Kiedy konserwatyści przestaną oglądać TVP
Jak daleko posuną się politycy PO i SLD w eliminowaniu wszelkich przejawów
myślenia "propisowskiego" w mediach publicznych? Co mogłoby ich powstrzymać
przed całkowitym zawłaszczeniem świata środków społecznego przekazu? Środowiska
prawicowe muszą porzucić postawę widza obserwującego z boku tę sytuację i ostro
sprzeciwiać się lewicowo-liberalnej dominacji w mediach.
Pod pozorem odpolityczniania i rzekomego poprawiania jakości mediów trwa proces
pogłębiania nierównowagi w dostępie do publicznych środków społecznego przekazu
osób o poglądach prawicowych. Dotyczy to zarówno decyzji o władzach mediów,
doboru środowiska dziennikarskiego, dostępu do częstotliwości, jak i treści
prezentowanych w publicznych i prywatnych stacjach telewizyjnych oraz
rozgłośniach radiowych.
To widzowie wyznaczą granice zmian personalnych
Zakres zmian personalnych i programowych w mediach publicznych, dokonywanych
przez koalicję PO – SLD, oraz ostateczny kształt środków przekazu w Polsce
zależy od stopnia zorganizowania się i oporu widzów oraz słuchaczy, które mogą
przybierać różne formy. Od "głosowania pilotem", tj. zwiększenia liczby
oglądających wartościowe programy lub rezygnacji z odbioru programów jawnie
lewicowo-liberalnych, do wyrażania opinii o programach, dziennikarzach. Głosy
poparcia lub skargi na nierzetelność mogą trafiać do samych instytucji
medialnych, do autorów audycji, na fora internetowe. Istnieje ogromna,
niewykorzystana dotąd rezerwa aktywności opinii publicznej. To jej uruchomienie,
bez czekania na wynik kolejnych wyborów i jakieś bliżej nieokreślone zwycięstwo
PiS tak naprawdę zadecyduje o normach medialnego życia społecznego. Zbyt wielu
obywateli o poglądach prawicowych ciągle myśli, że sprawę załatwi za nich partia
Prawo i Sprawiedliwość, a najlepiej osobiście prezes Jarosław Kaczyński.
"Pierwszą powinnością odbiorców społecznego przekazu jest rozeznanie i wybór.
Odbiorcy winni gromadzić informacje na temat mediów – ich struktur, sposobów
działania i treści – i dokonywać odpowiedzialnych wyborów, kierując się zdrowymi
kryteriami etycznymi, które wskazują, co warto czytać, co oglądać i czego
słuchać. Dzisiaj każdy potrzebuje jakiejś formy permanentnej edukacji medialnej,
polegającej na własnych studiach, na udziale w zorganizowanych kursach lub na
jednym i drugim jednocześnie. Edukacja taka nie tylko pozwala poznawać techniki
stosowane przez media, ale także pomaga ludziom przyswajać sobie normy dobrego
smaku i formułować poprawne oceny moralne, co jest jednym z aspektów formacji
sumienia".
Cytat ten pochodzi z ważnego dokumentu opublikowanego przez Papieską Radę ds.
Środków Społecznego Przekazu w roku 2000. Wskazuje on na istotną rolę, jaką w
funkcjonowaniu mediów odgrywają widzowie i słuchacze. Bez odbiorców media nie
istnieją. To wybory widzów decydują o popularności poszczególnych stacji i
programów, pojawianiu się konkretnych osób, o karierach dziennikarzy, o
zarobkach właścicieli i gwiazd, o tematyce poruszanej w programach
publicystycznych i informacyjnych. To bierność lub niewiedza odbiorców pomagają
w manipulowaniu opinią, w zyskiwaniu coraz mocniejszej pozycji przez osoby i
instytucje medialne szerzące antywartości.
Co zatem powinni wiedzieć polscy odbiorcy, by dokonywać odpowiedzialnych
wyborów, co oglądać, czego słuchać? Czy mają właściwe rozeznanie w sprawie
mediów, co by się zmieniło, gdyby wzrósł poziom przeciętnej wiedzy o telewizji,
wykorzystaniu internetu? Pytania te powinien sobie zadać każdy, kto czuje się
odpowiedzialny za jakość życia społecznego w naszym kraju. Nie można bowiem
łatwo rozgrzeszać się z poczucia bezsilności wobec obserwowanych zmian w sferze
mediów.
Czystki bez protestów
W ostatnich miesiącach na pierwszy plan wybija się kwestia objęcia przez
koalicję PO – SLD – PSL pełnej kontroli nad Krajową Radą Radiofonii i Telewizji
oraz uchwalenie przez wymienione ugrupowania tzw. specustawy medialnej
pozwalającej na wyrzucenie dotychczasowych prezesów i członków zarządu mediów
publicznych. Nowa KRRiT zaczęła działać w sierpniu, we wrześniu weszła w życie
specustawa. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji ogłosiła nabór do nowych rad
nadzorczych mediów publicznych. Jej przewodniczący Jan Dworak przewiduje, że
procedura wyłaniania nowych władz TVP, Polskiego Radia i 17 rozgłośni
regionalnych potrwa do pierwszych miesięcy przyszłego roku. Zanim to nastąpi,
już teraz, dzięki porozumieniu SLD z przedstawicielem ministra skarbu, stare
rady nadzorcze dokonują czystek personalnych, usuwając z władz tych, którzy
kojarzeni są z Prawem i Sprawiedliwością. Na początku września zawieszono
prezesa TVP Romualda Orła i jego zastępcę Przemysława Tejkowskiego. Kilka dni
temu wiceszefem pierwszego programu telewizji przestał być Stanisław Janecki.
Mnożą się ataki na szefa TVP 1 Witolda Gadowskiego oraz szefa "Wiadomości" Jacka
Karnowskiego. Sam Jan Dworak w wywiadzie dla portalu Wirtualnemedia.pl w ostrych
słowach skarcił redakcję najważniejszego programu informacyjnego w Polsce
(ogląda go regularnie 4,5 mln widzów) za upolitycznienie, czytaj: sprzyjanie
PiS. Przygotowywany jest grunt pod kolejne decyzje personalne.
Podobnie w radiu. Głośne ostatnio zdjęcie z anteny Programu III popołudniowej
audycji "Trójka po trzeciej", prowadzonej m.in. przez Tomasza Sakiewicza,
redaktora naczelnego "Gazety Polskiej," poprzedziła wcześniejsza dymisja
dyrektora tego programu Jacka Sobali. Usunięto Stanisława Janeckiego. Represje
dotknęły redaktora Wojciecha Reszczyńskiego. Kwestią czasu będzie wyrzucenie
innych dziennikarzy, nieakceptowanych przez lewicowo-liberalny salon.
Scenariusz we wszystkich tych przypadkach jest podobny: głosy oburzenia za
rzekome łamanie standardów dziennikarskich, upolitycznienie i jednostronność, są
wzmacniane przez "Gazetę Wyborczą", popierane przez oświadczenia grup
dziennikarzy, stacji komercyjnych, różnych rad etyki. Skutek: nagonka na
niepoprawnego dziennikarza. Równocześnie rzeczywiste przypadki stronniczości w
programach Tomasza Lisa, Jana Ordyńskiego ("Gorący temat", TVP 2) czy Grzegorza
Nawrockiego ("Punkt widzenia", TVP 2) nie spotykają się z głosami oburzenia.
Obiektywnego obserwatora razić musi ten oczywisty brak równego traktowania
dziennikarzy. Skutkiem takiej polityki jest postępujący proces zastraszania
niezależnie myślących dziennikarzy i perspektywa śmierci zawodowej poza
obowiązującym układem. Media publiczne pozostają przecież jednym z największych
pracodawców w branży, oferują tysiące miejsc pracy i wielomilionową oglądalność,
co do zdobycia pozycji zawodowej w świecie dziennikarskim jest bezcenne. Jeśli
warunkiem utrzymania się w zawodzie będzie przyłączenie się do chóru "antykaczystów",
to skutki dotkną samej istoty funkcjonowania środków społecznego przekazu.
Nastąpi znana z czasów PRL dwuobiegowość opinii publicznej. Będą funkcjonowały –
prawda oficjalna, z reżimowymi stacjami telewizyjnymi i rozgłośniami radiowymi,
oraz prawda społeczna – oddolna, z niszowymi, pozbawionymi środków materialnych
i technicznych (częstotliwości) mediami drugiego obiegu.
Pieniądze idą za widzem
Jednak brak skutecznej strategii obrony ze strony tych, którym odbiera się
możliwość korzystania z należnej im obecności w mediach. Trwa bowiem proces
wywłaszczania około jednej trzeciej aktywnych politycznie obywateli, tych
identyfikujących się z PiS i Jarosławem Kaczyńskim, z ich współwłasności –
mediów publicznych. To blisko ośmiomilionowa rzesza, nieświadoma swej siły
ekonomicznej i nieumiejąca stawiać warunków zarządzającym mediami. Każdy milion
odbiorców zmieniający swe wybory co do korzystania z konkretnych stacji stanowi
o przepływie ogromnych środków na reklamę. Widzowie i słuchacze w Polsce
rozporządzają około 4 mld złotych rocznie (tyle wynoszą wpływy wszystkich stacji
telewizyjnych i radia z reklamy). W pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że
każdy z nas dysponuje rocznie kwotą 100-200 złotych, którą dzieli między
oglądane stacje telewizyjne. Im więcej odbiorców, tym większe wpływy dla
nadawcy. Dodatkowo, wykupując pakiety u operatorów kablowych i w platformach
satelitarnych, łożymy od kilkudziesięciu groszy do kilku złotych na każdy kanał
telewizyjny. Ten, kto ma w pakiecie np. TVN 24, finansuje istnienie tej stacji.
Rzesze internautów klikających na najpopularniejsze portale, niekoniecznie
zgodne z ich poglądami politycznymi, nie zdają sobie sprawy, że każde wejście na
stronę oznacza konkretny zarobek dla właściciela. Podstawową walutą, którą
dysponuje się w świecie mediów, jest liczba odbiorców.
Telewizja Polska nadal ma wysokie wskaźniki oglądalności. Udział w rynku TVP 1 w
wysokości ponad 17 proc. daje jej pierwsze miejsce wśród wszystkich stacji. TVP
2 osiąga około 15 procent. Pomiędzy nimi z wynikami ponad 15 proc. plasują się
TVN i Polsat. Dla wszystkich stacji telewizyjnych głównego nurtu nie jest
obojętne zachowanie się milionów świadomych politycznie widzów. Pozycja
telewizji publicznej słabnie z każdym miesiącem, jednak wciąż jest ona
najważniejszym nadawcą głównego nurtu. Jednak co nastąpi w momencie, gdy
elektorat PiS uzna, że TVP stała się ideowo i politycznie tożsama z TVN? Będzie
to oznaczać utratę wielu milionów wpływów reklamowych rocznie. Dlatego tak ważne
dla pluralizmu i równowagi poglądów w mediach jest wywieranie przez widzów
świadomej presji na nadawców, by nie dyskryminowali ich w dostępie do informacji
i do treści zgodnych z ich przekonaniami. Im wyższa udowodniona przez widzów
zależność pomiędzy uczciwą bezstronnością mediów a ich wyborem danej stacji
telewizyjnej, tym wyższa będzie jakość wszystkich mediów, także prywatnych.
Inaczej bowiem same skażą się na ideologiczną lewicowo-liberalną niszowość.
Nie należy lekceważyć czynnika ekonomicznego. Miliony widzów mogą modyfikować
program i nastawienie ideowe mediów, ponieważ ich odpływ oznacza dla stacji
telewizyjnej bankructwo. Jeśli zauważalny będzie spadek popularności
poszczególnych pasm po usunięciu z nich niesprzyjających rządowi PO publicystów
i dziennikarzy, z czysto biznesowych powodów nadawcy będą zmuszeni ich
przywrócić. Elektorat PO nie będzie w stanie "wyżywić" tak licznych mediów;
pięciu dużych stacji telewizyjnych, kilkunastu radiowych, gazet i portali. W
przypadku samej telewizji wyborcy partii Tuska musieliby oglądać ją przez
dziesięć godzin dziennie, zamiast statystycznych czterech. Niech zadziała na
wyobraźnię informacja, że spadająca sprzedaż "Gazety Wyborczej" (11 proc. w
całym pierwszym półroczu) powoduje istotne obniżenie jej dochodów reklamowych (w
sierpniu o 4 mln zł mniej, według cennika, a w pierwszym kwartale aż o 20 mln zł
mniej – dane za Wirtualnemedia.pl).
Bojkotować czy protestować?
Kluczową rolę odegrać może udział odbiorców, dotychczas biernych i
niewyrażających swoich opinii, w krytyce jednostronnego przekazu ze strony
mediów. Kilka dni temu oglądałam program "z telefonicznym udziałem widzów" w
Superstacji, która próbuje naśladować TVN 24. Dziennikarz prowadzący, typowy
warszawski, luzacki typ, miał nie lada kłopot, gdy zadzwonił starszy pan z
Pomorza i ujął się za obrońcami krzyża, Lechem Kaczyńskim, tradycją
chrześcijańską Polaków. Wiadomo, że już więcej tego pana na wizję nie wpuszczą,
ale jeśliby prócz niego istniała grupa kilkudziesięciu osób podobnie reagujących
na przejawy dyskryminacji w mediach wobec myślenia patriotycznego? Nie należy
lekceważyć żadnej okazji do wyrażenia opinii.
Do KRRiT wpływa około 1500 skarg rocznie. To niewiele w porównaniu z ponad 60
tys. w Wielkiej Brytanii. Telewizja Polska odnotowuje jakieś półtora tysiąca
skarg miesięcznie. Zarówno pochwały, jak i zarzuty ze strony widzów bywają
argumentem "za" lub "przeciw" poruszaniu pewnych tematów i zatrudnianiu pewnych
dziennikarzy. Nawet kierujący się wyłącznie chęcią zysku właściciel prywatnej
stacji zawaha się przed kontynuacją emisji audycji, która zniechęca do wyboru
jego oferty przez duże grupy widzów. Nawet protesty, które nie skończą się
skutecznym wymierzeniem kary, mają wpływ na zawartość programową. W ten sposób
nadawcy programów testują granice przyzwolenia społecznego wobec oferowanych
treści. Jeśli nie ma oporu, niszczenie tradycyjnych wartości postępuje. A
współczesna cywilizacja jest coraz bardziej interaktywna. Autor programu,
scenarzysta serialu, dziennikarz prowadzący program publicystyczny muszą się
liczyć z recenzjami krążącymi po internecie, z wypowiedziami na forach, blogach,
z propagandą szeptaną, która przysparza mu odbiorców lub ich zniechęca. Widzowie
każdego programu będą coraz dokładniej policzeni, niemalże znani z nazwiska,
upodobań, poglądów. To nie tylko zagrożenie, to szansa dla myślących i
aktywnych.
Mainstreamy i rezerwaty
Nieprzypadkowo w tym samym czasie, gdy trwa wymiana władz TVP, pojawiły się
wypowiedzi i działania przewodniczącego Jana Dworaka oraz całej KRRiT prowadzące
do zakwestionowania prawa Radia Maryja do funkcjonowania. Pojawiają się groźby
kar, włącznie z odebraniem koncesji. Trwa mobilizacja słuchaczy Radia do obrony
rozgłośni. Są oni, można powiedzieć, zaprawieni w boju i wyjątkowo dobrze znają
się na problematyce mediów. Chodzi jednak o to, by nie byli osamotnioną grupą,
łatwą do napiętnowania i usunięcia na margines społeczeństwa.
Nie można bowiem traktować oddzielnie sprawy istnienia ważnych społecznie
patriotycznych mediów katolickich, takich jak Telewizja Trwam czy Radio Maryja,
i prawa do równej obecności treści prawicowych w mediach głównego nurtu (zwanego
z angielska mainstreamem), zwłaszcza w TVP. Nie podzielam opinii głoszonych
przez niektórych prawicowych komentatorów, że obywatele o poglądach
konserwatywnych powinni skupić się wyłącznie na obronie swoich medialnych
rezerwatów, tych gazet, czasopism i rozgłośni, które są "ich", pozostawiając "onym"
władzę nad zepsutymi, strasznymi mediami publicznymi albo jeszcze gorszymi
mediami komercyjnymi.
Potrzebne jest myślenie odważniejsze, bardziej ekspansywne. Nowoczesne podejście
do sprawy mediów przez ludzi ceniących prawdę powinno zakładać podniesienie
świadomości społecznej o roli wszystkich mediów. Okazja nasuwa się sama. W
najbliższej przyszłości będziemy mieć do czynienia z rewolucją technologiczną,
czyli cyfryzacją. W jej wyniku zwiększy się radykalnie liczba nadawców w eterze,
a przekaz będzie następował w dwóch kierunkach – od nadawcy do odbiorcy i
odwrotnie, wzrośnie zatem wartość odbiorców. Nawet Unia Europejska nawołuje do
zwiększenia uspołecznienia mediów i podnoszenia kompetencji medialnej widzów i
słuchaczy. Ba, nawet rząd Tuska zapisał w swych dokumentach strategicznych
konieczność takiego działania. Więc trzeba skrzętnie to wykorzystać.
Konieczne jest oczywiście równoległe wzmacnianie mediów niezależnych. Wzrost
czytelnictwa prawicowej prasy w ostatnich miesiącach jest zauważalny. Jednak
ciągle jest to za mało w stosunku do potencjalnej grupy, która mogłaby wspierać
ich istnienie. Badania oglądalności telewizji czy radia są trudniejsze do
uchwycenia. Nie prowadzi się publicznie analiz, co oglądają wyborcy Jarosława
Kaczyńskiego. Jak ubolewała w "Gazecie Wyborczej" z 12 maja br. red. Agnieszka
Kublik, widownia programów zdemaskowanych jako "pisowskie" jest zbyt duża, by
pozwolić na ich istnienie w czasie kampanii wyborczej: "W walce o wygraną
kandydata PiS Wiadomościom pomogą programy: – 'Bronisław Wildstein przedstawia’,
niedziela, godz. 11.15, TVP 1, oglądalność – ok. 500 tys.; 'Antysalon Rafała
Ziemkiewicza’, niedziela, godz. 10.00, TVP Info, oglądalność – blisko 600 tys.,
'Misja specjalna’, środa, TVP 1, ok. godz. 21.20, oglądalność blisko 1,5 mln,
'Warto rozmawiać’, czwartek, TVP 1, ok. godz. 22.00, oglądalność – blisko 1
mln". Czy te liczby wskazują na rzeczywistą aprobatę obecności poglądów
prawicowych? Czy taka widownia wystarczy, by zagwarantować istnienie tych
programów w przyszłości? Ilu widzów nie akceptuje sposobu prowadzenia programu
przez Tomasza Lisa, szczycącego się rekordową widownią? Czy potrafią się oni
policzyć?
Bez stałej i powiększającej się presji ze strony odbiorców nie będziemy mieli w
Polsce dobrych środków przekazu. To nie tylko dbałość o sprawiedliwą równowagę
dla głoszonych w nich poglądów politycznych. Także sprzeciw wobec
komercjalizacji i demoralizacji. Polscy widzowie mogą przy pewnym wysiłku
przejąć kontrolę nad swoimi mediami. To byłaby najlepsza recepta na zakusy
partyjnego monopolu w rządzeniu zbiorową świadomością.
Barbara Bubula
Autorka w latach 2007-2010 była członkiem KRRiT desygnowanym przez śp.
prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
