Kocham śpiewać

Z Barbarą Dobrzyńską, aktorką Teatru Polskiego w Warszawie i śpiewaczką operową, rozmawia Mariusz Bober

Czytelnicy „Naszego Dziennika” znają Panią z reżyserowania koncertów „A to Polska właśnie”. Wiedzą także, że jest Pani aktorką Teatru Polskiego. Czy to wpływ Pani rodziny, złożonej niemal z samych aktorów, w tym niezapomnianego Tadeusza Fijewskiego, sprawił, że została Pani aktorką?

– Urodziłam się w rodzinie aktorskiej. Moja matka Maria Fijewska-Dobrzyńska była wybitną aktorką teatrów lalkowych. Podobnie ojciec Stanisław Dobrzyński – oboje pracowali w znakomitym teatrze lalkowym „Lalka”. Kocham śpiewać – może dlatego, że od dziecka słyszałam śpiew i głos mojej mamy, śpiewającej mi kołysanki, i ojca, który śpiewał mojej mamie piosenkę „Tylko ty jesteś mą królewną”, akompaniując sobie na gitarze. Mój dom rodzinny był pełen muzyki, radości i humoru. Tata grywał prawie na wszystkich instrumentach, choć nie kończył studiów muzycznych. Był samoukiem obdarzonym absolutnym słuchem i pięknym tenorowym głosem. Po nim odziedziczyłam słuch muzyczny. Mama śpiewała głębokim, ciepłym mezzosopranem. Po niej odziedziczyłam głos.


Kiedy zadebiutowała Pani na scenie?


– Debiutowałam jako 8-letnie dziecko, śpiewając w telewizyjnym dziecięcym teatrzyku „Violinek”, który prowadził Zbigniew Rymarz, mój pierwszy nauczyciel śpiewu. W tym samym czasie wystąpiłam u boku wybitnego aktora Kazimierza Opalińskiego w spektaklu telewizyjnym, grając rolę głodnego, osieroconego dziecka, którego rodzice zginęli podczas wojny. Kiedy dorosłam, zaraz po maturze przeszłam eliminacje i zostałam zaangażowana do Zespołu Pieśni i Tańca „Mazowsze”. Pani Mira Zimińska-Sygietyńska szybko zauważyła, że oprócz śpiewu obdarzona jestem talentem aktorskim. Powiedziała, że powinnam zostać aktorką. Mój wuj Tadeusz Fijewski uważał, iż nie nadaję się do tego zawodu, gdyż nie posiadam odpowiedniej psychicznej odporności i pewności siebie, tak koniecznej w tym zawodzie, a on sam niewiele mi pomoże, gdyż nie jest ani dyrektorem teatru, ani reżyserem, który będzie ochraniał moją wrażliwość i dawał mi odpowiednie role, właściwe do mojego rozwoju i kariery. Wybór należał do mnie. Przyznam, że czułam się trochę osamotniona w moich artystycznych zmaganiach, bo nie chciałam korzystać z żadnej protekcji i rodzinnych podpórek. Do tej pory wielu moich kolegów nie wie, iż wywodzę się z rodziny wybitnych aktorów Fijewskich – której najbardziej popularnym reprezentantem jest Tadeusz Fijewski – jeden z najwybitniejszych polskich aktorów XX wieku. Będąc aktorką, jednocześnie kontynuowałam naukę śpiewu. Zostałam laureatką konkursu śpiewaczego imienia Jana Kiepury w Krynicy. Przewodniczącą jury była wówczas słynna polska śpiewaczka Wanda Wermińska. W jury zasiadali także Maria Fołtyn i Bernard Ładysz. Po zaśpiewaniu z orkiestrą arii księżniczki Eboli z opery Giuseppe Verdiego „Don Carlos” dostałam propozycję z Opery Wrocławskiej, gdzie byłam solistką. Kocham śpiewać, bo dzięki śpiewaniu zwiedziłam prawie cały świat. Śpiewałam w Finlandii, Szwecji, we Włoszech, w Niemczech, w Austrii, w Wielkiej Brytanii, Belgii, Holandii, Japonii, Korei Płd. i Australii.


Kiedy została Pani aktorką – wbrew radom wuja Tadeusza Fijewskiego – dał Pani jeszcze jakąś radę?


– To była niezwykła rada. Kiedy wybiegałam z Teatru Polskiego, wuj zatrzymał mnie, pytając: „Gdzie się tak spieszysz”? „Na chałturę”- odpowiedziałam. „Stój” – zawołał – na jaką chałturę”? „…No, będę śpiewać, recytować” – odpowiedziałam. „Zapamiętaj to sobie – powiedział ostro – nie idziesz na żadną chałturę, tylko na koncert. Jeśli idziesz na chałturę, to znaczy, że lekceważysz widzów i słuchaczy, do których idziesz, a lekceważyć ich nie masz prawa, bo chałtura to byle jakie występy. Nigdy ci nie wolno byle jak występować. Jeśli idziesz na koncert – to słowo to ma inną rangę i zobowiązuje cię do uczciwego i najlepszego, jak potrafisz, występu”. Zapamiętałam tę radę i stosować ją będę do końca mojego artystycznego życia.


Dlaczego zaczęła Pani reżyserować?


– Zaczęłam reżyserować, gdyż czułam się niespełniona jako aktorka. Wuj miał rację. Nie zagrałam lub nie dano mi szansy zagrać ról, które byłyby dla mnie odpowiednie. Nie żalę się, po prostu nie miałam szczęścia. Reżyserując – mogę dobierać odpowiedni repertuar w moich koncertach czy spektaklach i w taki sposób rozmawiać z publicznością, wzruszając ją lub rozśmieszając. Bo aktorstwo to rozmowa z widzem – i ten widz jest niezwykle ważny. Jeśli nie ma widza, odbiorcy, publiczności, to aktor czuje się niepotrzebny, bo z kim nawiąże dialog emocjonalny i intelektualny? Publiczność artyście jest potrzebna jak powietrze, dlatego należy ją szanować i przekazywać jej najszlachetniejsze treści zapisane w naszej wspaniałej literaturze, muzyce, historii. Tak sobie wyobrażam rolę aktora wobec Narodu. My, Polacy, możemy szczycić się niezwykle bogatą spuścizną kulturową, której jesteśmy spadkobiercami, powinniśmy być z niej dumni i chronić ją przed zdegenerowanymi pseudoartystami. To polska kultura, na którą składa się wielka literatura i poezja Juliusza Słowackiego, Adama Mickiewicza, Cypriana Kamila Norwida, Zygmunta Krasińskiego, Stanisława Wyspiańskiego, Zbigniewa Herberta, Henryka Sienkiewicza, genialna muzyka Fryderyka Chopina, Stanisława Moniuszki, Ignacego Jana Paderewskiego czy Henryka Mikołaja Góreckiego, Witolda Lutosławskiego, Karola Szymanowskiego, broni godności i tożsamości Narodu Polskiego wobec czasem nieprzychylnego nam świata. Marian Hemar napisze: „O poezjo – ostatnia linio polskiej obrony…”. Hitler powiedział: „Jeśli odbierzemy Polakom kulturę i tożsamość, zniszczymy ich naukę i oświatę – to wtedy z Polaków zrobimy naszych niewolników”. Kiedy patrzę na to, co się dzieje obecnie z polską kulturą czy oświatą, to myślę sobie, że pewnie spełnia się życzenie Hitlera. W kulturze tylu wulgarności, bluźnierstwa, głupoty, bylejakości, chamstwa nie było w czasach PRL, jak jest obecnie na wielu scenach teatralnych, w czasach tzw. wolności. Czyżby ta wolność pt. „Róbta, co chceta” ogarnęła również i polskich luminarzy kultury? Zadziwiające i przerażające. A nad pomysłami w oświacie lepiej spuśćmy kurtynę.


Dlaczego wielokrotnie reżyserowała Pani koncerty – spektakle plenerowe o Powstaniu Warszawskim?


– Temat Powstania Warszawskiego jest mi bardzo bliski i drogi. Cała moja rodzina ze strony ojca (bronił elektrowni na Powiślu) i mamy (była łączniczką o ps. „Mary” w oddziale „Krybar” na Powiślu, którego kapelanem był bł. o. Michał Czartoryski) razem z ciocią Barbarą Fijewską i resztą rodzeństwa broniła Warszawy zarówno w 1939 r., jak i później w 1944 r. w Powstaniu Warszawskim. Poza tym pragnę złożyć hołd tym wszystkim anonimowym i znanym bohaterom, którzy polegli w obronie mojej Ojczyzny – Polski, abyśmy dzisiaj ja i miliony moich rodaków mogli mówić swobodnie po polsku. Jak pisał ks. kard. Stefan Wyszyński, kapelan Grupy „Kampinos”, ps. „Radwan III”: „Po Warszawie trzeba chodzić z wielką czcią i każdy jej kamień błogosławić modłami. Pamiętajcie, że jest to miasto, w którym zginęło ponad 300 tysięcy warszawiaków. Najlepsza młodzież oblała krwią bruki tego miasta. Tak się miłuje, nie ma miłości bez ofiary. Przez taką miłość zyskuje się prawo do Ojczyzny”.


Oni rzeczywiście zyskali prawo do Ojczyzny, a my?


– Zyskujemy je pod warunkiem, że bronimy Ojczyzny. Wielki poeta Krzysztof Kamil Baczyński zginął z pistoletem w dłoni, broniąc Polski w czasie Powstania Warszawskiego, nie umiejąc strzelać, a mimo to uważał, iż jest przede wszystkim zobowiązany do obrony Ojczyzny. Chciałabym widzieć dzisiaj poetów, którzy tak jak on umieliby bronić Ojczyzny swoim piórem i talentem, a nie dziobać ją swoim grafomańskim, zardzewiałym piórem. Dlatego składam podziękowanie jednemu z nielicznych dziś żyjących poetów, panu Kazimierzowi Węgrzynowi, który w naszych czasach – podobnie jak Baczyński i Gajcy – potrafi bronić swoim talentem naszej Ojczyzny.

Z żalem obserwuję, jak poniża się Polskę wobec innych narodów. Na przykład studenci kończą Uniwersytet Jagielloński czy Warszawski i zamiast zostać w Polsce – by jej służyć swym talentem, założyć rodzinę – wolą zamiatać ulice w Londynie czy Paryżu, Berlinie czy Monachium i za parę srebrników sprzedawać swoją godność, tracąc najlepsze lata życia. Tworzy się klasa wykształconych niewolników. Plan Hitlera się spełnia. To bardzo żałosne.


To bardzo ostra ocena. A może jest to raczej wynik złej polityki III RP, może również problemów wychowawczych w rodzinach?


– Byłam teraz na rekolekcjach w kościele środowisk twórczych. Nauki głosił ks. Feliks Folejewski. Spytał retorycznie: „Czym wy żyjecie, przecież nie żyjecie życiem swoim, tylko życiem seriali, wymyślonych bajek. Nie rozmawiacie w domu ze sobą o ważnych sprawach rodzinnych, tylko oglądacie telewizję. A jeśli rozmawiacie, to o życiu wymyślonych w serialu postaciach”. „Gdzie jest ta przenajświętsza babcia, która opowiedziała mi wszechświat?” – spytał ks. Folejewski, wspominając Herberta, który tak wyraził się o swojej babci. Tak, zapewne brak w naszych rodzinach serdecznych, mądrych rozmów, brak zainteresowania młodymi ludźmi, ich problemami, przeżyciami, dlatego zamykają się w sobie i uciekają z domu, od Ojczyzny, od samych siebie, bo po śmierci Jana Pawła II trudno o autorytet i wzór, na którym można się oprzeć. Dla mnie takim autorytetem i wzorem był i pozostanie ks. kard. Stefan Wyszyński, który nauczył mnie kochać Boga i Ojczyznę. Po przeczytaniu książki „Jedna jest Polska” popatrzyłam na swój kraj oczami Prymasa Tysiąclecia i otworzyły się we mnie tęsknoty „do kraju tego, gdzie pierwsze pokłony są jak Chrystusa odwieczne wyznanie, bądź pochwalony” – a kawałek chleba „podnoszą z ziemi przez uszanowanie dla darów Nieba”.


Ostatnio, 5 marca br., wyreżyserowała Pani w bazylice Świętego Krzyża koncert pt. „Katyń – Warszawa pamięta”…


– 5 marca 1940 r. jest dniem podpisania przez Stalina zbrodniczego rozkazu o zamordowaniu kwiatu polskiej inteligencji – oficerów, nauczycieli, lekarzy, artystów, policjantów itd. w Katyniu, Charkowie, Miednoje, Twerze, słowem – zaczęła się wielka Golgota polskiego Narodu na Wschodzie. Miałam szczęście poznać księdza prałata Zdzisława Jastrzębiec Peszkowskiego, kapelana Rodzin Katyńskich, ocalałego jeńca z Kozielska, dla którego zrealizowałam wiele upamiętniających ten fakt koncertów. Koncertem z 5 marca br. składam mu hołd za bezkompromisowe przypominanie całemu światu o prawdzie katyńskiej.


Wiem, że realizuje Pani także rocznicowe koncerty związane z odzyskaniem niepodległości 11 listopada…


– Tak, ponieważ pragnę przypominać mojemu Narodowi o wielkich twórcach polskiej niepodległości, jakimi byli: Marszałek Józef Piłsudski, Roman Dmowski, Ignacy Jan Paderewski. W sytuacji, gdy Polska była w niebycie, umieli ponad podziałami politycznymi doprowadzić do jej wyzwolenia. Kiedy patrzę na dzisiejszą scenę polityczną, odczuwam głęboką niechęć i żal, że dorobek tych wielkich Polaków jest tak haniebnie niszczony poprzez niezgodę, sprzedawanie polskich interesów, niszczenie ducha w Narodzie i sprowadzanie wszystkiego do materializmu ekonomicznego. „Jesteśmy u siebie, we własnej Ojczyźnie. Mamy więc prawo w swojej Ojczyźnie czuć się swobodnie. Mamy prawo czuć się jak u siebie w domu. Do nas należy decydować o takim czy innym kierunku naszego życia i bytowania. Od tego bowiem zależy suwerenność Narodu. Na każdym progu walczyć będziemy, aby Polska Polską była! Aby w Polsce po polsku się myślało! Aby w Polsce polski duch Narodu chrześcijańskiego czuł się w swobodzie i wolności. Nasza godność narodowa wymaga, abyśmy oparli się tej zarozumiałości, z jaką lekceważone jest wszystko, co polskie, na rzecz tak nam obcego importu. Jeżeli w czym mamy okazać sprawiedliwość Ojczyźnie, to nie odchodzić od niej w chwilach próby. Z przeszłości naszej możemy czerpać ostrzeżenie na przyszłość. Ziemi Ojczystej trzeba zawsze bronić. Nasi nieprzyjaciele w czasie okupacji mówili butnie: 'nam nie są potrzebni Polacy, nam jest potrzebna ich ziemia’. Dlatego wskazanie dla was, moi drodzy, nie dać sobie wydrzeć ziemi. Nie myślcie, że Naród może wypełnić swoje zadanie tylko z pomocą ludzi bez wyrazu, którzy żyją byle jak, aby przeżyć, aby jakoś się odkuć, aby wykręcić się tanim kosztem. Łatwizna życiowa jest największym wrogiem współczesnej Polski. Nie tylko niekompetencje, ale i nieuczciwość ludzi kompetentnych, wykształconych, znających swoje zadania, nawet dobrze uposażonych – może doprowadzić do straszliwej katastrofy naszej Ojczyzny. Każdy będzie odpowiedzialny za los Ojczyzny. Może wam się wydaje, że dzisiaj wystarczy ubezpieczyć Naród nasz, jego byt i wolność traktatami pokojowymi i aliansami międzynarodowymi? Nic to jednak nie pomoże, gdy młodzież polska nie będzie zdolna do ofiary za Ojczyznę” – ostrzegał Prymas.


Dlaczego tak często odwołuje się Pani do nauczania Prymasa Tysiąclecia?


– Gdyż mam zaszczyt być wybraną na prezesa Kręgu Przyjaciół Prymasa Tysiąclecia. Dlatego testament, który zostawił nam Prymas, mamy obowiązek realizować w życiu Narodu. „Bo wielkim nieszczęściem naszej współczesności jest to, że wśród ludzi bardzo wymownych wielu jest niemych, którzy boją się ujawnić, co myślą. Są oni wszędzie, nie wyłączając katedr uniwersyteckich i różnych kongresów naukowych, na które ostatnio jest urodzaj w naszej Ojczyźnie. Jest to największe nieszczęście dla naszego Narodu i państwa. Dla Narodu – bo tworzy się warstwa ludzi tchórzliwych, którzy pospolite tchórzostwo, zamykające im usta przed wyznaniem prawdy, nazywają roztropnością. W Polsce trzeba bronić spraw własnej Ojczyzny, a nie obcych zamówień”. Bardzo uderzyły mnie też słowa ks. Prymasa: „Gdy widzimy wielkie wzloty i upadki ludzi, którzy dla swych talentów i zalet mogli być błogosławieństwem swego Narodu, a bardzo często stali się jego klęską i przekleństwem, rodzi się w nas potrzeba ostrożności. I jeśli czego pragnąłbym w tej chwili, najmilsi, to jednego – abyście stali się błogosławieństwem swego Narodu. Aby każdy Polak, który spełni swoje zadanie, odchodził z tej ziemi ojców do Ojca naszego, który jest w Niebie – błogosławiony, aby życie jego błogosławiono”. Moim celem życia stało się wypełnienie testamentu Prymasa Tysiąclecia.


W jakim spektaklu możemy Panią zobaczyć w Teatrze Polskim?


– Zapraszam na „Wujaszka Wanię” Antoniego Czechowa w reżyserii Wieniama Filsztyńskiego, reżysera z Petersburga. Z zazdrością patrzyłam, jak pan Filsztyński podchodzi do dzieła Czechowa, i jak z pokorą i szacunkiem dla niego nie pozwolił zmienić ani sensu utworu, a tym bardziej udziwnić czy ośmieszyć wybitnego autora. Zamarzyłam – czy znajdzie się w Polsce reżyser, który z równą pokorą wobec Słowackiego, Mickiewicza czy Wyspiańskiego odniesie się, tak jak pan Filsztyński, do naszych twórców? Mam nadzieję, że tak się kiedyś zdarzy, a ja jeszcze zdążę zagrać w takim przedstawieniu.


Jakie są Pani najbliższe plany artystyczne?


– Spotkało mnie wielkie wyróżnienie. Otóż zostałam zaproszona przez ojca Kazimierza Frankiewicza z Zakonu Ojców Franciszkanów Konwentualnych do Jerozolimy na wielkie uroczystości związane z umieszczeniem tam Tryptyku Jerozolimskiego i rozpoczęciem adoracji wieczystej przy IV stacji Drogi Krzyżowej w Jerozolimie, stacji, którą ufundowali polscy żołnierze z armii gen. Andersa. Tryptyk Jerozolimski to nastawa ołtarzowa przeznaczona do adoracji wieczystej. Zamknięty – symbolizuje Jerozolimę ziemską, natomiast otwarty – Jerozolimę niebiańską. Monstrancja to postać Matki Bożej Częstochowskiej jako Drzewo Życia, tulącej i dającej nam swojego Syna obecnego w białej Hostii. Odsłonięcie Tryptyku Jerozolimskiego nastąpi 25 marca 2009 r., w uroczystość Zwiastowania Pańskiego, a ja zaśpiewam wtedy na cześć Pana Jezusa i w hołdzie Matce Bożej pieśń „Panis angelicus” i „Ave Maria”. To wyróżnienie i zaszczyt, jaki mnie spotyka w związku z uroczystościami w Jerozolimie, staje się ukoronowaniem mojej śpiewaczej kariery. Jakie to szczęście dla mnie, że kocham śpiewać – na chwałę Bogu i ludziom.


Dziękuję za rozmowę.
drukuj