Kościół znów jest prześladowany
Z JE księdzem biskupem Albinem Małysiakiem CM rozmawia Małgorzata Pabis
Księże Biskupie, niemal każdego dnia media przynoszą kolejne „rewelacje” o księżach, biskupach, którzy byli rzekomo tajnymi współpracownikami. Tymczasem mało kto przypomina, jak wyglądały tamte czasy, w jakich warunkach pracowali kapłani. Czy mógłby Ekscelencja opowiedzieć o pracy proboszcza, duszpasterza w okresie PRL?
– W drugiej połowie lat 50. byłem duszpasterzem akademickim przy kościele NMP z Lourdes w Krakowie. Chciałem być z młodzieżą. Opowiem o takim fakcie. Pomimo zakazu władz PRL poszedłem w ubraniu cywilnym do akademika i tam jako osoba świecka chodziłem od pokoju do pokoju. Odwiedzałem moją młodzież. To wyszło na jaw i wkrótce zostałem wezwany do Referatu ds. Wyznań, gdzie pod groźbą najsurowszych kar zabroniono mi chodzić do akademików. Studenci jednak doceniali pracę moją i drugiego kapelana. Tłumnie przychodzili do kościoła i na organizowane konferencje religijne. To bardzo denerwowało Urząd Bezpieczeństwa, więc któregoś dnia dostałem zieloną kartę z nakazem stawienia się do więzienia w Tarnowie.
W najbliższą niedzielę na wszystkich Mszach Świętych powiedziałem o tym fakcie moim parafianom. Ponieważ bałem się więzienia, dzień przed wyznaczonym terminem uciekłem do Sieprawia, do mojego brata proboszcza. Po czterech dniach wróciłem do Krakowa, ale wciąż się ukrywałem.
Wtedy w niedzielę, przed planowanym uwięzieniem, grupa studentów rozmawiała na mój temat w holu akademika Politechniki Krakowskiej przy ul. Bydgoskiej. Stwierdzili, że teraz nie mogą mi pomóc, ale kiedy wyjdę z więzienia, to wniosą mnie do kościoła na rękach. Wśród grupy 20 studentów znalazł się szpicel, który doniósł o tych planach gdzie trzeba.
Ja tymczasem przed pójściem do więzienia poszedłem do ks. Piusa Pawełka, który poradził mi, abym najpierw udał się do adwokata żydowskiego pochodzenia (nie wymienię jego nazwiska), który pozostawał w dobrych kontaktach z SB. Poszedłem, przedstawiłem mu swoją prośbę, nadmieniając, że w czasie wojny ukrywałem Żydów. To zrobiło na nim takie wrażenie, że postanowił mi pomóc. Po jakimś czasie powiedział mi w sekrecie, że podczas pewnego zebrania ustalono, że moja sprawa zostanie umorzona. Dlaczego? Bo socjalizm nie mógł sobie pozwolić na to, by studenci wnieśli „klechę” do kościoła.
To tylko jeden z przykładów prześladowań. Nawet nie taki bolesny. Ksiądz Biskup mógłby zapewne podać i kolejne?
– Kiedy zorganizowaliśmy wiosenną pielgrzymkę młodzieży na Jasną Górę, już od rana kasjerki na dworcu nie sprzedawały młodym ludziom biletów na pociąg do Częstochowy. Po pielgrzymce na uczelniach były prowadzone dochodzenia, kto był na Jasnej Górze. Wobec pielgrzymów stosowano różne represje. Zresztą podobnie było, jeśli na uczelnię doszła informacja, że studenci byli w niedzielę z księdzem kapelanem na wycieczce poza miastem.
Nie jest też tajemnicą, że Służba Bezpieczeństwa przygotowała na Księdza Biskupa zamach?
– Myślę, że komunistom nie podobała się moja zdecydowana postawa. W wypowiadanych poglądach na temat sytuacji religijnej w mojej Ojczyźnie starałem się być nieugięty.
Urządzono zamach na moje życie w roku 1983, po ukończeniu wizytacji kanonicznej w Bieńkówce. Była to niedziela, ok. godz. 21.00, piękna pogoda. Nagle odczułem potężny wstrząs w samochodzie, jakby go ktoś podrzucił. Zaraz poniżej drogi płynęła rzeczka, samochód mógł łatwo się stoczyć. Przeżyłem. O zamachu dowiedziałem się również z broszury pracownika SB pt. „Dostałem rozkaz, by zabić księdza”, który był jednym z kilku uczestników dokonujących zamachu. Napisał, że z zamachu wyszedłem cało dzięki nadzwyczajnej przytomności mego kierowcy.
Krakowianie znają ogromną pracę Księdza Biskupa w kościele NMP z Lourdes. Wypełniona ludźmi świątynia, licznie przychodząca na katechizację młodzież, aktywni studenci. To wszystko nie mogło podobać się władzom PRL?
– Opowiem pewne zdarzenie. Kiedy byłem kierownikiem potężnego ośrodka katechetycznego (5,5 tys. dzieci i młodzieży), a mieliśmy tylko bardzo marne, ciasne cztery salki, w których katecheza trwała od rana do wieczora w bardzo trudnych warunkach, władze socjalistyczne zarządziły, bym wziął udział w pewnym spotkaniu. Jednak nie mogłem w nim uczestniczyć, więc odmówiłem. Wówczas powiedzieli, że zabiorą mi dwie z tych czterech salek, które zresztą były zupełnie niewystarczające. Pełen rozpaczy poszedłem do księdza kardynała Wojtyły i powiedziałem, co się dzieje. Kardynał odpowiedział krótko, że tych salek nie możemy utracić. Wiedział, że tam przychodzi wiele młodzieży, że zamiast 20 osób musi pomieścić się 40. Osobiście o tych trudnych warunkach kardynał przekonał się podczas wizytacji kanonicznej parafii. Gdy zastanawialiśmy się, co robić, w pewnym momencie ukląkłem przed kardynałem i poprosiłem o błogosławieństwo, żeby te czarne chmury odeszły. Z żywą wiarą przyjąłem na klęczkach jego błogosławieństwo i jakoś tak się złożyło, że salek nam nie zabrali. Jestem przekonany, że to błogosławieństwo sprawiło, że te pomieszczenia pozostały w naszych rękach.
Ale na pewno nie obyło się bez bezpośrednich spotkań proboszcza krakowskiej parafii z funkcjonariuszami UB. Jakie wspomnienia pozostały Ekscelencji z tych rozmów?
– We znaki dawał mi się przede wszystkim dyrektor Wydziału ds. Wyznań Leon Król. Mogę powiedzieć, że to był superubek. Bardzo się go bałem. Ponieważ nie zajmowałem się problemami politycznymi, bo całkowicie pochłaniała mnie praca duszpasterska, właśnie najwięcej byłem atakowany przez tego pana z powodu duszpasterstwa. Inni funkcjonariusze UB nie orientowali się w problemach parafii czy katechizacji, natomiast Król był specem od tych spraw. Dokładnie wiedział, ilu ludzi chodzi do kościoła, ile dzieci i młodzieży uczęszcza na katechizację, doskonale był poinformowany, który ksiądz zamierza budować kościół i w jakim punkcie. Wiedział, czy proboszcz planuje odnawiania kościoła, rozbudowę, poszerzanie salek katechetycznych i tu był wszechwładnym panem. Bez jego podpisu nie można było zbudować ani jednego metra powierzchni sakralnej.
O ile miał się zgodzić np. na poszerzenie salki katechetycznej, to stawiał za to bardzo wysoką cenę. Żądał, by taki ksiądz, który chciał coś zbudować, jeździł na zebrania organizowane przez UB. Rozmowy w tej sprawie były niezmiernie męczące, bardzo nerwowe.
Przez 10 lat był Ksiądz Biskup proboszczem. Czy w tym czasie udało się coś zbudować na terenie parafii?
– Włożyłem wiele starań, by nad zakrystią zbudować salkę. Niestety, pozwolenia nie dostałem. Jakim wybiegiem ją zbudowałem, to można by nakręcić ciekawy film. W końcu dzięki moim nieoficjalnym staraniom otrzymałem pozwolenie na budowę salki, która istnieje do dziś.
Słyszy się obecnie, że ksiądz niekiedy mógł zbudować kościół, nie kontaktując się z UB. Otóż zdecydowanie temu zaprzeczam. Bez podpisu szefa Wydziału ds. Wyznań nie wolno było nic budować. Dziesiątki razy odprawiałem nabożeństwo pod gołym niebem, na mrozie, słocie, we mgle; wierni i celebrans stali na śniegu. Byliśmy tak szykanowani, bo bez pozwolenia nie wolno było budować żadnych obiektów sakralnych.
Czy zdarzyło się, że ktoś namawiał Księdza Biskupa do współpracy z UB?
– Bardzo często byłem namawiany, ale nigdy nie dałem się złamać.
Czy miał Ksiądz biskup trudności z wyjazdem za granicę?
– Miałem, i to duże. W tych nieodpowiednich pod względem zdrowotnym salkach nabawiłem się choroby gardła i oskrzeli. Leczyłem się antybiotykami, ale laryngolog powiedział, bym je odłożył na bok, a wyjechał np. na kurację do Bułgarii nad Morze Czarne. Złożyłem wniosek do Wydziału ds. Wyznań o wyjazd za granicę na kurację. Po pewnym czasie zostałem telefoniczne wezwany do tego urzędu. Dyrektor Leon Król przywitał mnie takimi słowami: „Władza ludowa jest na tyle silna, że nawet takiemu reakcjoniście, jak proboszcz Małysiak może pozwolić na wyjazd za granicę. Doręczam paszport”. Niezmiernie się ucieszyłem, ale w dalszej rozmowie pan ubek postawił propozycję, bym pojechał do Wrocławia na odsłonięcie pomnika Papieża Jana XXIII. Mówił, że „nawet my – ateiści, szanujemy tego wielkiego Papieża. I postawiliśmy mu pomnik. Chodzi o to, by ksiądz wziął udział w odsłonięciu tego pomnika. Podjedzie po księdza nowa wołga (wtedy najlepszy samochód osobowy w kraju), będzie torba z kanapkami, we Wrocławiu przygotowany dobry obiad i powrót do Krakowa”. Oczywiście nie mogłem się zgodzić na ten wyjazd, bo miałem inne przekonania polityczne. Nastąpiła dramatyczna rozmowa między mną a dyrektorem Wydziału ds. Wyznań. Podnosił głos, krzyczał na mnie, mówił, że należę do tych, którzy w państwie socjalistycznym tworzą państwo watykańskie. W końcu urzędnik powiedział, bym oddał paszport. I musiałem go oddać, bo nie chciałem jechać. Gdy wyszedłem z urzędu i przechodziłem koło pomnika Dietla, zakręciły mi się łzy w oczach. Tak bardzo cieszyłem się na ten wyjazd. Miałem jechać z bratem i siostrą. Poszedłem do kościoła franciszkanów i tam się pomodliłem. Wnet byłem całkiem spokojny, bo myślałem sobie, że św. Paweł był sieczony rózgami, a jednak znosił to biczowanie z radością. A mnie przecież nikt nie biczował, choć musiałem zrezygnować z zaplanowanego wyjazdu.
Dziś dużo mówi się o rzekomej współpracy księży z Urzędem Bezpieczeństwa, a prawie nic o zwykłej patriotycznej postawie duchownych, a nawet o bohaterstwie wielu z nich. Dlaczego?
– Kościół zawsze był prześladowany. Formy tego prześladowania są różne. Dziś w Polsce Kościół też jest prześladowany, co przejawia się w medialnej nagonce na licznych duchownych, jakoby współpracowali z Urzędem Bezpieczeństwa.
W mediach są niektórzy obiektywni dziennikarze, ale jest ich za mało i nie mają decydującego głosu. Natomiast większość mediów prowadzi nagonkę na Kościół. Doskonale pamiętam czasy, gdy UB starał się namawiać księży na tzw. współpracę. Byłem w epicentrum tej walki. Ponad 30 razy wzywano mnie do Referatu ds. Wyznań. Rozmowy były wyjątkowo męczące. Stosowano przeróżne groźby i naciski. Przypominam sobie, jak księża na zebraniach dekanalnych, na kursach katechetycznych i duszpasterskich z okazji przyjazdu biskupa czy imienin pytali się jeden drugiego, jak rozmawiać z ubekami, żeby się nie dać wciągnąć do tzw. współpracy, a jednocześnie ocalić salki katechetyczne. Ta walka była bardzo dotkliwa, UB posiadał bardzo groźną broń – o ile ksiądz wzbraniał się przed współpracą, mogli mu zabrać salę katechetyczną. A przecież każdy duchowny wiedział, że musi prowadzić katechizację.
Przeprowadziłem wtedy z wieloma księżmi setki rozmów i na tej podstawie z całą odpowiedzialnością stwierdzam, że wśród księży był jeden na stu, który na kogoś donosił i komuś zaszkodził. Więcej ich nie było, a może nawet tego jednego niełatwo byłoby znaleźć. Księża najczęściej musieli rozmawiać z ubekami, bo ksiądz mógł odmówić rozmów, ale władze miały różne sposoby, by niszczyć jego duszpasterstwo. Dziś bez przerwy w środkach przekazu ukazywani są duchowni, którzy rzekomo współpracowali z UB. Zmuszeni są tłumaczyć swe postępowanie, ale stawiam pytanie: dlaczego zamiast księży w mediach nie tłumaczą się ci, którzy kradli miliony złotych, dlaczego nikt ich nie pyta, gdzie są te pieniądze skradzione polskiemu państwu i Narodowi? Dlaczego nie są pytani przez dziennikarzy, kiedy i w jaki sposób zwrócą to, co ukradli?
Dziękuję za rozmowę.
