Klich gubi się w kłamstwach

Z Władysławem Protasiukiem, ojcem mjr. Arkadiusza Protasiuka, dowódcy
lotu PLF 101 do Smoleńska, rozmawia Marta Ziarnik

Wyniki nowej ekspertyzy głosowej z kokpitu Tu-154M 101 przeprowadzonej
przez naukowców z krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych im. dr. Jana Sehna
świadczą o ordynarnych mistyfikacjach w raportach MAK i komisji Jerzego Millera.
Wszystko wskazuje na to, że załoga prawidłowo odczytywała dane z
wysokościomierza i przestrzegała procedur.

– Nawet pani nie wie, jak bardzo mnie to cieszy, że wreszcie oficjalnie
zaprzeczono dotychczasowym kłamstwom. Mnie jako ojcu serce krwawiło przy tego
rodzaju kłamstwach wysuwanych pod adresem Arkadiusza i pozostałych członków
załogi. Jestem bowiem pewien, że osoba, która z taką sumiennością i starannością
podchodziła do wszystkich powierzonych jej zadań i która tak dużą wagę
przywiązywała do ciągłego doskonalenia jak mój Syn, nie mogła popełnić podobnych
błędów, jakie były mu zarzucane. Moje przekonanie umacniali koledzy i przełożeni
Syna oraz drugiego pilota Roberta Grzywny, którzy za każdym razem podkreślali,
że załoga tragicznego lotu do Smoleńska to byli świetni fachowcy w swojej
dziedzinie. Obaj sumiennie podchodzili do nauki. A latanie to była nie tyle ich
praca, ile największa pasja i miłość, której oddawali się całym sercem. W
trakcie naszej pierwszej rozmowy pokazywałem pani dyplomy i zdjęcia Arkadiusza z
wielu dodatkowych kursów doszkalających, które wykraczały daleko poza standardy
służby w 36. SPLT, a które robił wyłącznie z własnej inicjatywy. Jak mówił,
chciał być w tym najlepszy. To chyba najlepiej świadczy o tym, że o braku
wyszkolenia w ich przypadku nie może być mowy. Wielu z kolegów pilotów i
przełożonych Arkadiusza podkreślało to także w rozmowie z "Naszym Dziennikiem",
zaprzeczając jednocześnie również innym wysuwanym przez MAK oszczerstwom, jakoby
załoga nie była ze sobą zżyta i nie miała wcześniej okazji zgrać się ze sobą w
pracy. Wszyscy przyznawali, że Arkadiusz i Robert świetnie się ze sobą
dogadywali, że byli zgrani i dobrze czuli się w swoim towarzystwie. Nie mogło
więc być mowy o braku współdziałania pomiędzy nimi. Dlatego też na początku było
dla mnie niepojęte, jak MAK mógł wysnuć podobne bzdury. Później jednak
zrozumiałem, że taka manipulacja miała na celu wytworzenie całej otoczki wokół
kłamstwa o winie pilotów, dzięki któremu starano się zatuszować rzeczywiste
przyczyny katastrofy z 10 kwietnia 2010 roku. Dziś wreszcie krakowski Instytut
Ekspertyz Sądowych na podstawie szczegółowo przeprowadzonych analiz potwierdza,
że załoga prawidłowo odczytywała dane z wysokościomierza oraz że przestrzegała
wszystkich procedur. Mam nadzieję, że dzięki dalszej pracy ekspertów uda się
niedługo wyjaśnić przyczyny katastrofy i tym samym zmyć tę straszną plamę na
polskim honorze.

Pada lansowana niemal od pierwszych chwil po katastrofie teza naciskowa
z gen. Andrzejem Błasikiem w roli głównej. To zaskoczenie dla Pana?

– Przyznam szczerze, że na początku dałem się zwieść manipulacjom i kłamstwom
serwowanym nam przez Rosjan, polski rząd i niektóre media, jakoby dowódca Sił
Powietrznych przebywał w kokpicie. Od samego jednak początku podkreślałem, że
jego obecność nie mogła mieć negatywnego wpływu na pracę załogi, czyli jak
wspomniane powyżej źródła wmawiały – popełnienie przez nich podstawowych błędów
na skutek presji. Obawiam się jednak, że te powtarzane przez kilkanaście
miesięcy kłamstwa zdążyły się już mocno wryć w świadomość obywateli i teraz
trudno będzie to wszystko wymazać. Zwłaszcza że było ich tak wiele.

Co do samej presji, to też było na jej temat kilka teorii. MAK w swoim
raporcie mówił o bezpośredniej presji psychicznej na załogę, raport Millera zaś
o pośredniej. Trudno teraz będzie bronić tych filarów obu raportów.

– Otóż to. Teraz okazuje się, że gen. Błasik nie tylko że nie wywierał na załogę
presji, ale mogło go w ogóle nie być w kokpicie w kluczowej fazie lotu. I że
jest to w ogóle bez związku z katastrofą. W związku z powyższym, jak zauważyła
pani na początku, wyniki pracy krakowskich ekspertów ostatecznie dowodzą, że
zarówno MAK, jak i komisja pana ministra Jerzego Millera dopuściły się wielu
przekłamań i fałszerstw, o czym niezależni eksperci i komentatorzy, m.in. na
łamach "Naszego Dziennika", mówili od wielu miesięcy.

Wygląda na to, że śledztwo powinno ruszyć od początku. Należałoby
zweryfikować raport komisji Jerzego Millera?

– Absolutnie się z tym zgadzam. Już pierwsze z całej tej lawiny kłamstw, które,
na szczęście, wyszły na jaw, powinno przekreślić dotychczasowe prace w tej
kwestii. Osoby, które dopuściły się manipulacji, świadczenia nieprawdy i
ukrywania prawdziwych informacji, powinny zostać postawione w stan oskarżenia, a
na ich miejsce powinni zostać wybrani nowi, niezależni eksperci, którzy na nowo
zajmą się śledztwem. W przypadku, gdy wychodzi na jaw, iż nie tylko strona
rosyjska dopuszcza się zakłamywania faktów, ale na szkodę państwa polskiego
działają także niektórzy oficerowie i politycy, śledztwo powinna przejąć
międzynarodowa, niezależna komisja. Zwłaszcza że Polska buduje nie tylko
struktury NATO i Unii Europejskiej, ale jest też sojusznikiem Stanów
Zjednoczonych.

Mówiąc o oficerach działających na szkodę naszego kraju, ma Pan na myśli
kogoś konkretnego?

– Pani redaktor, chyba wszyscy, którzy choć trochę śledzą tę sprawę, wiedzą, o
kim mowa. Między innymi mam na myśli płk. Edmunda Klicha, który niezależnie od
tego, jakie fakty wychodzą na jaw, kurczowo trzyma się swoich absurdalnych
teorii. Wszystko wskazuje na to, że podawane przez niego "fakty" są wyłącznie
wymysłem jego chorej wyobraźni. Uważam, że pan Klich jest ostatnią osobą, która
ma dziś moralne prawo do zabierania głosu na forum publicznym. Właściwym
miejscem jego wypowiedzi powinien być prokuratorski pokój przesłuchań. Sądzę, że
Klich boi się dowodów, z którymi niechybnie będzie musiał się konfrontować, i to
wkrótce.

To właśnie szef Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych jako
pierwszy poinformował o obecności gen. Błasika w kokpicie i jego domniemanych
naciskach na załogę, twierdząc, że osobiście słyszał na nagraniach głos dowódcy
Sił Powietrznych.

– Rzeczywiście powiedział tak podczas telewizyjnego wystąpienia, umożliwiając
tym samym MAK-owi dalsze kłamstwa w tej materii. Teraz jednak, jak czytam, gdy
kłamstwa te wyszły na jaw dzięki naukowcom z krakowskiego instytutu, pan Klich
wszystkiemu zaprzecza, twierdząc, że nie słyszał osobiście, tylko dostał taką
informację od innego eksperta z komisji Millera. To się w głowie nie mieści! Ten
pan gubi się już w swoich kłamstwach. I nie rozumiem, jak to możliwe w
cywilizowanym, demokratycznym kraju, by za te wszystkie kłamstwa, które
konsekwentnie przecież prowadziły śledztwo smoleńskie na złe tory, do tej pory
nie poniósł żadnych konsekwencji! Między innymi przez niego kilkunastomiesięczne
śledztwo trzeba teraz przekreślić, wyrzucić do śmietnika i przeprowadzić na
nowo. Tylko teraz nie możemy pozwolić na to, by sytuacja się powtórzyła. Musimy
kategorycznie zażądać od Rosjan wydania nam oryginałów czarnych skrzynek, wraku
samolotu i pozostałych dowodów i bazować na nich, a nie na kopiach i rosyjskich
ustaleniach. I co najważniejsze, nowe śledztwo prowadzić przy współpracy z
ekspertami międzynarodowymi, którzy mają większe doświadczenie w tego typu
sprawach i dysponują lepszym sprzętem. Teraz bowiem, gdy minęło już tak dużo
czasu od katastrofy i wiele dowodów uległo zniszczeniu, śledztwo wymaga
zastosowania znacznie bardziej precyzyjnego sprzętu i metod, którym dysponują
chociażby Amerykanie.

Poza zarzutami o wywieranie nacisków był też cały łańcuch innych
mistyfikacji: alkohol we krwi gen. Błasika czy kłótnia między nim a Pana synem
jeszcze przed startem z Okęcia.

– Te kłamstwa były tak szyte, by upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Czyli z
jednej strony zrzucenie na gen. Błasika odpowiedzialności za start samolotu w
momencie złego przygotowania całej delegacji, a z drugiej – wykreowanie
rzekomych błędów załogi, popełnionych pod wpływem "presji" ze strony
zwierzchnika. Wszystkie te bzdury i podsycany przez media szum wokół nich przez
całe miesiące świetnie maskowały prawdziwe przyczyny katastrofy i chroniły przed
odpowiedzialnością osoby, które rzeczywiście ponoszą winę za tę koszmarną
organizację lotu na uroczystości 70. rocznicy mordu katyńskiego najważniejszych
osób w państwie. Doprowadziło to nie tylko do wściekłej nagonki na rodziny ofiar
tych zaniedbań, ale także do zniesławienia polskiego munduru.

Słyszał Pan, jak wyniki pracy krakowskich ekspertów skomentował rzecznik
rządu Paweł Graś?

– Jeszcze nie.

To Panu powiem. Stwierdził, że "nie ma znaczenia, czy w kokpicie
tupolewa był gen. Błasik, czy nie", gdyż i tak "ofiarom katastrofy nie przywróci
to życia".

– Życia nie przywróci, ale ich zszargany honor – tak! Podobne wypowiedzi są dla
mnie niepojęte. Sprowadzają się do tego, że przyzwala się rzucać kalumnie na
osoby nieżyjące – i to bez jakichkolwiek dowodów, jedynie w oparciu o propagandę
szeptaną – by zrzucić na nie winę, skoro i tak już same bronić się nie mogą.
Wszelkie zaś próby ich oczyszczenia z niesłusznych zarzutów są wściekle
atakowane. I to się dzieje w demokratycznym państwie?

Dziękuję za rozmowę.

***

Wolta akredytowanego

Inspektorat MON ds. Bezpieczeństwa Lotów nie wyklucza powołania specjalnej
komisji, która przeanalizuje sporządzoną na zlecenie prokuratury wojskowej
ekspertyzę fonoskopijną rekordera głosowego z rządowego tupolewa, który rozbił
się pod Smoleńskiem
– Komisja Badania Wypadków Lotniczych od wielu lat zajmuje się wypadkami w
lotnictwie państwowym, tak w Siłach Zbrojnych, jak i w lotnictwie służb porządku
lotniczego. Jeżeli będą takie przesłanki, że komisja ma powstać, żeby badać nowe
fakty, to prawdopodobnie może tak się stać – mówi w rozmowie z "Naszym
Dziennikiem" płk Mirosław Grochowski, szef Inspektoratu MON ds. Bezpieczeństwa
Lotów. Jeśli będą przesłanki ku temu, by powołać nową komisję, to prawdopodobnie
tak się stanie – dodaje, zaznaczając, że musi się osobiście zapoznać z nowymi
odczytami z rejestratora głosowego tupolewa, a przesłanki musiałyby być na tyle
ważne, że zmieniałyby dotychczasowy obraz katastrofy.
Możliwość taką daje znowelizowana we wrześniu 2010 r. ustawa Prawo lotnicze.
Umożliwia ona wznowienie badań przez nowo powołaną komisję. Komisja Jerzego
Millera, która badała okoliczności tragedii smoleńskiej, zakończyła swoją
działalność publikacją raportu. Wypadkami w lotnictwie lotnictwa państwowego
zajmuje się Inspektorat MON ds. Bezpieczeństwa Lotów. – Zgodnie z prawem
lotniczym może utworzyć stałą komisję w tym inspektoracie, która będzie badała
wypadki lotnicze lotnictwa państwowego. Takie możliwości występują pod
warunkiem, że nowe fakty, które wypływają przy każdym rodzaju badania, są na
tyle istotne, że mogą w sposób bardzo konkretny zmienić przyczynę i okoliczności
wypadku – mówi w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" dr inż. Maciej Lasek, wiceszef
podkomisji lotniczej komisji Millera.

Kto po Millerze
Skład komisji nie musi być tożsamy ze składem komisji Millera. Szef Inspektoratu
przedstawia propozycję składu komisji ministrowi obrony narodowej, który
zatwierdza go w porozumieniu z ministrem ds. wewnętrznych.
W kabinie pilotów nie zidentyfikowano głosu gen. Andrzeja Błasika, dowódcy Sił
Powietrznych RP – wynika to z analizy jednej z czarnych skrzynek rządowego
Tu-154. Podczas lądowania w Smoleńsku gen. Błasik nie wypowiedział dotąd
przypisywanych mu słów. W rzeczywistości ma je wypowiadać drugi pilot ppłk
Robert Grzywna. Naczelna Prokuratura Wojskowa sprawy nie komentuje. Zapowiada
jedynie, że ma dużo do przekazania na konferencji prasowej, jaka ma się odbyć w
najbliższy poniedziałek. Czy stenogramy zostaną ujawnione, jeszcze nie wiadomo.

Analizę nagrań z Cockpit Voice Recorder (CVR) przeprowadzili eksperci z
krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych im. dr. J. Sehna. Badając kopię,
naukowcy zidentyfikowali głosy dziewięciu osób, przyporządkowując je do trzech
grup. "Nasz Dziennik" ustalił, że z "wysokim prawdopodobieństwem" głosy
przypisano członkom załogi Tu-154, "najwyższym prawdopodobieństwem" – załodze
Jak-40. Uznano też, że "prawdopodobnie" jeden z głosów należy do dyrektora
protokołu dyplomatycznego MSZ Mariusza Kazany oraz stewardesy Barbary
Maciejczyk. Jednocześnie ustalono, że nie ma podstaw, by przeprowadzać dalsze
analizy identyfikacji nagrań. Stwierdzono też, że analizę stanu emocjonalnego
załogi przeprowadzi zakład psychologii sądowej krakowskiego instytutu.

Klich: Tak powiedzieli Rosjanie
Fragmenty rozmowy załogi Tu-154M rok temu ujawniała na konferencji prasowej w
Moskwie gen. Tatiana Anodina, przedstawiając opinii publicznej raport
Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego. – Obecność w kabinie dyrektora protokołu
dyplomatycznego MSZ Mariusza Kazany i dowódcy Sił Powietrznych gen. Andrzeja
Błasika oraz przewidywana negatywna reakcja prezydenta Lecha Kaczyńskiego
stanowiła presję na załogę Tu-154M, by lądować w Smoleńsku. We krwi dowódcy Sił
Powietrznych gen. Andrzeja Błasika stwierdzono obecność alkoholu – mówiła
wówczas szefowa MAK. Jednak już wcześniej, bo w maju 2010 r., o obecności gen.
Błasika w kabinie pilotów Tu-154M mówił płk Edmund Klich, szef Państwowej
Komisji Badania Wypadków Lotniczych, polski akredytowany przy MAK, który
uzasadniał to w ten sposób, że gen. Błasik, wchodząc do kabiny pilotów, "chciał
zorientować się w sytuacji". Informacje te podchwyciły od razu "Gazeta Wyborcza"
i TVN, propagując tezę o naciskach na załogę, jakie miał wywierać dowódca Sił
Powietrznych. Odnosząc się do nowych ustaleń IES, Klich stwierdził, że
"porządkują one pewne sprawy, ale jej istoty nie zmieniają". – Nikt chyba nie
podważa tego, że pan gen. Błasik był w kokpicie do końca – obstaje przy swoim
Klich. – Nie zmienia to zasadniczej sprawy, że przekroczyli [piloci – red.]
wysokość decyzji i zniżyli się na wysokość niedopuszczalną – ocenił. Jego
zdaniem, nie ma konieczności wznawiania badań przez komisję. – Te informacje
niewiele zmieniają, jeśli chodzi o ustalenie okoliczności zdarzenia. To że ktoś
nie wypowiada jakichś słów, to nie znaczy, że jest to precyzyjniejsze – brnie
dalej.
Wiarygodność słów Klicha jest tu jednak mocna wątpliwa. Tuż po godzinie 13.00 w
TVN24 były akredytowany przy MAK podkreślał, że na nagraniach, których wcześniej
słuchał, są słowa dowódcy Arkadiusza Protasiuka, który zwraca się do kogoś:
"panie generale". – Do kogo innego by te słowa wypowiadał – mówi Klich,
stwierdzając, że jest przekonany, iż padły one pod adresem gen. Błasika. Dwie i
pół godziny później w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" dopytywany o to, w którym
momencie miały paść te słowa, polski akredytowany niespodziewanie zaczął się
wycofywać ze swojej tezy. – Musiałem coś źle skojarzyć. Przepraszam. Dawno
[nagrań – red.] nie studiowałem, więc być może to pomyliłem z tym słowami na
wieży, którymi Krasnokutski się zwraca. Nie mogłem tego sprawdzić, jestem poza
Warszawą, nie mam tego w komputerze – tłumaczył się.

Kulisz: Latkowski bredzi
Tezy MAK o naciskach szybko zagnieździły się w polskiej opinii publicznej.
Podjęli je Jan Osiecki, Tomasz Białoszewski i Robert Latkowski. W książce
"Ostatni lot" oszkalowali gen. Błasika, przedstawiając go jako despotę
wywierającego naciski na załogę. "Spółka autorska" powołała się na jeden z lotów
treningowych na Jaku-40, podczas którego Błasik, który leciał jako drugi pilot,
miał wywierać presję, by wylądować w skrajnie trudnych warunkach, poniżej
minimów meteo na lotnisku w Krzesinach. Jak mówi jednak kpt. Piotr Kulisz, który
był wtedy pierwszym pilotem, to wierutne kłamstwo. – Pan generał był człowiekiem
bardzo wyważonym i wyrozumiałym. Nie wywierał żadnych nacisków. Zła pogoda nas
zaskoczyła. Chmura śniegu dopadła nas wtedy już podczas przyziemienia. Pan
generał przyjął moją argumentację, że nie możemy wracać w tych warunkach do
Warszawy – relacjonuje w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" pilot.
Nowa ekspertyza nagrań z CVR zaprzecza jakiejkolwiek tezie naciskowej. – Stawia
ona kropkę nad i. Nie było żadnych nacisków na załogę – mówi Piotr
Pszczółkowski, pełnomocnik Jarosława Kaczyńskiego. Taka była też konkluzja
raportu komisji Millera. – Z nagrań nie wynika, żeby pan gen. Błasik czy pan
prezydent Kaczyński wywierali nacisk na załogę, każąc jej lądować. Ani rosyjski
odczyt, ani polski nie wskazują na bezpośredni nacisk gen. Błasika i prezydenta
Kaczyńskiego – mówił po publikacji raportu szef MSWiA i przewodniczący KBWLLP
Jerzy Miller. Raport potwierdza jednak obecność gen. Błasika w kokpicie w
ostatniej fazie lotu. Miał on przywitać się z załogą i dwa razy odczytać
wysokość lotu wysokościomierza barometrycznego. Ponadto gen. Błasik miał
stwierdzić, gdy samolot znajdował się na wysokości 65 metrów, że nic nie widać.
– To są jedyne zarejestrowane słowa gen. Błasika w kabinie pilotów. W kokpicie
nie powinno być nikogo, poza załogą, przy zniżaniu się samolotu do lądowania –
oceniał wówczas Miller. Czy ekspertyzę należy traktować jako alternatywę wobec
opinii centralnego biura kryminalistycznego KGP sporządzonej dla komisji
Millera? Zdaniem prawników, prokuratura powinna ocenić wiarygodność obu
materiałów, którymi dysponuje – w aktach śledztwa jest i raport Millera, i
ekspertyza instytutu krakowskiego. Jednak waga tego ostatniego jest zupełnie
inna – ekspertyza IES została przeprowadzona na zlecenie prokuratury. – Jedyną
opinią procesową jest opinia wydana przez Instytut Sehna. Nie oznacza to, że
raport Millera nie ma jakiegokolwiek znaczenia dla śledztwa. Kiedy wpływa opinia
procesowa, organ, czyli prokuratura, powinna ocenić pod kątem jej pełności,
jasności i sprzeczności z dokumentem który powstał z komisji – mówi mec. Rafał
Rogalski. W celu zbadania, skąd wzięły się różnice między oba dokumentami,
prokuratura może wezwać tych biegłych albo z krakowskiego instytutu, albo
innych. Mogą oni wydać opinię uzupełniającą.

Sikorski do pióra
– Drugą sprawą jest ocena tych rozbieżności z punktu widzenia karnego.
Niedopełnienie obowiązków przez polskich urzędników, którzy uczestniczyli w
odsłuchaniu nagrań w Moskwie, doprowadziło do sytuacji, że powstały te duże
różnice. Gdyby okazało się, że analizy były przeprowadzone metodami
nierzetelnymi, można byłoby mówić już o odpowiedzialności karnej tych osób –
mówi Bartosz Kownacki, pełnomocnik procesowy wdowy po dowódcy Sił Powietrznych
Ewy Błasik. Zdaniem prawników, powinien nastąpić zwrot w prowadzonym przez
prokuraturę śledztwie i stać się poważnym dowodem podważającym raporty MAK oraz
ten przygotowany przez byłego szefa MSWiA Jerzego Millera. – Zwrot w śledztwie
powinien być, bo te informacje pokazują, co są warte dokumenty przygotowane
przez MAK i tzw. komisję Millera, na jakim poziomie abstrakcji tą sprawą się
zajmowano. Był pijany generał, były naciski, a teraz tego nie ma. Te raporty:
MAK i komisji polskiej, do niczego się teraz nie nadają, ale niestety ich główne
tezy poszły w świat – mówią. Nadal jesteśmy odcięci od dowodów rzeczowych,
takich jak wrak i oryginały czarnych skrzynek. Tu minister Sikorski powinien co
drugi dzień wysyłać listy do Moskwy w tej sprawie. Jak widać, nie wywiązuje się
ze swojego zadania – komentują prawnicy. – Okoliczności tej tragedii powinna
badać też komisja międzynarodowa, złożona z niezależnych ekspertów, powinna też
zostać powołana komisja śledcza. Obawiam się jednak, że przy tej koalicji
sejmowej do tego nie dojdzie, a nawet jeśli, to posiedzenia tejże komisji będą
farsą – oceniają. Na liście osób, których powinna była przesłuchać komisja
śledcza, powinny na pewno znaleźć się osoby, które miały zidentyfikować głos
generała Błasika w Moskwie. Ważne byłoby ustalenie, w jaki sposób gromadzono
materiał dowodowy, jaka była rola polskich biegłych. – Rosjanie oparli się na
fałszywych ekspertyzach sądowo-medycznych, na protokołach miejsca zdarzenia,
których do dziś nie mamy. To trzeba wyjaśnić – mówi Kownacki.
Prawnik nie ukrywa, że jest zniesmaczony dziennikarskim przeciekiem informacji
dotyczących obecności generała w kokpicie Tu-154. Jego zdaniem, Ewa Błasik miała
prawo jako pierwsza dowiedzieć się, co ustalili biegli z Instytutu Ekspertyz
Sądowych imienia Jana Sehna w Krakowie. Czy rodzina generała Błasika złoży pozwy
w sprawie szkalowania jego dobrego imienia? – Jeżeli ekspertyza wykluczy
obecność generała Błasiaka, to określone konsekwencje zawodowe, a być

Anna Ambroziak
 

 

drukuj