Kolejna wielka mistyfikacja?
Niemal dokładnie pięć lat po fałszywym oskarżeniu ks. abp. Stanisława
Wielgusa o współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa prawdopodobnie będziemy mieć do
czynienia z próbą zaatakowania kolejnego biskupa. Jest to bez wątpienia celowy i
zaplanowany atak, za którym kryją się określone cele polityczne.
Czy jest dziełem przypadku, że najcięższe oskarżenia próbuje się wysunąć wobec
tych duchownych, którzy głoszą Ewangelię z największą odwagą, demaskując przy
tym współczesne zagrożenia, które piewcy nowej rewolucji skrzętnie próbują
ukrywać? Czy jest dziełem przypadku, że celem ataków są wyłącznie ci duchowni,
którzy przywiązani do narodowych tradycji mają odwagę publicznie okazywać swoją
bezgraniczną wierność Chrystusowi i Kościołowi katolickiemu oraz z wielką odwagą
głoszą to, czego współcześni "oświeceni" nie chcą słuchać? Ci, którzy robią
ugrzecznioną minę do "sił i ruchów politycznych, które w odniesieniu do
podstawowych kwestii etycznych zajęły stanowisko sprzeczne z nauczaniem moralnym
i społecznym Kościoła", mogą spać spokojnie. Czy to przypadek, że w ich obronie
zawsze stają "zatroskane o Kościół" antyklerykalne media?
Uderzyć w pasterza
Czy archiwa IPN znów zostaną wykorzystane do próby zniszczenia kolejnego z
księży biskupów? W jaki sposób zostanie oskarżony o czyny, których nigdy nie
popełnił? Publikację o problemie "czerwonej pajęczyny" zapowiedział już na
łamach "Gazety Polskiej" ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, który przygotowuje ją
wespół z Tomaszem Terlikowskim. W sprawę "lustracji" biskupów zaangażowani są
również Leszek Szymowski, dziennikarz tygodnika "Angora", i Cezary Gmyz,
publicysta "Rzeczpospolitej".
Faktów historycznych nie można ustalać w oparciu o jedno tylko źródło, jakim są
materiały sporządzone przez funkcjonariuszy służb specjalnych PRL. Zanim źródło
takie może zostać wykorzystane do opisu choćby fragmentu przeszłości, musi być
skonfrontowane z innymi dowodami odnoszącymi się do tego samego fragmentu, nie
wyłączając zeznań świadków.
Każdy historyk wie, że w badaniu źródeł historycznych, jakimi są materiały
sporządzone przez funkcjonariuszy służb specjalnych PRL, fundamentalne są dwie
kwestie metodologiczne: autentyczność i wiarygodność. Czy w przypadku oskarżeń o
współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa, wysuwanych wobec duchownych, ktoś zbadał
autentyczność i wiarygodność materiałów, które się do nich odnoszą?
Dlaczego to tak istotne? "Często bywa tak, że dokument jest autentyczny, ale
informacje w nim zawarte nie są prawdziwe" – stwierdził w 1998 r. na łamach
tygodnika "Wprost" prof. Andrzej Paczkowski. Jednak w przypadku ks. abp.
Stanisława Wielgusa najwyraźniej o tym zapomniał. Który z samozwańczych
"lustratorów" duchowieństwa przedstawił dowody na autentyczność i wiarygodność
materiałów, na podstawie których gotów jest oskarżać? Żaden. Wszystko rozgrywa
się w stylu procesów stalinowskich. Choć nie ma dowodów, najważniejsze jest
oskarżenie. Jest nagonka w środkach przekazu, jest wyrok i egzekucja… Gdzie są
w tym czasie uczciwi historycy?
Fikcja komisji historycznej
W dobie agresywnej propagandy liberalnego bezbożnictwa ataki na Kościół
katolicki i jego duchownych nie powinny być zaskoczeniem. Źle się jednak dzieje,
gdy w pewnej części są one wynikiem jednoznacznych zaniedbań. Choćby Kościelnej
Komisji Historycznej, która została powołana na 337. zebraniu plenarnym
Konferencji Episkopatu Polski w celu naukowego zbadania zasobów Instytutu
Pamięci Narodowej, dotyczących inwigilacji, represjonowania i prześladowania
Kościoła katolickiego w okresie PRL. Wydany 19 października 2006 r. komunikat
wyraźnie stwierdzał, że komisja miała przede wszystkim badać "historię
prześladowania Kościoła w powojennej Polsce". "Kościół nie może się zgodzić na
sytuację, kiedy poza wszelkimi procedurami prawnymi, poprzez publiczne
oskarżenia i ferowanie wyroków bez prawa do obrony i wyjaśnienia, narusza się
ludzką godność osób pomawianych" – stwierdzono. Dlaczego więc zaakceptował taką
sytuację już w pierwszym przypadku, jakim była sprawa ks. abp. Stanisława
Wielgusa? Dlaczego nie zadbano o rzetelne zbadanie wiarygodności materiałów
znajdujących się w IPN? Czy to nie za sprawą rzekomego komunikatu Kościelnej
Komisji Historycznej przypieczętowano fałszywy wyrok, naruszając godność
człowieka cieszącego się powszechnym szacunkiem?
W rzeczywistości Kościelna Komisja Historyczna zajęła się wyłącznie "lustracją"
biskupów, czyli zadaniem zgoła odmiennym niż to, jakie zostało sformułowane w
dotyczącym jej komunikacie. Co ciekawe, sprawozdanie na ten temat przesłano
Stolicy Apostolskiej, która wcale o to nie prosiła, a nawet – poprzez ks. kard.
Tarcisio Bertonego, watykańskiego sekretarza stanu – wyraziła dezaprobatę wobec
takiej "posługi" wspomnianej komisji. Jeśli nie była ona potrzebna Stolicy
Apostolskiej, to wypada zapytać, komu tak naprawdę była potrzebna.
W prawdzie wobec prawdy
Kościół katolicki w Polsce dysponuje wykwalifikowanymi, uczciwymi i
odpowiedzialnymi kadrami naukowców, którzy są w stanie rzetelnie przeanalizować
zdeponowane w IPN materiały, określić ich autentyczność i wiarygodność oraz
dokonać uczciwej analizy krytycznej. Dlaczego dotąd nie wykorzystano tej
możliwości? Przecież opublikowanie wyników takich badań nie tylko jasno
pokazałoby społeczeństwu, kto w PRL-owskim reżimie był katem, a kto ofiarą, ale
wytrąciłoby wszelkie argumenty tym wszystkim, którzy najczęściej bezpodstawnie
próbują niszczyć księży i biskupów fałszywymi oskarżeniami o współpracę ze
Służbą Bezpieczeństwa. Komu zależało na pozostawieniu tych spraw w rękach ludzi
nieodpowiedzialnych, najczęściej z nieprzychylnych katolikom środowisk? Przecież
wiadomo, że ogłoszenie czyjegoś nazwiska jako współpracownika bezpieki, gdy nie
jest to prawdą, stanowi ogromną niesprawiedliwość.
Skutek tego zaniedbania widać jak na dłoni: żadnemu z prześladowców Kościoła
włos z głowy nie spadł, podczas gdy prześladowani w czasach reżimu duchowni
ponownie są poniewierani. Jakie racje przemawiają za przyzwoleniem na
kompromitowanie sprawiedliwych, którzy nigdy nie podjęli współpracy z reżimem,
podczas gdy prawdziwi zdrajcy mogą spać spokojnie?
W tym miejscu postawić można jeszcze kilka innych pytań. Skoro Kościelna Komisja
Historyczna nigdy nie wydała żadnego komunikatu w sprawie ks. abp. Stanisława
Wielgusa, czy rzeczywisty jego autor uważa, że nie ma niczego do wyjaśnienia w
tej sprawie? Co się stało z "votum separatum", które "schorowany, ale oddany
Kościołowi" jeden z arcybiskupów przekazał w sprawie ks. abp. Stanisława
Wielgusa m.in. ówczesnemu sekretarzowi generalnemu Konferencji Episkopatu
Polski?
O ile "Kościół nie boi się prawdy", o tyle funkcjonują w nim duchowni, którzy
najwyraźniej czują lęk przed prawdą. Nie jest dobrze, kiedy pasterze
współpracują z wilkami kosztem owiec. Bo to jest właśnie jedna z przyczyn ataków
wrogów Kościoła na osoby duchowne.
Non possumus!
Przyzwyczailiśmy się już do fałszywego sloganu, zgodnie z którym "Kościół nie
powinien mieszać się do polityki". Niech raczej siły polityczne przestaną się
wreszcie mieszać w sprawy Kościoła i nie próbują szantażem narzucać mu sposobu
postępowania! Na cesarzy, którzy pragną zasiadać na ołtarzu, marząc o tym, by
biskupi zamiast prawdy głosili pochwałę ich władzy, jako katolicy zgodzić się
nie możemy!
Oskarżenia wysuwane wobec księży biskupów są jednym z elementów ofensywy
skierowanej przeciw Kościołowi katolickiemu w Polsce. "Atak na Kościół w Polsce
jest komuś potrzebny i przez kogoś reżyserowany" – zwrócił niedawno uwagę ks.
kard. Stanisław Nagy. Albowiem to Kościół jest ostoją i nadzieją tych, którzy
nie chcą zgodzić się na życie w ateistycznym kołchozie, zarządzanym przez
wielkich posiadaczy kapitałowych. Jest ostoją także tych, którzy są przeciwni
narzucaniu Narodowi praw międzynarodowych organów urzędniczych i pluralizmu,
skrojonego na modłę rewolucji francuskiej.
Sebastian Karczewski
