Komorowski herbu Pasywny

Z dr. Marcinem Zarzeckim z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Kardynała
Stefana Wyszyńskiego w Warszawie rozmawia Paulina Jarosińska

Co można powiedzieć o kierunku polityki zagranicznej, jaki obrał Bronisław
Komorowski, udając się w pierwszą oficjalną podróż do Brukseli, Paryża i
Berlina?

– Pierwsza wizyta urzędującego prezydenta jest zawsze symboliczna, ponieważ
wyznacza główny zarys polityki międzynarodowej, jaki będzie przyświecał całej
kadencji. Wybór Paryża, Brukseli i Berlina jest tym bardziej symptomatyczny.
Wyjazd do Paryża i Berlina interpretuję jako próbę reaktywacji Trójkąta
Weimarskiego, który był już mitem politycznym i być może rzeczywiście te relacje
przydałoby się podtrzymać. Wiąże się to również ze współpracą z Francją w
prowadzeniu Wspólnej Polityki Rolnej, a współpraca z Berlinem jest
przygotowaniem do prezydencji Polski w UE i określeniem zasad budżetowania na
lata 2016-2020.
Kierunek brukselski mówi nam o tym, że obecna ekipa sprawująca władzę będzie
dążyła do zacieśniania związków z Unią Europejską. Można tu mówić nawet o pewnej
zależności polityczno-ekonomicznej. Mamy do czynienia z jednoznacznym
opowiedzeniem się za krajami starej Unii oraz zamiarem utrzymania pozycji
naszego kraju w UE. Będzie to kluczowe dla obecnej władzy.

Gołym okiem widać zmianę w filozofii utrzymywania stosunków z naszymi
zagranicznymi partnerami. Tylko czy jest to zmiana korzystna z punktu widzenia
naszych interesów?

– Prezydent Lech Kaczyński kładł nacisk na to, aby Polska była aktywnym graczem
na arenie międzynarodowej. Starał się być mediatorem, negocjatorem, a
najbardziej znaczącym przykładem była Gruzja. Za kadencji Lecha Kaczyńskiego był
pomysł stworzenia połączenia lotniczego Warszawa – Tbilisi. Wizyta Bronisława
Komorowskiego uwidacznia brak zrównoważonego podejścia do polityki
międzynarodowej. Jednoznacznie określa on, że będzie wspierał wszystkie
działania polityczne proponowane przez Unię Europejską. Nie ulega wątpliwości,
że jest to ważny sygnał dla Brukseli. Polska w jakiejś mierze rezygnuje z bycia
aktywnym aktorem sceny politycznej.

Już pierwszego dnia wizyty przewodniczący Komisji Europejskiej José Manuel
Barroso raczył wyrazić zachwyt, że Polska ma "wspaniałych przywódców". Mówi się,
że przywódca, któremu klaszcze świat, nie zawsze jest dobrym gospodarzem we
własnym kraju…

– Rzeczywiście, zazwyczaj tak nie jest. Ta "pochwała" to zarówno kurtuazja
polityczna, jak i pewne intencjonalne stwierdzenie. W polityce nic nie dzieje
się przypadkiem. Jest to jednoznaczne stwierdzenie, że do władzy w Polsce doszła
taka opcja polityczna, która będzie w dużej mierze rezygnowała z interesów
narodowych. Rządzący będą działać jako "Europejczycy", a nie jako
przedstawiciele konkretnego narodu. Trzeba powiedzieć wprost, że pod względem
gospodarczym i politycznym Unia jest tworem demoliberalnym, a więc dojście do
władzy w jednym z państw członkowskich osób, które reprezentują taki sam segment
polityczny, z punktu widzenia decydentów UE oznacza, że będą to rozmówcy
bardziej przyjaźni dla konkretnych projektów unijnych. Na rzecz interesu
unijnego mogą oni rezygnować z interesu własnego państwa. To niebezpieczna
elastyczność polityczna. W takim układzie zaspokojone będą dwie strony: Unia
Europejska będzie miała przeświadczenie, że ma w nowej Europie kraj "wyrwany" ze
strefy amerykańskiej. Prezydent Komorowski zapowiedział już, że jego polityka
się zmieni, chociażby w kontekście działań na arenie Europy Środkowo-Wschodniej.
Z drugiej strony, nasz rząd i prezydent pozyskają wsparcie w postaci unijnej
tuby propagandowej, która będzie stawiała na piedestale naszych przywódców jako
"specjalistów" i "znakomitych partnerów dążących do sukcesu". Zapętli się
spirala propagandy, wykoślawiania pewnych faktów, jak również dobrego
samopoczucia rządzących po obydwu stronach. Z punktu widzenia public relations
jest to bardzo korzystne dla władzy, ale z punktu widzenia dalekosiężnych
skutków – jest to coś ponurego.

Interesy Unii Europejskiej czy poszczególnych państw członkowskich siłą
rzeczy często nie są zbieżne z interesami Polski. Tymczasem prezydent Komorowski
w wywiadzie udzielonym europejskiej telewizji informacyjnej Euronews wyraził
pogląd, że Polska powinna zacieśnić stosunki z Niemcami, nie koncentrując się na
spornym Gazociągu Północnym po dnie Bałtyku.

– To jest nie tylko zrzeczenie się jakiegokolwiek głosu w sprawie, która
strategicznie interesuje Polskę. To jest dowód i pierwszy argument za tym, że
różne decyzje podejmowane w sprzeczności z naszymi interesami będą akceptowane.
W polityce nie może być tak, żeby wszyscy nas lubili. Taki efekt osiąga się
tylko wówczas, gdy jest się koniunkturalnym. Polska obecnie nie ma dalekosiężnej
strategii politycznej. Nie pamiętam, aby w kampanii wyborczej ktoś zainicjował
poważną debatę na temat polityki zagranicznej. Brak perspektywicznej wizji
naszych stosunków z innymi państwami będzie skutkował tym, że decyzje będą
podejmowane pod wpływem chwili, co jest niedopuszczalne. W kontekście wypowiedzi
Bronisława Komorowskiego na temat Nord Stream mamy do czynienia z przyzwoleniem
na działania, które nam szkodzą. Są to bez wątpienia nieodpowiedzialne słowa.

Przywołał Pan etap kampanii wyborczej. W jej trakcie ówczesny marszałek Sejmu
zdecydowanie wypowiedział się na temat wyjścia Polski z Afganistanu, a nawet ze
struktur NATO. W Brukseli zapewniał, że jest otwarty na rozmowy dotyczące
kontynuowania misji i już tak jednoznacznie nie deklarował zakończenia polskich
działań w Afganistanie. Jak Pan ocenia ten nowy przekaz?

– To właśnie świadczy o koniunkturalizmie. Jeśli nie ma sprecyzowanego planu
działań politycznych, to podejmuje się decyzje ad hoc, często pod presją szybko
zmieniających się przesłanek. Będziemy mieli jeszcze do czynienia z wieloma
takimi sprzecznościami, ponieważ nie widać, aby prezydencki styl uprawiania
polityki rychło uległ zmianie. Polska będzie obecnie dostosowywać się do swoich
rozmówców i do zmieniającej się sytuacji.

Gdy chodzi o kwestie ekonomiczne, to prezydent Komorowski nie wydawał się w
Brukseli przekonany, że prace nad budżetem unijnym w latach 2016-2020 zakończą
się korzystnie dla Polski.

– Za mało jest jeszcze danych, by przesądzać, jak będzie wyglądał ten budżet,
ponieważ dopiero trwają prace. Jednak w tym obszarze jeszcze inna sprawa jest
zastanawiająca. Otóż prezydent Komorowski nie wykazał się istotną w takich
chwilach siłą przebicia i determinacji, aby o ten dobry budżet dla Polski
zawalczyć. Mit "zielonej wyspy" może okazać się niezwykle groźny. Mam nadzieję,
że tak się nie stanie. Prezydent najwidoczniej nie widział konieczności, by
domagać się ekonomicznego wsparcia od Unii Europejskiej. Jak już budżet zostanie
ustalony, nie będzie szans, aby cokolwiek negocjować. To była właśnie okazja, by
zawalczyć o dobre rozwiązania dla Polski.

A jak prezydent widzi swoją rolę w kształtowaniu polityki wschodniej?
– Dwa nieoficjalne spotkania z prezydentem Dmitrijem Miedwiediewem tak naprawdę
nie miały większego znaczenia, jeśli chodzi o realne działania polityczne.
Komorowski już zadeklarował legitymizację wszystkich działań Rosji, nawet
militarnych. Jego polityka wschodnia będzie więc oparta na zasadach zgoła innych
niż w przypadku Lecha Kaczyńskiego. Wypowiedzi na temat Partnerstwa Wschodniego,
które padły w Brukseli, nie dają, podobnie jak w przypadku pozostałych podjętych
tam wątków, spójnej wizji prezydenta w tej materii. Wygląda to trochę tak, jakby
Polska od tej chwili miała być tylko częścią układanki, większej całości, a nie
samodzielnym podmiotem i symetrycznym partnerem dla innych podmiotów. To blokuje
Polsce możliwość decydowania obecnie i w przyszłości.

Reasumując: jakie skutki, Pana zdaniem, będzie miała pierwsza oficjalna
wizyta Bronisława Komorowskiego?

– Jak powiedziałem, pierwsza wizyta zawsze ma wymiar symboliczny. Nie oczekujmy
realnych skutków. A z punktu widzenia symbolicznego skutki mogą być
niekorzystne, ponieważ dokonuje się do pewnego stopnia określenie, kogo będziemy
uważali za partnera strategicznego, a zarazem przyznanie się, że rezygnujemy z
aktywnej roli. Wizyta nie przyniesie raczej nadziei na stanowcze kroki w
realizacji celów ważnych dla Polski. Najprawdopodobniej dojdzie do stopniowej
rezygnacji z walki o własne interesy.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj