Katolik wybiera opcję maksimum

Z ks. dr. hab. Piotrem Kieniewiczem MIC, adiunktem przy Katedrze Teologii
Życia w Instytucie Teologii Moralnej na Wydziale Teologii Katolickiego
Uniwersytetu Lubelskiego, rozmawia Paulina Jarosińska

Ksiądz abp Silvano Tomasi, stały obserwator Stolicy Apostolskiej przy ONZ,
upomniał dyplomatów, że żądanie prawa do zachowań homoseksualnych jest
"sprzeczne z autentycznymi prawami człowieka". Słowa te padają w momencie, kiedy
w Polsce środowiska lewicowe moderują debatę na temat legalizacji tzw. związków
partnerskich.

– Nauczanie Kościoła katolickiego wynika z rozpoznania prawdy o człowieku i tą
drogą formułowane są pewne zobowiązania moralne, a nie na odwrót. Nie jest tak,
że coś jest grzechem tylko dlatego, że Kościół tak ustalił. Zło jest złem ze
względu na to, że jest złem, a nie dlatego, że jest zakazane. Jeżeli ks. abp
Tomasi mówi, że legalizacja związków homoseksualnych jako związków podobnych w
swej strukturze do małżeństwa i rodziny jest sprzeczna z prawdziwie pojętymi
prawami człowieka, to bierze się to stąd, że prawa człowieka mają chronić to,
kim człowiek jest, a nie kim miałby ochotę się stać. Wyrazem prawdziwej wolności
nie jest to, że człowiek może robić, cokolwiek zechce, ponieważ wolność ze swej
natury ukierunkowana jest na prawdę i dobro. Człowiekiem wolnym jest ten, kto
jest zdolny wybrać prawdę i dobro nawet wtedy, kiedy to jest trudne i
nieprzyjemne, mówiąc wprost – kiedy to wiele kosztuje. Ten, kto wybiera to, co
jest wygodne, niekoniecznie jest wolny. Taka postawa może być wyrazem np.
oportunizmu albo braku kręgosłupa moralnego. Na to kładzie nacisk ks. abp
Silvano Tomasi. Pojawia się więc pytanie: jak patrzeć na deklaracje polityków
powołujących się na swój katolicyzm w sytuacji, kiedy wypowiadają poglądy
sprzeczne z prawem naturalnym, a co za tym idzie – z nauczaniem Kościoła.

Ostatnio taki dysonans można zaobserwować w debacie publicznej w Polsce.
– W encyklice "Evangelium vitae", w numerze 73, Ojciec Święty Jan Paweł II,
odnosząc się do aktywności politycznej katolików i tworzenia przez nich prawa,
stwierdza, że obowiązkiem polityka katolickiego jest obrona prawa moralnego i
sprzeciwianie się, jeśli jest ono łamane. Choćby jakaś niegodziwa moralnie
ustawa czy zapis prawny cieszył się niebywałą popularnością, jako katolicy
jesteśmy zobowiązani głośno mówić, że jest to niegodziwe. Mamy bronić tego, co
jest dobre i prawdziwe, a nie tego, co jest akurat modne. Trzeba jednak
pamiętać, że sankcje, którymi Kościół okłada niektóre z rozstrzygnięć w postaci
kar, są szczegółowo opisane i dotyczą jedynie spraw wyraźnie określonych w
prawie kanonicznym. Zatem na polityków, którzy popierają legalizację związków
homoseksualnych na wzór tradycyjnych małżeństw, kary kościelne jako takie nie
spadają. Kodeks nie wylicza tego przestępstwa jako obłożonego karą. Należy
jednak pamiętać, że w wymiarze teologicznym jest to grzech, nie tylko osobisty,
naruszający ich relację z Bogiem, ale także grzech zgorszenia. Aby móc w tym
przypadku mówić o pojednaniu z Bogiem, należałoby najpierw naprawić zło
wyrządzone grzechem zgorszenia. Chociaż nie ma ekskomuniki, to trudno by mi było
jako katolikowi i kapłanowi pogodzić się z sytuacją, w której osoba publicznie
siejąca zgorszenie mogła przyjmować Najświętszy Sakrament. Taka osoba musi
najpierw odwołać wszystkie swoje gorszące wypowiedzi w sposób równie publiczny.

Nachalna promocja postaw wysoce permisywnych to problem naszych czasów?
– To nie jest problem tylko naszych czasów. Już św. Paweł mówił, że są tacy,
którzy chlubią się z rzeczy, których powinni się wstydzić. Problem polegający na
chlubieniu się złem nie jest nowy. Z drugiej strony mamy dzisiaj o tyle
dramatyczną sytuację, że wprowadza się celowo zamieszanie co do istoty samego
chrześcijaństwa. W sferze życia publicznego chrześcijaństwo jest nie tylko
religią czy określeniem pewnego światopoglądu, ale stanowi niejako "etykietę" o
charakterze społeczno-politycznym. Rzecz jasna, Jezus Chrystus nie miał na celu
zbudowania jakiegoś systemu politycznego czy partii. Natomiast chrześcijanie w
duchu odpowiedzialności za świat, w którym żyją, powinni w nim działać, również
na polu życia politycznego. Zasadniczą zatem sprawą jest to, aby ludzie,
deklarujący się w życiu publicznym jako katolicy, rzeczywiście realizowali naukę
Kościoła w przestrzeni publicznej. Niestety, tak się nie dzieje. Patrząc na
decyzje podejmowane przez polskich parlamentarzystów, m.in. ze względu na
partyjny charakter uprawiania polityki w Polsce, trudno mi dziś znaleźć
polityka, którego spokojnie mógłbym nazwać "politykiem chrześcijańskim". Dla
mnie kluczowe są decyzje. Relatywizm w postawie moralnej, w podejmowanych
decyzjach politycznych, jest nie do przyjęcia dla mnie jako katolickiego
wyborcy.

Jednak jest też tak, że katolicki wyborca w życiu publicznym musi wymagać, a
każe mu się co rusz iść na jakieś kompromisy. Wynika to być może również z tego,
w jak trudnej sytuacji – jeśli chodzi o możliwość eksplikowania własnych zasad i
poglądów – są katolicy aktywnie uczestniczący w życiu społecznym. Tym ważniejsze
są takie głosy, jak ostatnia wypowiedź ks. abp. Tomasiego.

– Czym innym jest kompromis moralny, a czym innym polityczny. W 1993 roku
została uchwalona tzw. ustawa antyaborcyjna, którą nazywam ustawą aborcyjną, bo
w gruncie rzeczy pozwala ona na legalne zabijanie dzieci poczętych. Ustawa ta
była efektem klasycznego "kompromisu" politycznego. Niestety, dzieje się obecnie
tak, że wiele osób deklarujących swój katolicyzm uważa i głośno wyraża opinię,
że ten "kompromis" był i jest czymś dobrym, że w pewnych sytuacjach można
pozbawić dziecko życia. Tymczasem wtedy więcej nie dało się osiągnąć. Dziś nawet
się nie próbuje i piękna inicjatywa trafiła do szuflad kilku komisji, ponieważ
kompromis na gruncie politycznym zamienił się w kompromis moralny. W tym
momencie trzeba przypomnieć, czym jest demokracja. Otóż demokracja to taki
ustrój, w którym ten, kto ma większość, ma władzę i decyduje. Natomiast w Polsce
(niestety u nas jest to najbardziej jaskrawe) jest tak, że gdy większość ma
opcja bardziej liberalna, to ona rządzi "na mocy otrzymanego mandatu". Jednak
gdy większość ma opcja konserwatywna (by nie powiedzieć wprost: chrześcijańska),
wówczas musi się ona liczyć ze wszystkimi kompromisami, które były zawarte,
kiedy większości nie miała. Niestety, my sami często się na tę uległość godzimy
i sami wiążemy sobie ręce. Powtarzamy nieustannie, że nie uda się nam osiągnąć
tego "maksimum", o które nam chodzi, i oddajemy pole. Trzeba zatem podkreślić,
że katolicki głos musi być słyszalny i nie można go osłabiać w punkcie wyjścia,
np. poprzez propozycję kompromisu, tak jak było to w przypadku posła Jarosława
Gowina i jego niezbyt szczęśliwego projektu dotyczącego ograniczenia stosowania
metody in vitro. Podejście katolika musi być nastawione na opcję maksimum, a nie
minimum. W sprawie legalizacji związków homoseksualnych czy partnerskich, czy
jakichkolwiek innych, które są sprzeczne z prawem naturalnym, głos katolika
również musi być mocny i jednoznaczny – małżeństwo jest związkiem kobiety i
mężczyzny ukierunkowanym na wydawanie na świat potomstwa. Taka jest prawda o
człowieku i o jego naturze, czy to się komuś podoba czy nie.
 

Dziękuję za rozmowę.

drukuj