Kampania w konwencji szans i ograniczeń
Z Janem Filipem Staniłką, ekspertem w dziedzinie polityki z Instytutu
Sobieskiego, rozmawia Beata Falkowska
Jak ocenia Pan przemówienie Jarosława Kaczyńskiego podczas inauguracji
kampanii wyborczej?
– Zawierało ono kilka istotnych elementów. Po pierwsze, wezwanie do hojności w
pomocy dla powodzian. Nie jest tak, że Polacy nie potrafią pomagać, ale należy o
tym przypominać. Po drugie, w wystąpieniu tym znalazła się także bardzo
dyskretna krytyka, dotycząca funduszy przeznaczonych na działania antypowodziowe,
które zostały obcięte przez rząd PO. To słuszna uwaga, gdyż była to bardzo
daleko posunięta niefrasobliwość. Po trzecie, przemówienie zawierało, typowe dla
Jarosława Kaczyńskiego, i w tym wypadku wyjątkowo trafne przypomnienie, że
głównym zadaniem państwa jest planowanie i podejmowanie strategicznych decyzji.
Jest to jednak niemożliwe w sytuacji, w której polityka jest "zabawą", jak ujął
to prezes Kaczyński. Były to dwie szpilki wbite w rząd Platformy Obywatelskiej i
– moim zdaniem – wbite trafnie. To jest główny problem tego rządu – obiecuje,
planuje, prezentuje, a gdy przychodzi do działań, wiele wydatków trzeba obciąć,
ponieważ finanse publiczne są niezbilansowane.
Po katastrofie z 10 kwietnia pojawiły się zarzuty, że ta kampania będzie
niemerytoryczna. Obecnie doświadczamy powodzi. Jednak ogrom problemów, które
ujawniły te wydarzenia, powoduje, że kampania może być nawet bardzo
merytoryczna…
– Kampania może być bardzo merytoryczna, przy zachowaniu szacunku dla ludzi,
którzy zostali dotknięci tymi tragediami. Problem polega na tym, że kampanie w
Polsce bardzo szybko się brutalizują. Nie dlatego, że mamy taki brzydki
charakter, ale tak po prostu działa prymitywny marketing polityczny, który jest
oparty na przejaskrawieniu emocji, tworzeniu mocno odrealnionych przeciwieństw.
Jeżeli przeciwieństwo Polski solidarnej i liberalnej w kampanii 2005 r. było
historycznie dość dobrze osadzone, o tyle różne przeciwieństwa, na których jest
budowana strategia zarządzania opinią publiczną PO, są mocno przerysowane, tak
aby przeciwnika zepchnąć do roli partii skrajnej, która – jak mówił premier Tusk
– wyginie jak dinozaury. Sytuacja powodziowa jest trudna, wielu ludzi wciąż
walczy z żywiołem. Jest to moment, w którym można i należy poruszać tematy stanu
zabezpieczeń antypowodziowych, ale należy uważać, aby nie dać się zaszufladkować
jako partia cyniczna. Zawsze jest niebezpieczeństwo, że poruszenie tego przez
PiS zostanie ścięte cyniczną uwagą o żerowaniu na ludzkiej tragedii. Tymczasem
pytanie o to, czy mogło być lepiej, czy mogło nie być takich skutków powodzi,
jest jak najbardziej na miejscu.
Antagonizowanie, szkalowanie – typowe narzędzia kampanii w wydaniu Platformy
nie mogą zostać użyte…
– To jest ukryty plus całej tej sytuacji, jeżeli możemy ująć to w ten sposób.
Jest to element, który mocno ogranicza PO i budzi jej irytację – nie mogą
zastosować tych sprawdzonych narzędzi obezwładniania przeciwnika, które sprawią,
że oni są na biegunie "trendy", a przeciwnik na biegunie "obciach".
PO jest w stanie skonfrontować się ze skalą zaniedbań w funkcjonowaniu
państwa?
– Nie jest. Obecnie w przypadku powodzi premier Tusk będzie kładł nacisk na to,
że jest to największa powódź od wielu lat i zapobieżenie skutkom było poza
naszymi możliwościami. Służby kryzysowe, które działają w czasie samej powodzi,
są bardzo sprawne. Problemem zaś jest przygotowanie do tego typu sytuacji na
poziomie planowania i zapobiegania. Za to odpowiada ten, kto tworzy budżet i
realizuje prawo, a władzę wykonawczą od trzech lat dzierży rząd PO.
Dostrzega Pan obszary, które powinny być dyskutowane w kampanii, a nie są i
nie będą?
– Jest obszar, o którym trudno dyskutować w kontekście katastrofy. Nastąpił
moment, na który Rosjanie bardzo długo czekali i obecnie szybko działają.
Znamiennym wydarzeniem było przyznanie studentom UW stypendiów fundowanych przez
Gazprom, a raczej przyjęcie tych stypendiów przez rektor uniwersytetu. Problem
polega na tym, że jest cała grupa ludzi wpływowych, którzy uważają, że na tym
polega pojednanie polsko-rosyjskie. Tymczasem Gazprom nie jest normalną firmą.
Jest firmą państwową i narzędziem uprawiania polityki przez Rosję. Ludzie,
którzy dostaną stypendia normalnej firmy, mają potencjalnie być jej dobrymi
pracownikami, w wypadku Gazpromu chodzi tymczasem o w szerokim sensie agentów
wpływu. To jest moment, w którym obecność rosyjska w Polsce zaczyna się
przełamywać, i to w bardzo inteligentny sposób. Nie znaleźliśmy do tej pory
żadnego sposobu, aby na to wskazać. W tle inercji rządu jest niepodpisany
kontrakt gazowy z Rosją, kontrowersyjny w założeniach. Nikt nie umiał jak dotąd
pokazać naiwności podejścia premiera Tuska, który wzywa do zerwania z polityką
"opartą na fobiach" i budowania jej na pragmatycznych relacjach. Uważam, że nie
można za szybko wierzyć, iż prezydent Miedwiediew przeszedł już do normalnych
relacji z Polską. Być może on prywatnie ma taki pomysł, ale jego funkcjonowanie
w systemie władzy w Rosji nie polega na byciu samodzielnym. Jego prywatne wizje
modernizacji państwa, przejścia do pragmatycznej polityki niekoniecznie muszą
spotkać się z entuzjazmem Putina i ludzi, którzy stoją za nim.
Dziękuję za rozmowę.
