Koalicja kłamstwa
Zamiast prawdy o katastrofie smoleńskiej wiodące media serwują Polakom
kłamliwy interpretacyjno-informacyjny zlepek. Ma on wszelkie cechy sowieckiego
przekazu propagandowego – współbrzmienie kilku mediów przekazujących
ujednolicony komunikat uwiarygodnia je wzajemnie. Dla wyłamujących się z tego
chóru pozostaje napiętnowanie kuriozalnymi oświadczeniami Rady Etyki Mediów.
Od dnia smoleńskiej tragedii jesteśmy świadkami rozbieżnych interpretacji jej
przebiegu i przyczyn. Lansowana przez środowisko Platformy Obywatelskiej i
zaprzyjaźnione z nim mainstreamowe media interpretacja – powtarza argumentację
strony rosyjskiej, zwracając uwagę przede wszystkim na rzekome: błędy załogi
Tu-154M, niedostateczne przygotowanie wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego przez
jego kancelarię, wady systemu szkolenia pilotów wojskowych, wreszcie presję
psychiczną wywieraną na załogę przez pasażerów feralnego lotu. Wykładnia taka,
jakże wygodna dla strony rosyjskiej, winą za katastrofę smoleńską obarcza
głównie (jeśli nie jedynie) stronę polską, w tym osoby, które poniosły w jej
wyniku śmierć i nie mogą bronić się przed zarzutami. Na podstawie wypowiedzi
członków MAK, jak również akredytowanego przy nim przedstawiciela Polski Edmunda
Klicha, z dużym prawdopodobieństwem można przewidywać, że stanie się ona
podstawą raportu MAK w sprawie katastrofy smoleńskiej. Co więcej, uważna analiza
kierunków przekazu "informacji" dotyczących tragedii, formułowanych już od
pierwszych godzin po niej, może wskazywać na celową działalność dezinformacyjną
strony rosyjskiej, której celem byłoby wprowadzenie chaosu
informacyjno-interpretacyjnego, utrudniającego poznanie rzeczywistego przebiegu
wydarzeń z 10 kwietnia. Ten zafałszowany przekaz, podjęty natychmiast przez
większość polskich mediów, celujących wcześniej w atakach na Lecha Kaczyńskiego,
stał się podstawą do zbudowania takiego obrazu katastrofy smoleńskiej, który nie
tylko kontynuuje trend zohydzania w oczach społeczeństwa wizerunku zmarłego
tragicznie prezydenta i jego zaplecza politycznego, lecz stanowi także punkt
wyjścia do kreacji równie fałszywej wizji "pojednania polsko-rosyjskiego",
którym tak szczyci się PO.
Sowiecka szkoła propagandy
Nie można zapominać, że Federacja Rosyjska, z którą Platforma, tak dzielnie o to
walcząc, chciałaby mieć dobre relacje, jest nie tylko prawnym, ale i do pewnego
stopnia mentalnym spadkobiercą ZSRS. W początkach budowy państwa totalitarnego
bolszewicy doszli do wniosku, że do zapewnienia sobie skutecznego rządu dusz
potrzebują dwóch zasadniczych narzędzi: policji politycznej, utrzymującej w
posłuszeństwie zastraszone terrorem społeczeństwo, oraz monopolistycznej
kontroli nad środkami kształtowania opinii publicznej. Pisałem już na łamach
"Naszego Dziennika" o kultywowanych we współczesnej Rosji tradycjach sowieckiej
bezpieki i wpływie wywodzących się z niej ludzi na politykę państwa. Nie mniej
ważny był drugi z wymienionych czynników. Wbrew głoszonym hasłom wolności słowa
natychmiast po przejęciu władzy bolszewicy wprowadzili ścisłą kontrolę przekazu
informacji, rozwijając jednocześnie sztukę propagandy i manipulacji opinią
publiczną. Społeczeństwo poddano obróbce propagandowej przy pomocy nowoczesnych
środków przekazu, wśród których szczególnie użyteczne były media audiowizualne –
film, później telewizja. Bolszewicy całkowicie podporządkowali sobie proces
produkcji i dystrybucji filmów. Do rangi symbolu urasta fakt, że Towarzystwo
Przyjaciół Sowieckiego Kina założył twórca sowieckiej policji politycznej –
Feliks Dzierżyński. Poprzez jednoczesne oddziaływanie na różne zmysły i
tworzenie w ten sposób iluzji rzeczywistości media audiowizualne dawały odbiorcy
wrażenie realnego uczestniczenia w świecie kreowanym przez specjalistów od
propagandy. Akceptację przekazywanych treści potęgował efekt oddziaływania na
emocje widza, który poprzez przeżywanie treści komunikatu łatwiej się z nimi
utożsamiał. Możliwości przekazu audiowizualnego wykorzystywano nie tylko w
kształtowaniu reakcji społecznych na aktualną politykę państwa, ale także choćby
do konstrukcji "jedynie słusznej" interpretacji wydarzeń historycznych (celowały
w tym dzieła Sergiusza Eisensteina).
Propaganda jak światopogląd
Propaganda była jednym z najważniejszych czynników wpływających na
ukształtowanie tzw. homo sovieticus – "człowieka sowieckiego". Pojęcie to
wprowadził do dyskursu publicznego Aleksander Zinowiew, sowiecki filozof i
socjolog, zmuszony w latach siedemdziesiątych do opuszczenia ZSRS za krytykę
reżimu komunistycznego. "Człowiek sowiecki" jest określeniem bardzo pojemnym,
odnoszącym się do systemu wartości, poglądów i postaw jednostki kształtowanej
przez państwo totalitarne. Wśród cech go charakteryzujących zwraca uwagę
podatność na perswazję ze strony stojących wyżej w hierarchii społecznej. Homo
sovieticus bezrefleksyjnie przyjmuje treści propagandowe, czyniąc je częścią
swojego światopoglądu. Samodzielną analizę pojawiających się problemów zastępują
gotowe schematy przygotowane przez odpowiednie "autorytety" i wielokrotnie
powtarzane przez środki społecznego przekazu. Homo sovieticus reaguje agresją
wobec myślących inaczej, zwłaszcza jeśli są słabsi od niego. Jest gotów do
działania na wezwanie, brania udziału w masowych wiecach i demonstracjach,
których uczestnicy wyrażają gorące poparcie dla zniewalającego ich reżimu. Jego
konformistyczna postawa, poddana oddziaływaniu tłumu, ulega wówczas dodatkowemu
wzmocnieniu. Tego typu osobowościowy wzorzec poddanych był niewątpliwie
preferowany przez sprawujących władzę w państwie totalitarnym. Warto jednak
zadać pytanie: czy tylko przez nich i czy tylko w przeszłości? Czy przypadkiem
nie jest to idealny typ obywatela współczesnego państwa, który nie będzie
stawiał niewygodnych dla władzy pytań, zajmie się na co dzień oglądaniem
ulubionych seriali i zażywaniem serwowanej w nich porcji "jedynie słusznych"
wyzwolonych i często amoralnych postaw? Czy nie tym należy tłumaczyć
(przynajmniej do pewnego stopnia) sentyment sporej części współczesnego
społeczeństwa rosyjskiego do minionych czasów i jego przyzwolenie na dalsze
funkcjonowanie ludzi byłego reżimu w strukturach państwowych? Czy w Polsce lat
dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku nie słyszeliśmy wzruszających opowieści o
dobrodziejstwach socjalizmu, w czasach którego każdy miał pracę i dostęp do
świadczeń społecznych? I wreszcie najważniejsze pytanie: czy dzisiejsze postawy
Polaków nie wskazują na silne zakorzenienie w naszym społeczeństwie niektórych
cech, wykazujących niepokojącą zbieżność z przedstawioną powyżej charakterystyką
homo sovieticus? Postawa "człowieka sowieckiego" nie kończy się automatycznie
wraz z upadkiem systemu, który ją kształtował. Formowana poprzez trwające latami
warunki życia i zabiegi ze strony rządzących staje się trwałą postawą, sposobem
życia również w zmienionych warunkach społeczno-politycznych.
Informacja czy manipulacja?
Media w systemie demokratycznym powinny pełnić rolę informacyjną i kontrolną.
Informowanie polega na przekazaniu opinii publicznej obiektywnego komunikatu
dotyczącego faktów, które rzeczywiście miały miejsce. Posiadanie wiedzy na ich
temat umożliwia mediom pełnienie nieformalnych funkcji kontrolnych wobec organów
władzy państwowej. Nie spełniają jednak tego zadania, jeśli zamiast przekazu
informacji kreują wirtualną rzeczywistość, posługując się przy tym metodami
wziętymi żywcem z dorobku speców w dziedzinie propagandy. Szczególnie wyraźnie
tendencja ta wydaje się widoczna w przekazie mainstreamowych mediów na temat
katastrofy smoleńskiej. W tym miejscu zwrócę uwagę tylko na niektóre z palety
technik propagandowych. Niezwykle silną bronią jest przemilczenie powodujące
wykluczenie niepożądanych kwestii z dyskursu publicznego. Taki los spotkał
początkowo wszystkie teorie zakładające celowe doprowadzenie do katastrofy
smoleńskiej. Pomimo tego, iż w wielu polskich domach obok innych rozważano
również tę hipotezę, w głównych mediach krajowych (w przeciwieństwie do wielu
zagranicznych) temat ten praktycznie nie istniał. Dopiero w ostatnich
tygodniach, po ujawnieniu skandalicznego zachowania się strony rosyjskiej i
rażącej niefrasobliwości strony polskiej, kwestia ewentualnego zamachu
zaistniała w szczątkowej formie w największych mediach. Natychmiast jednak
zastosowano inną metodę deprecjacji jej zwolenników, przyklejając im etykietę
oszołomów i bezkrytycznych zwolenników teorii spiskowych (nawiasem mówiąc: nie
sposób udowodnić, że nigdy w historii świata nie zawiązano żadnego spisku, więc
to raczej przeciwnicy teorii spiskowych są bezkrytyczni wobec faktów). Nagminnie
stosowaną formą manipulacji informacją jest brak odseparowania elementów czysto
informacyjnych od interpretacji zaprezentowanych faktów. Wymieszanie tych dwóch
elementów sugeruje, że treść interpretacji jest elementem informacji, a więc
należy do kategorii obiektywnej, czystej od wtrętów propagandowych. W
rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie – w czasie percepcji tak spreparowanego
komunikatu odbiorca przyswaja fakty wraz z ich "jedynie słuszną" interpretacją.
Na zastosowanie takiego właśnie zabiegu przez Polską Agencję Prasową opisującą
prace parlamentarnego zespołu ds. zbadania przyczyn katastrofy smoleńskiej
skarżył się jego przewodniczący Antoni Macierewicz. Wreszcie, w kontekście
ostatniej "afery" w związku z rzekomą treścią wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego,
jak również kuriozalnego oświadczenia Rady Etyki Mediów z 16 października,
należy podkreślić wyraźną asymetrię w przekazywaniu opinii publicznej stanowiska
zwolenników polityki władz polskich i rosyjskich wobec katastrofy smoleńskiej
oraz jej przeciwników. Ta celowo stosowana dysproporcja niemająca, jak się
wydaje, nic wspólnego z rzeczywistą wagą argumentów, foruje tylko jedną stronę
debaty publicznej, osłabiając szanse strony przeciwnej na dotarcie ze swoim
przekazem do szerokich kręgów społecznych.
Dr Jarosław Rabiński
Autor jest historykiem, pracownikiem naukowym KUL, stypendystą Polonia Aid
Foundation Trust, autorem monografii "Konstanty Turowski 1907-1983. Życie,
działalność, myśl społeczno-polityczna" (2008) nominowanej do Nagrody im. prof.
T. Strzembosza, a także licznych artykułów naukowych poświęconych historii XX
wieku.
