Każdy przedmiot jest dla nas bezcenny

Z dr. Igorem Bartosikiem, kierownikiem Działu Zbiorów Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu, jednym z organizatorów tegorocznych uroczystości rocznicowych, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Minęło 65 lat od oswobodzenia KL Auschwitz. Przez te lata z pewnością powiększył się zbiór pamiątek po byłych więźniach obozu. Jak wiele posiada ich obecnie muzeum?

– Bardzo trudno określić ich dokładną liczbę, ponieważ znajdują się u nas także przedmioty, które stanowią tzw. eksponaty masowe. Zaliczają się do nich m.in. buty. Ilość tego rodzaju eksponatów obliczamy w kilogramach, metrach sześciennych itd. Obuwie cywilne, które pozostało po ofiarach obozu, bardzo często było w złym stanie, odnaleziono np. samą zelówkę lub tylko spód buta. Dlatego policzenie ich wszystkich sztuka po sztuce w celu sporządzenia inwentaryzacji jest prawie niemożliwe. Poza tym posiadamy również takie eksponaty jak włosy ludzkie, które również wpisujemy do katalogu w kilogramach. Tak więc mogę podać jedynie orientacyjną, a więc przybliżoną liczbę eksponatów, które znajdują się w naszych zbiorach. Jest ich zatem około 100 tysięcy. Są podzielone na dwie zasadnicze kategorie: przedmioty historyczne (90 procent) oraz zbiory artystyczne (10 procent).

Chodzi o dzieła sztuki wykonane przez więźniów?

– Rzeczywiście. Dodam, że zbiory te pod względem ich wartości historycznej dzielimy na prace, które powstały w trakcie istnienia obozu, oraz prace poobozowe (tych jest najwięcej). Te ostatnie traktujemy również jako pewien rodzaj dokumentu – relacji wizualnej, ponieważ tworzone były przez byłych więźniów, a ukazują sceny zatrzymane w pamięci tych, którzy ocaleli. Zawarte są w nich głębokie ludzkie emocje.

Co przedstawiają prace powstałe w obozie?

– Były rozmaite przyczyny tworzenia sztuki obozowej. Niektóre prace powstawały na żądanie esesmanów. Wykonywali je więźniowie artyści. Były to na przykład obrazy ozdabiające później ściany domów, z których wypędzono polskich właścicieli, a w których mieszkali oficerowie SS z załogi obozowej. Większość jednak wykonywana była dla współwięźniów lub ludności cywilnej, która nielegalnie pomagała więźniom, dostarczając im m.in. lekarstwa, jedzenie, nielegalną korespondencję. Są to interesujące i bardzo wzruszające prace plastyczne. Więźniowie odwdzięczali się w ten sposób za okazane serce. Prace wykonywali oczywiście z wielkim narażeniem życia.

Czy w ostatnim czasie muzeum pozyskało nowe, ciekawe nabytki?

– W ubiegłym roku odnaleziono w pobliżu drugiego krematorium w Brzezince fragmenty rusztu szamotowego, który znajdował się we wnętrzu pieca krematoryjnego. Każdy bowiem piec był w środku wyłożony specjalnym, ogniotrwałym materiałem, zwanym szamotem, który ma to do siebie, że wytrzymuje bardzo wysokie temperatury, a przy tym kumuluje ciepło. Chodziło o to, żeby piec, który zostanie raz rozpalony, płonął jak najdłużej, bo wtedy panowała w nim wysoka temperatura i piec pracował efektywniej. Te właśnie elementy z wnętrza pieca udało nam się odnaleźć. Były one rozmontowywane pod koniec 1944 roku. Prawdopodobnie esesmani zadecydowali, że pęknięte, nienadające się do niczego ruszty zostaną zakopane w niewielkim zagłębieniu w ziemi tuż obok krematorium. Udało się nam je odnaleźć trochę przez przypadek, trochę dzięki naszej intuicji. Były w zasadzie na powierzchni ziemi, tylko lekko przykryte trawą.

To Pan odnalazł również metalowe nosze krematoryjne, jedyne zachowane do dzisiaj, których używano w krematoriach Birkenau…

– Tak, w 2005 roku. Są one dla nas bardzo cenne. Każde krematorium posiadało kilkoro takich noszy, które służyły do załadunku zwłok do pieca. Wszystkie zostały wywiezione gdzieś przez Niemców albo zniszczone. Te, które odnaleźliśmy, też są częściowo zniszczone. Krematorium, w którym się znajdowały, zostało bowiem wysadzone w powietrze razem z całym wyposażeniem. Natomiast faktycznie są to jedyne oryginalne nosze krematoryjne w muzeum.

Dlaczego wcześniej ich nie wykopano, skoro przez lata wystawał z ziemi ich fragment?

– Wokół gruzów po krematorium zachowały się części instalacji wodociągowej, tzn. różnego rodzaju rurki, fragmenty klamer kominowych, a więc tego wszystkiego, co stanowiło wyposażenie budynku. Proszę mi wierzyć, że ja również przez bardzo długi czas myślałem, że to, co wystaje z ziemi, to fragment instalacji wodnej krematorium. Dopiero później zauważyłem, że z ziemi wystaje również mały wąs metalowy, co mnie bardzo zaciekawiło. Dzięki fotografiom archiwalnym i rysunkom więźniów zorientowałem się, że mogą to być nosze do załadunku zwłok. Podjęliśmy więc decyzję o ich wydobyciu.

Wielkim zaskoczeniem dla wielu ludzi była z pewnością zamurowana butelka z listem podpisanym przez siedmiu więźniów obozu…

– Tak, ale to akurat jest sprawa archiwalna. Wszystkie bowiem dokumenty, które nie mają żadnych wartości dekoracyjnych czy artystycznych, są archiwaliami i znajdują się w oddzielnym dziale. Tylko te, które zawierają jakiekolwiek ozdobniki i mają charakter artystyczny, trafiają do nas. Dla nas ciekawym nabytkiem okazała się niedawno odnaleziona oryginalna tablica kolejowa Westerbork-Auschwitz, którą posiadał pociąg deportujący Żydów holenderskich do Auschwitz. Westerbork był obozem zbiorczym, z którego odjeżdżały transporty Żydów holenderskich do Auschwitz. Tablica służyła pewnemu kamuflażowi, żeby przewożeni ludzie nabrali pewności, że rzeczywiście jadą gdzieś do pracy. Podarował nam ją pewien przyjaciel naszego muzeum z Holandii. Oprócz tego zdobyliśmy inne interesujące przedmioty, które wiążą się z tragiczną historią Powstania Warszawskiego. Wśród nich znajduje się bluza obozowa i zabawki chłopczyka, który został wraz z rodzicami wywieziony do Auschwitz zaraz po wybuchu powstania. Chłopiec został w Auschwitz do samego wyzwolenia w 1945 roku. Zabawki zrobiła dla niego matka. Są one bardzo proste, co było zrozumiałe w warunkach obozowych. Wykonane zostały z kauczuku albo z gumy, trudno powiedzieć, co to za materiał. Przedstawiają choinkę, pieska, kotka… Zaraz po wyzwoleniu matka spisała pamiętnik, który również trafił do naszych zbiorów.

Udało nam się także zdobyć akwarelę, która przedstawia róże. Została wykonana i przekazana w ramach podziękowania przez trzech więźniów żydowskich: Józefa Sapcaru, Alfreda Ehrlicha oraz Maksa Le˘zanskego, Elżbiecie Stawowej, która była pracownikiem cywilnym fabryki i udzielała nielegalnej pomocy więźniom obozu. Ponadto mamy portret pana Józefa Mańki, który był kelnerem w stołówce SS. Przez cały czas udzielał pomocy więźniom, którzy w stołówce wykonywali różne prace. W dowód wdzięczności wykonali dla niego portret.

W jaki sposób muzeum pozyskuje konkretne przedmioty?

– Część pamiątek przekazują nam w formie darów dzieci byłych więźniów bądź już ich wnukowie czy prawnukowie. Jesteśmy im za to bardzo wdzięczni, bo zdajemy sobie sprawę, że dla tych rodzin są to bezcenne pamiątki. Niejednokrotnie jednak ważne dla nas przedmioty trafiają w ręce ludzi, którzy już nie mają z nimi tak emocjonalnego związku. Wtedy decydujemy się na zakup tych muzealiów. Najbardziej zależy nam oczywiście na przedmiotach od osób, które mogą udzielić nam informacji na temat ich historii. Staramy się docierać do przedwojennych zdjęć danej osoby, żeby poznać historię jej życia, a nie tylko przedmiot, z którym związane są jej bolesne losy. W tym roku mamy już dwa sygnały o pasiakach po byłych więźniach od rodzin, które gotowe są nam je przekazać. Chcielibyśmy nadać im wymiar upamiętniający. Jeżeli rodziny są w posiadaniu takich pamiątek, to nawet jeżeli nie są jeszcze zdecydowane, żeby nam je przekazać, bardzo prosilibyśmy o kontakt z muzeum. Możemy je wówczas choć sfotografować, wykonać kopię, jak w przypadku listów obozowych.

Gdyby ktoś chciał Państwu przekazać taki eksponat, w jaki sposób powinien to uczynić, z kim się skontaktować?

– Najprościej jest napisać list na adres muzeum, ewentualnie poprzez pocztę elektroniczną czy telefonicznie. Mogę zapewnić, że pod którykolwiek numer telefonu w muzeum taka osoba by nie zadzwoniła i powiedziała, że ma pamiątki po byłym więźniu, na pewno ta informacja trafi bezpośrednio do mnie. Ja ze swojej strony na pewno będę ten kontakt starał się podtrzymać i doprowadzić do szczęśliwego finału, jakim będzie pozyskanie eksponatu. Wszystkie przedmioty, czy to jest bluza więźniarska, spodnie od pasiaka, pasek obozowy, buty drewniaki, listy obozowe, cygarniczki, numery obozowe, które więźniowie mieli przyszyte do ubrań, są dla nas bezcenne. Jesteśmy gotowi przyjechać po nie na drugi koniec Polski.

Czy eksponaty często muszą podlegać konserwacji?

– To wszystko zależy od przedmiotu. Wiadomo, że gdy trafi do nas eksponat, który leżał kilkadziesiąt lat w ziemi, to wymaga on natychmiast zabiegów konserwatorskich, które często muszą być powtarzane wielokrotnie. Problem dla nas stanowi konserwacja przedmiotów codziennego użytku, np. szczoteczek do mycia zębów. Są one wykonane z materiału, którego trwałość wynosi mniej więcej 40-50 lat. Po tym czasie ulega on naturalnemu rozkładowi. My zaś musimy starać się, by te przedmioty przetrwały jak najdłużej. Dotyczy to również zbioru waliz obozowych, z którymi przybywali do obozu deportowani. Mamy ambitny plan modernizacji naszych pomieszczeń magazynowych, ze względu na środki finansowe i możliwości techniczne jest on rozłożony na dłuższy okres. Mogę jednak powiedzieć, że już w tym momencie staramy się wprowadzać najnowocześniejsze rozwiązania mające na celu należytą ochronę naszych zbiorów.

Jak wielką stratą byłoby to dla muzeum, gdyby nie odnalazł się skradziony napis znad bramy? Poza wymową symboliczną ma on przecież wartość historyczną…

– To dla mnie trudne pytanie. Bardzo ciężko bowiem klasyfikować, które przedmioty bezpośrednio związane z funkcjonowaniem obozu mają większą wartość, a które mniejszą. Każdy przedmiot, który mamy w swoich zbiorach, skrywa indywidualną tragedię ludzką. W momencie, gdy dokonujemy oględzin konserwatorskich lub inwentaryzacji i trafia do naszych rąk bucik 4- czy 5-letniego dziecka, przy którym sznurowadło jest zapętlone na supeł, od razu pojawia się myśl, że prawdopodobnie matka, która ściągała ten bucik dziecku w rozbieralni krematorium, czyniła to w wielkim pośpiechu. Pośpiech, zmęczenie, być może nawet przerażenie, które chciała ukryć przed dzieckiem, sprawiły, że nie rozwiązała bucika tak, jak należy. Każdy więc z tych przedmiotów, czy to jest obuwie, czy symbol – jak brama „Arbeit macht frei”, ma dla nas taką samą wartość i jego strata zawsze byłaby tak samo duża.



Dziękuję Panu za rozmowę.

drukuj