanowisko, na zasadzie procedowania,
przemyślenia. Tu jednak mamy do czynienia ze zwyczajnym niedowładem
organizacyjnym. Tak jak wspomniałem, człowiek, który szanuje samego siebie, nie
będzie brał odpowiedzialności za polityczne decyzje. Pretensje można mieć do
tych generałów, którzy się na to godzą i doprowadzają w konsekwencji do
sankcjonowania obecnego systemu.

Chorego systemu.
– Właśnie. A tak nie powinno być, bo ten system nie może funkcjonować. Dziś,
jeżeli oficer zabierze głos w dyskusji na temat armii i nie jest on zgodny z
tym, co umyślił sobie decydent polityczny, wówczas mówi się, że jest to
kwestionowanie cywilnej kontroli nad armią. To przecież nieprawda. Nikt tu nie
kwestionuje cywilnej kontroli nad armią, ale chce mówić o problemach, które są
realne, a nie udawać, że jest piękniej niż w rzeczywistości.

Zadania szkoleniowe w Siłach Powietrznych, mimo nieobsadzenia jeszcze
stanowisk dowódczych, są realizowane – zapewnia gen. Pacek. Zajmują je zastępcy
do czasu ich objęcia przez etatowego dowódcę. To wystarczy?

– Nie będę kwestionował kompetencji takiego czy innego zastępcy, ale z tego
można odczytać, jakoby armia równie dobrze funkcjonowała wtedy, kiedy nie ma
głównych dowódców. Skoro są zastępcy i świetnie realizują ich zadania, to myślę,
że już widzimy tu oszczędności – po prostu należy zlikwidować etaty dowódców i
wprowadzić taką zasadę, że zastępcy będą dowodzić. Do takiego absurdu tu
dochodzimy. Jeżeli zastępcy są tak dobrzy, należy ich wyznaczyć na stanowisko
dowódcy. Jeżeli zaś jakiekolwiek stanowiska są zbędne, bo bez nich jednostka i
armia i tak doskonale funkcjonuje, to należy te stanowiska zlikwidować. Wiadomo,
że ktoś, kto jest dowódcą, ma w perspektywie kilka lat dowodzenia, buduje więc
jakieś przemyślane plany rozwoju instytucji. Tymczasem ktoś, kto jest tylko
doraźnie, nie będzie podejmował kluczowych decyzji mających kluczowe znaczenie
przez lata dla danej jednostki czy instytucji, którą kieruje, bo wie, że za
chwilę przyjdzie etatowy dowódca, który to może zmienić.

Jak zatrzymać w armii pilotów, wśród których jest też wielu
instruktorów, a którzy chcą odejść? Oficerowie alarmują, że w Siłach
Powietrznych nie ma komu szkolić.

– Mówiłem poszczególnym ministrom, że armia powinna się zabezpieczać – tak jak
biznes – kontraktami menedżerskimi, nie byłoby wówczas problemu odejść.
Niestety, co dla mnie jest szokujące i zastanawiające, armia nie tylko nie
zabezpiecza się takimi kontraktami, lecz jest wręcz szczęśliwa, że odchodzą
wartościowi oficerowie, bo kolejni mogą awansować i zajmować ich stanowiska.
Nikt nie przejmuje się tym, że potężne pieniądze, które wydano na drogie
szkolenia i kursy dla oficerów, idą w błoto lub ktoś zupełnie inny czerpie z
tego korzyści. Kontrakt menedżerski polega na tym, że kierujemy np. człowieka na
kurs latania F-16 do Stanów Zjednoczonych, ale on podpisuje zobowiązanie, że
odsłuży jeszcze tyle i tyle lat w armii, bo w przeciwnym razie ponniesie takie a
takie konsekwencje finansowe. Tego nie ma i w tej chwili rzeczywiście dzieje się
tak, że oficerowie, kończąc drogie szkolenia poza granicami kraju, za które
płaci podatnik, pracują później w instytucjach i firmach cywilnych. Trudno mieć
pretensje do tych ludzi – skoro armia nie wykorzystuje ich umiejętności, to
szukają miejsc, w których mogą one być spożytkowane.

To oczywiste marnotrawienie pieniędzy ze skądinąd szczupłego budżetu
armii.

– Niestety tak to w praktyce wygląda. Obawiam się, że nie tylko w armii.
Kształcimy np. świetnych lekarzy chirurgów, którzy specjalizują się w Polsce, a
kiedy już zdobędą wszystkie uprawnienia, bardzo często pracują poza granicami
naszego kraju.

Czy widzi Pan jakieś lekarstwo, które mogłoby uzdrowić chory system w
Siłach Zbrojnych?

– Przede wszystkim trzeba wdrożyć jakiś plan postępowania. Wiadomo, że jesteśmy
w sytuacji kryzysowej, ale mamy niektóre elitarne jednostki na dobrym poziomie,
które w miarę dopływu środków trzeba dofinansowywać. To są takie "wyspy
szczęśliwości" w Siłach Zbrojnych, które zajmują ok. 10 proc. stanu armii. Nie
psujmy tych jednostek, nie rozwiązujmy ich pochopnie, nie degradujmy, ale
pozwólmy im normalnie funkcjonować. Budujmy profesjonalną bazę dla
profesjonalnej armii – nie kilkadziesiąt garnizonów i marnych baz szkoleniowych
zbudowanych z myślą o żołnierzach z zasadniczej służby w całym kraju, ale takie,
które odpowiadają słowom: profesjonalny, profesjonalizacja.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj