„…kiedy my żyjemy”
Każdy naród ma swój hymn państwowy, z którego powinien być dumny.
Różnie z tym bywa, zwłaszcza że są w Europie takie dwa państwa, które do dzisiaj
jeszcze zachowały swe hymny z epoki totalitaryzmu, hymny, pod którymi dokonywano
zbrodni ludobójstwa XX wieku.
Polacy, jak mało który naród, mogą i powinni być dumni ze swojego hymnu z
wielu powodów. Pieśń „Jeszcze Polska nie zginęła” jest datowana na koniec XVIII
w. i liczy sobie prawie 220 lat. To jeden z najstarszych hymnów w świecie i
Europie. Został napisany przez Józefa Wybickiego – poetę, polityka, wojewodę,
posła na Sejm 4-letni, żołnierza Powstania Kościuszkowskiego. Wtedy utwór
„Jeszcze Polska…” hymnem nie był i być nie mógł, bo dwa lata wcześniej
Rzeczpospolita jako państwo została wykreślona z geopolitycznej mapy Europy.
Przestaliśmy istnieć nie tylko jako państwo, ale co gorsza, Rosja, Prusy i
Austria rozdarły i rozebrały Polskę między siebie. Podjęły też wzajemne
zobowiązania w traktatach rozbiorowych, że nie dopuszczą do tego, by Polska
kiedykolwiek odrodziła się jako państwo. Był to tragiczny moment w dziejach
Polski, jak żaden wcześniej. Potęga zaborców zlikwidowała duże i zamożne państwo
w środku Europy, a inne europejskie kraje biernie albo nawet z aprobatą
przyglądały się temu bezprecedensowemu gwałtowi. Zdradziecki król targowiczanin
abdykował na rzecz władczyni Rosji. Insurekcja Kościuszkowska została
zdruzgotana przez Rosjan i Niemców. Rosyjscy sołdaci marszałka Suworowa w 1794
r. nie tylko mordowali bezbronnych polskich jeńców, ale dokonali też krwawej
rzezi Pragi, wyrzynając dosłownie całą jej ludność cywilną wraz z dziećmi i
kobietami. Większość przywódców powstania albo poległa śmiercią bohaterów jak
generał Jakub Jasiński, albo musiała uciekać z Polski. Najstraszliwszy los
spotkał tych, którzy dostali się do rosyjskiej niewoli. Był wśród nich Naczelnik
Tadeusz Kościuszko – bohater Polski i Ameryki, którego uwięziono w Twierdzy
Petropawłowskiej na skalistej wysepce u ujścia Newy do Bałtyku. Było to wtedy
najokrutniejsze więzienie na świecie.
W tych tragicznych okolicznościach
znaleźli się nieliczni, ale odważni patrioci polscy, którzy zdeterminowani
miłością Ojczyzny nie pogodzili się z utratą niepodległości i postanowili
działać. Byli to m.in. gen. Jan Henryk Dąbrowski oraz Józef Wybicki. To ten
ostatni zdefiniował na następne dziesięć pokoleń nie tylko polski czyn
niepodległościowy, ale także polską rację stanu, a także tożsamość narodową
Polaków. Takiej definicji nie tylko w hymnie państwowym, ale w ogóle nie ma nikt
w Europie ani na świecie. Wiekopomne jest bowiem pierwsze zdanie naszego
hymnu:
„Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy”.
Te słowa, ta prosta
myśl stanowią przesłanie dla Polaków na momenty najtrudniejsze, nawet te
najbardziej tragiczne. Niestety, historia nie szczędziła nam tragedii, a do nich
z pewnością należy to, co wydarzyło się 10 kwietnia 2010 roku.
Ta data z całą
pewnością przejdzie do naszej historii. Jest ona nie tylko jedną z najbardziej
tragicznych w naszych dziejach, ale zarazem jedną z najważniejszych. 10 kwietnia
2010 r. w niewyjaśnionej katastrofie pod Smoleńskiem tuż obok osławionego Lasu
Katyńskiego zginął Prezydent Rzeczypospolitej oraz towarzysząca mu grupa blisko
stu osób stanowiących elitę państwa i Narodu. Należy podkreślić, że wszyscy oni
zginęli za Polskę, na posterunku i w służbie Najjaśniejszej Rzeczypospolitej,
wykonując swoją ostatnią misję.
Tą misją miało być złożenie hołdu ofiarom
zbrodni ludobójstwa sowieckiego – tysiącom oficerów Wojska Polskiego, którzy
zostali wymordowani przed 70 laty przez państwo rosyjskie zwane wówczas
Związkiem Sowieckim. Prezydent Lech Kaczyński jak prawdziwy mąż stanu z głęboką
determinacją wypowiadał się wielokrotnie, że musi się udać do Katynia, aby
osobiście w imieniu Narodu uczcić pamięć pomordowanych nad dołami śmierci.
Tymczasem premier rządu Rosji Władimir Putin oficjalnie zaprosił do Katynia
jedynie premiera Donalda Tuska, a Prezydenta Kaczyńskiego ostentacyjnie pominął.
Teraz, kiedy mija pierwszy ból, kiedy pochowaliśmy Prezydenta i wciąż żegnamy
pozostałych zabitych w katastrofie, kiedy opadają początkowe emocje – należy
dokładnie i na zimno dokonać analizy rosyjskich i polskich wypowiedzi. Tych osób
mianowicie, które uznawały misję Lecha Kaczyńskiego w Katyniu jako niechcianą
wizytę. Niewątpliwie dla Władimira Putina – obecnego premiera, a niegdyś
prezydenta Rosji, a jeszcze wcześniej wysokiego funkcjonariusza KGB, przylot
Prezydenta Kaczyńskiego do Katynia był wizytą niechcianą i rosyjski premier
robił wszystko, by do niej nie doszło!
Brak słów, aby określić tragedię, jaka
po siedemdziesięciu latach po raz drugi wydarzyła się pod Smoleńskiem. Polska
ponownie straciła na tej ziemi swoją elitę polityczną, wojskową, intelektualną.
Jeśli to jeszcze nie apokalipsa, to z całą pewnością prawdziwa hekatomba. To
wydarzenie bez precedensu nie tylko w historii Polski. Takiej katastrofy nie
notują kroniki żadnego państwa Europy ani świata. Jedyną pocieszającą myślą w
tych dniach grozy i smutku jest specyfika przypisywana Polakom nie tylko przez
przyjaciół, ale nawet przez wrogów. Oto w krytycznych momentach historii, kiedy
wydaje się, że to już „finis Poloniae”, Polacy jako Naród i społeczeństwo
potrafią być wielcy, zdeterminowani i odpowiedzialni. Tak w historii
rzeczywiście bywało, choć jednak nie zawsze.
W dramatycznym okresie stanu
wojennego Zbigniew Herbert napisał ponadczasowy „Raport z oblężonego Miasta”,
który zakończył zdaniem:
„(…) i jeśli Miasto padnie a ocaleje jeden
on
będzie niósł Miasto w sobie po drogach wygnania
on będzie Miasto”.
Ta
strofa to dalekie echo słów „…kiedy my żyjemy”. Niech każdy weźmie te słowa do
siebie.
prof. Józef Szaniawski
