Klich nie szarpał Klicha

Na pokładzie Tu-154M za czasów prezydenta Lecha Kaczyńskiego podstępne
stewardesy podsuwały pasażerom szklaneczki z wodą, która po spróbowaniu
okazywała się alkoholem. Ten wymysł tygodnika "Wprost" ma wytłumaczyć, w jaki
sposób alkohol mógł się znaleźć we krwi gen. Andrzeja Błasika. Dowódca Sił
Powietrznych, który zginął w katastrofie pod Smoleńskiem, został
scharakteryzowany przez dziennikarzy Tomasza Lisa jako człowiek pozbawiony
skrupułów, apodyktyczny, wywierający presję na załogi pilotujące rządowe
maszyny, a przy tym niezbyt zdolny, choć pracowity. Rozmówcy "Naszego Dziennika"
zauważają, że jest w tym tyle prawdy, co w tezie, jakoby Edmund Klich dopuścił
się rękoczynu wobec ministra Bogdana Klicha.

"Wprost" odgrzewa tezę o niewystarczającym wyszkoleniu polskich pilotów i
szeroko rozwodzi się na temat działalności płk. Edmunda Klicha, polskiego
akredytowanego przy Międzypaństwowym Komitecie Lotniczym (MAK). I tak Klich miał
robić wszystko, by współpraca z MAK układała się dobrze, i w efekcie zdobył
nagrania z wieży smoleńskiej. Polski akredytowany w dniu tragedii w Smoleńsku
miał złapać za klapy płaszcza szefa MON i krzyczeć, że przyczyną tragedii Tu-154
było niedostateczne wyszkolenie polskich pilotów i to, że nie wyciągnięto
odpowiednich wniosków z wypadku CASY. Sam Edmund Klich ocenia publikację
"Wprost" jako "dobrą". – To jest dobry artykuł. Poza tym, że nie targałem
ministra Klicha za klapy płaszcza. To zwykła nadinterpretacja – mówi. Jak
twierdzi, sugestie, iż zaistniał medialnie dzięki katastrofie smoleńskiej, jego
zdaniem należy rozpatrywać w kontekście ewentualnych korzyści, jakie mógłby
osiągnąć, ale których de facto brak. – Czy ja startuję do Sejmu, czy staram się
o jakieś szczególne posady? – pyta Klich. Podkreśla przy tym, że ciągle
podtrzymuje tezę o złym wyszkoleniu polskich pilotów. – Ja swoich wystąpień nie
zmieniam – zastrzega. Nie zaprzecza, że miał miejsce jego konflikt z byłym
szefem PKBWL Stanisławem Żurkowskim. Ani Klich, ani Żurkowski nie chcą się już
na ten temat wypowiadać.

Piloci krytykują Klicha
Jak zaznacza w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" gen. bryg. pil. Anatol Czaban,
były szef szkolenia Sił Powietrznych, obecnie asystent szefa Sztabu Generalnego
ds. Sił Powietrznych, błąd to jest nieświadome działanie, czyli coś, co wynika z
naszych nieumiejętności, niedoszkolenia, złego podziału uwagi czy zaniedbania. –
Podkreślę to, co wielokrotnie twierdziłem. Załoga była dobrze wyszkolona.
Dowódca załogi uzyskał pełne uprawnienia w 2008 r., posiadał duże doświadczenie.
Obarczanie dzisiaj jakąkolwiek winą załogi, zanim jeszcze zebrane zostaną
wszystkie materiały, nie świadczy dobrze o tych, którzy się tak wypowiadają –
ocenia gen. Czaban. Jak zaznacza, od roku 2004 poziom wyszkolenia personelu
latającego Sił Powietrznych systematycznie rósł. Dowodem na to są statystyki. W
roku 2004 nalot Sił Powietrznych wynosił blisko 29 tys. godzin. W roku 2008 było
to już ponad 37 tys. godzin. Wzrastał poziom wyszkolenia pilotów. – Uważam, że
pan Edmund Klich powinien raczej się skupić na pilnowaniu strony rosyjskiej, a
nie na promowaniu własnej osoby i nie powinien wypowiadać się na temat poziomu
wyszkolenia naszych pilotów już od pierwszych dni po katastrofie, bo to nie
leżało w jego gestii – tłumaczy Czaban. – Pan Klich nie badał wypadku C-295M. To
był wypadek badany przez komisję wojskową, pana Klicha przy tym nie było. Jestem
przekonany, że pan Klich nie zapoznał się z "Białą księgą", bo zanim zaczął się
na ten temat wypowiadać, to dokument ten znajdował się wyłącznie w dyspozycji
ministra obrony narodowej. Wiedza na temat zdarzenia w Mirosławcu, a tym
bardziej przedsięwzięć realizowanych przez SP po jego zaistnieniu, nie była
potrzebna stronie rosyjskiej. Jak wiemy, w protokole MAK znalazły się błędy
nawet w nazwie jednostki, błędnie podano osiągnięty przez personel latający
nalot i zawarto szereg innych nieścisłości. Na tym, oprócz statutowych
obowiązków, powinien się skupić akredytowany przedstawiciel RP. Uważam, że
używanie tak kategorycznych stwierdzeń, jak "nic nie zrobiono", w przypadku
braku wiedzy jest nawet niemoralne – ocenia gen. Czaban. "Wprost" zarzucił też
"Naszemu Dziennikowi", jakoby "pastwił się" nad Edmundem Klichem za podnoszone
przez niego tezy o presji wywieranej na pilotów Tu-154 przez generała Andrzeja
Błasika. – Nigdy bym nie powiedział, że "Nasz Dziennik" kiedykolwiek i nad
kimkolwiek się pastwił – ocenia gen. Czaban.

Generał Błasik nie wywierał presji
"Wprost" rozwodzi się też szeroko nad charakterem dowódcy Sił Powietrznych gen.
Andrzeja Błasika. Został on sportretowany jako osoba ambitna, ale i człowiek
apodyktyczny, nieznoszący sprzeciwu ze strony swoich podwładnych, który w
dodatku niejednokrotnie przejmował stery od pilotów. Anonimowy rozmówca mówi
"Wprost", że gen. Błasik nie miał zaufania do mjr. Arkadiusza Protasiuka,
którego uważał za "żółtodzioba", pilota bez wystarczającego doświadczenia w
lataniu. Dlatego, sugeruje rozmówca tygodnika, generał Błasik wszedł do kokpitu,
by "mieć wszystko na oku". – Mogę stwierdzić, że są to wypowiedzi wysoce
nieuprawnione. Generał Andrzej Błasik nie latał na tupolewach. A mjr Protasiuk
był najlepiej wyszkolonym pilotem w specpułku. Nie wierzę też w żadne naciski na
pilotów. Do kabiny nie można wejść, żeby być blisko drugiego pilota czy
kapitana. Jest to fizycznie niemożliwe, po drodze siedzi jeszcze technik i
nawigator. Ta teza jest absurdalna – mówi gen. Czaban. Z artykułu wyłania się
obraz gen. Błasika jako będącego w konflikcie z obecnym szefem MON Bogdanem
Klichem, w który miał wejść po katastrofie wojskowej CASY. Błasikowi miała
grozić nawet dymisja, do której nie doszło tylko dlatego, że wstawił się za nim
prezydent Lech Kaczyński. Konflikt Błasik – Klich miał się rzekomo zaognić w
pierwszą rocznicę tej katastrofy, gdy pojawiły się informacje, jakoby Błasik
miał wywierać naciski na rodziny po zmarłych tragicznie oficerach. Według
tygodnika, Błasik telefonował do jednej z wdów z prośbą, by nie relacjonowała w
mediach tego, jak to wojsko traktuje rodziny ofiar. Według dziennikarzy
"Wprost", widmo dymisji sprawiło jednak, że dowódca Sił Powietrznych zainicjował
przy pomocy żony spotkania wdów w siedzibie dowództwa i objął patronat nad
skupiającym je Stowarzyszeniem "W cieniu Orła". – Generał Błasik robił wszystko,
by pomóc tym rodzinom, wszystko to, co było w zakresie jego kompetencji. To, że
robił to tylko dlatego, że groziła mu dymisja, jest dla niego bardzo obraźliwe –
ocenia gen. Czaban. – Andrzej zawsze był odpowiedzialny i ambitny, ale też
wymagający. Bardzo pracowity i zdecydowany. Ale w moim przekonaniu, to są dobre
cechy dowódcy, nie widzę w tym nic złego, tak samo jak w tym, że bardzo dużo się
uczył. Nie wierzę w jakąkolwiek presję, jaką miałby wywierać na pilotów. W
każdym locie jest podana załoga tego samolotu. Skład załogi musi być podany w
planie lotu. Z tego co wiem, tu nie miało to miejsca – mówi w rozmowie z "Naszym
Dziennikiem" pilot, który pracował z gen. Błasikiem. – Co do telefonu, wiem
tylko to, że nigdy żaden dowódca nie zrobiłby tego bez porozumienia się w tej
sprawie z ministrem obrony – dodaje nasz rozmówca. – Nie wiem, na jakiej
podstawie można mówić takie rzeczy. To ciągłe szukanie winy u Andrzeja staje się
już niepoważne – dodaje płk rez. pilot Wojciech Krupa.
Faktem jest, że kariera gen. Błasika nabrała tempa za czasów, gdy MON szefował
Aleksander Szczygło. To również podnosi "Wprost", powołując się na wypowiedź
Janusza Zemkego, szefa MON w rządzie SLD. Za czasów ministra Szczygły nastawiano
się na kadrę ludzi młodych, co nie znaczy, że gorszych i mniej doświadczonych. A
co może się nie podobać ludziom pokroju posła Zemkego, który na wysokich
stanowiskach widziałby najchętniej 70-latków ze starej PRL-owskiej ekipy?
Andrzej był tu przykładem niezrównanej pracy i człowiekiem o niebywałej wiedzy.
Nie da się wymazać jego zasług przy sprowadzaniu amerykańskich F-16 czy też
zaprzeczyć jego szkoleniom w USA – podnoszą nasi rozmówcy. – To za czasów gen.
Błasika w kwestiach organizacji procedur i metod wyszliśmy w pełni z Układu
Warszawskiego, a weszliśmy w natowskie standardy – zauważa gen. Czaban.

Stewardesy roznoszą napoje, nie drinki
"Wprost" rozwodzi się także, jakoby w zwyczaju było, że podczas lotów z
prezydentem Lechem Kaczyńskim stewardesy roznosiły kubeczki z wodą, która po
pierwszym łyku okazywała się "wodą z procentami". Tygodnik Lisa powołuje się tu
jakoby na relacje dziennikarzy, którzy latali z prezydentem. Przeczą temu jednak
relacje innych dziennikarzy, którzy wielokrotnie latali Tu-154M z delegacją
prezydencką. – W tym tekście pada sugestia, że alkohol jest podawany na
pokładzie samolotu bez wiedzy pasażera. Nigdy czegoś takiego nie było ani nigdy
o czymś takim nie słyszałem, żeby stewardesa podała coś pasażerowi bez jego
wiedzy. Tym bardziej trudno sobie wyobrazić, że mogłaby ona podać alkohol
ministrowi czy generałowi bez jego wiedzy. Normalnie odbywa się to tak, że na
wózku znajdują się różne napoje bezalkoholowe. Jeżeli ktoś chce napić się czegoś
"z procentami", musi o to poprosić – mówi Artur Kowalski, dziennikarz "Naszego
Dziennika". Jak zauważa, ten sam wózek, z tym samym asortymentem, czyli bez
napojów alkoholowych, "jedzie" też do salonki VIP-ów. Jak twierdzi gen. Czaban,
praktyki tego rodzaju nie miały nigdy miejsca.

 

Anna Ambroziak

drukuj