Jeźdźcy z północy

Deszcz idzie, Po długiej przerwie na pustyni
Deszcz idzie (…)
I ziemia co odłogiem czekała bezczynnie
Pod ciężarem brzemienia kamiennego
Zadrży cała


John Pepper Clark
"Pierwszy deszcz roku"

 


Na deszcz na północy Nigerii czekało się długo. Pora sucha trwała w okolicach
Zarii, gdzie na Uniwersytecie Ahmadu Bello dziekanem Wydziału Geologii był mój
ojciec, kilka miesięcy. Harmattan, wiatr od niedalekiej Sahary, niósł ze sobą
gęsty, czerwony kurz. Ciężko było oddychać. Piasek wciskał się wszędzie.
Samochody nawet w dzień musiały jeździć na światłach. Słońce było ledwie
widoczne spoza czerwonej, laterytowej zasłony.

Pierwszy deszcz poprzedzany był zawsze potężnym wiatrem. Przez kilka minut
nie można było wyjść z domu. Wicher przynosił ze sobą kawałki gałęzi, drobnych
kamieni i bezradne, małe zwierzęta. Biły gromy, błyskawice przecinały siniejące
niebo. Nagle wszystko cichło. Nadciągały czarne, nieprzeniknione chmury i z
nieba spadał istny potop. Wówczas wszyscy wybiegaliśmy na podwórka i ulice,
tańcząc z radości w potokach ciepłej ulewy. Zaczynała się pora deszczowa: ciepła
pora radości, urodzaju i czystego nieba. Z nią nadejść miały też męczące upały,
lecz na razie nikt o nich nie myślał.

Czas przeszły
Na harmattan był jeszcze inny sposób praktykowany przez Anglików. Wyjazd na
Płaskowyż Josu. Tam, wśród wzgórz, tysiąc metrów nad poziomem morza nie sięgały
duszące wiatry z Sahary. Tam też można było uciec w czasie największych upałów
pory deszczowej. W catering flats, w hotelach, wreszcie w gościnnym domu
znakomitego historyka architektury profesora Zbigniewa Dmochowskiego – twórcy
nigeryjskiego skansenu, Polonia z północnej Nigerii chętnie spędzała całe
tygodnie. Tam, w meksykańskim jakby pejzażu, wśród starych, prekambryjskich
inselbergów, pól podzielonych płotami z opuncji i eukaliptusowych zagajników
życie było lżejsze.
W dzień śpiewały ptaki o nieznanych imionach, prezentując całą gamę dźwięków: od
mechanicznego młota, walącego w kruszące się na marmurowych posadzkach szkło, po
radosne pogwizdywanie kosa, przechodzące w rozdzierający krzyk… Ileż miłych
wieczorów spędzało się, popijając colę czy wino palmowe w cieniu baobabów, na
których mieściły się tysięczne kolonie nietoperzy żywiących się wyłącznie
owocami. Nocą księżyc stawał się wielki i jasny aż do bólu oczu. Zewsząd słychać
było głos bębnów odzywających się z niewytłumaczalną prawidłowością.

Jos pełen był katolickich kościołów i protestanckich świątyń różnych wyznań.
Oczywiście także meczetów. Mieszkali tu bowiem w zgodzie wyznawcy wszystkich
religii. Etniczną mozaikę tworzyła miejscowa ludność bantuidalna z plemion Tiw,
Birom i Katab oraz napływowi Hausowie i Fulanie. Całość uzupełniali przybysze z
południa: Ibo i Joruba zamieszkali w dzielnicy Sabon Gari. Tak było w dawnych,
szczęśliwych latach 70. XX wieku. Nie słyszało się wówczas o żadnych
międzyreligijnych konfliktach. A tym bardziej o walkach. Owszem, zdarzały się
waśnie o podłożu etnicznym. Świeże wszak jeszcze były rany wojny biafrańskiej.
Wojny, w wyniku której zginęły setki tysięcy ludzi, zwłaszcza mordowanych w
pogromach Ibów.
Nie chcę rysować obrazu zbyt sielankowego. Głód wypędzał z Sahelu dziesiątki
tysięcy koczowniczych Tuaregów i Fulanów. Sporadycznie dochodziło do ich starć z
ludnością osiadłą. Lecz nigdy nie zdarzyło się, by spłonął kościół lub
zaatakowano kogoś z powodu wyznawanej wiary. Także my, Europejczycy, byliśmy w
morzu czarnej ludności całkowicie bezpieczni.

Z czasem wiele się zmieniło. Nigeria zaczęła osuwać się w chaos i anarchię.
Przestała być miejscem bezpiecznym. Delta Nigru i Południe zasłynęły z aktów
terroru. W Zatoce Gwinejskiej szaleli piraci. Państwo nigeryjskie nie było w
stanie połączyć w jeden naród muzułmańskich Hausów i Fulanów z chrześcijańskimi
lub animistycznymi Ibo i Joruba. Pamiętać musimy, że Nigeria stworzona została
przez kolonizatorów, jak prawie wszystkie państwa afrykańskie, w sposób
sztuczny. Ich granice nie mają żadnych uzasadnień etnicznych, religijnych czy
choćby gospodarczych. Stąd nieustające niemal wewnętrzne konflikty.

Lecz mimo to z prawdziwym zdumieniem usłyszałem kilka lat temu po raz
pierwszy o aktach terroru w Josie, Kano czy Maiduguri. O mordowaniu bezbronnych
chrześcijan. O samobójczych zamachach na kościoły. O exodusie dziesiątek tysięcy
ludzi na chrześcijańskie Południe czy na wieś. Co się stało? Czemu doszło do
takiej eskalacji przemocy? Czemu spokojna do niedawna północna Nigeria zamieniła
się w piekło?

Imperium Sokoto
By odpowiedzieć na to pytanie, cofnąć się musimy aż do początków XIX wieku. W
dalekiej saharyjskiej oazie Agadezu młody fulański uczony Koranu – malam – z
bractwa kadirija uznał się za mudżaddida (odnowiciela), który poprzedzać miał
nadejście mahdiego. Ascetyczny mistrz Usman dan Fodio wzywał do odnowienia
islamu, wprowadzenia pierwotnego egalitaryzmu wśród jego wyznawców, a zwłaszcza
do porzucenia pogańskiego synkretyzmu religijnego. Władców miast-państw
hausańskich w strefie Sahelu oskarżał o to, iż "oddają cześć licznym miejscom
bożków, drzewom i skałom oraz składają im ofiary". Raziła go także nagość
afrykańskich kobiet. Nic na tym polu nie zdziałał ani on, ani jego purytańscy
następcy. Nadal nagość w afrykańskich wsiach jest czymś powszechnym i
naturalnym. Kobiety pracują z odsłoniętymi piersiami. Nikogo to nie dziwi i nie
gorszy. Nie ma też mowy o tym, by kobiety murzyńskie zasłaniały swoje twarze.

Dżihad w państwie Gobir zaczął się już w roku 1803. Usmana dan Fodio poparli
nie tylko fulańscy koczownicy, lecz i rolnicy z ludu Hausa, którzy dość mieli
grabieżczej polityki rodzimych królów. Do roku 1811 podbito ziemie Hausów, Nupe
i północnych Jorubów. Władzę nad 30 świeżo powstałymi emiratami pełnił kalif
Sokoto. Sam Usman dan Fodio jeszcze przed śmiercią zrezygnował ze sprawowania
władzy. Usunął się do pustelni, gdzie pisał poematy po arabsku i w ful-fulde.
Umarł w roku 1817. Sułtanat Sokoto stworzył jego syn Muhammed Bello, znakomity
wódz i administrator. To on dokończył dżihad i zbudował imperium, które panowało
nad terenami dzisiejszej północnej Nigerii, częściowo Nigru oraz Kamerunu, aż do
angielskiego podboju w wieku XX. Prawo szariatu obowiązywało we wszystkich
emiratach, a niezwykła w warunkach afrykańskich demokratyczna forma wyboru
kalifa poprzez radę elektorów, niespokrewnionych z rodem panującym, rozstrzygała
o stabilności i popularności potomków Usmana. Islamizacja północnej Nigerii
została wówczas poza górzystymi terenami Josu praktycznie zakończona.

Rzecz jasna, o jakiejkolwiek tolerancji wobec pogan mowy być nie mogło.
Mieszkające w górach czy na południu plemiona nawracane były siłą. Ibowie, Nupe
czy Dżukun byli w czasie niekończących się wypraw porywani i sprzedawani w
niewolę. Karawany Tuaregów woziły przez Saharę nie tylko sól i orzeszki
ziemne… "Pędząc galopem na swoich kucach, gwałtem zabierają chłopom wszystko,
prócz potu na czole" – śpiewali ci, których jeźdźcy z Północy obracali w
niewolników. Sułtanat Sokoto był największym i najdłużej istniejącym
niewolniczym imperium Afryki.

Masowe konwersje
Pogarda wobec pogan, niechęć wobec synkretycznej wiary ludu łączącej islam z
kultami przodków przetrwała do dzisiaj w kręgach muzułmańskich ulemów. Stąd też,
gdy po podboju północnej Nigerii przez Anglików pojawiać się zaczęli – w ślad za
kolonizatorami – chrześcijańscy misjonarze, na wiarę w Chrystusa nawracały się
całe rzesze tubylczej, lecz nie hausańskiej ludności Płaskowyżu Josu. (To z tej
grupy ludności wywodził się nasz steward Musa. Pamiętam, z jaką radością witał
rowerzystów-ewangelizatorów rozwożących po miastach i wsiach chrześcijańskie
broszurki). Ten żywiołowy rozwój chrześcijaństwa budził niechęć muzułmanów,
którzy zresztą nie byli przez administrację angielską w żaden sposób ograniczani
w swej wierze.

Fulańscy pasterze zaczęli się z czasem osiedlać w miastach i wsiach Hausów i
z wolna przejmować ich język i obyczaje, pamiętając jednak o swoim pochodzeniu.
W zaryjskim college´u miałem jasnoskórych kolegów, niemówiących ani słowa w
języku fulańskim – ful-fulde, lecz niezwykle dumnych ze swojego pochodzenia. Po
częściowej asymilacji Fulanów język hausański zyskał sobie w Afryce Zachodniej
statut podobny do języka suahili w krajach Wielkiego Rowu. Hausowie stanowią
podstawową grupę osiadłej ludności wsi i starych miast-państw: Kano, Sokoto,
Kaduny, Zarii i Bauczi. Są uprzejmi, gościnni, przestrzegający zasad, to dzięki
temu życie na Północy jeszcze do niedawna było łatwiejsze niż w wielkich,
potwornie ruchliwych miastach nigeryjskiego Południa: Lagos, Ibadanie, Ife czy
Enugu. Ale tempo współczesnego życia i ich wrodzony zmysł do handlu stopniowo
zmieniają stare obyczaje.

Boko Haram niesie śmierć
Już w latach 80. dało się zauważyć narastającą radykalizację muzułmanów. Ale
dopiero w następnej dekadzie poszczególne, cieszące się wielką autonomią stany
Północy zaczęły wprowadzać do swego prawodawstwa szariat. Oczywiście stosując go
bezwzględnie także wobec ludności chrześcijańskiej. A stanowi ona, zwłaszcza w
miastach, duży procent populacji. Zaczęły się też pierwsze prześladowania –
przede wszystkim chrześcijańskich neofitów, których nigdy nie brakowało.
Muzułmanie zaczęli dążyć do opanowania stanów centralnych o względnej równowadze
obu wyznań, takich jak Płaskowyż Josu właśnie.

Ale początkiem prawdziwej tragedii stała się działalność terrorystycznej
sekty islamskiej Boko Haram w pierwszych latach XXI wieku. Do aktów bestialskiej
przemocy wobec chrześcijan dochodziło najpierw w kraju Kanuri, nad jeziorem
Czad, skąd rozprzestrzeniły się na całą Północ. Sekta ta dążyła i dąży do
przymusowego nawrócenia wszystkich innowierców lub do… ich eksterminacji.
Obserwując w telewizji spalone kościoły, dziesiątki ciał ofiar terrorystycznych
zamachów, nie mogłem ochłonąć z przerażenia. Zniszczone świątynie Kaduny,
zamordowani w czasie Mszy Świętej ludzie… To ta sama Kaduna, w której w roku
1982 córeczka naszych przyjaciół – Amina, nazwana tak na cześć murzyńskiej
księżniczki, wręczała Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi II w imieniu Polonii kwiaty.
Nad tłumem powiewały flagi polskie i "Solidarności", a wśród setek tysięcy
entuzjastycznie witających Papieża wiernych nie brakowało także muzułmanów.
Ojciec Święty powierzył wówczas Nigerię opiece Matki Bożej.

Prawdą jest, że finansowana przez Al-Kaidę sekta zwalcza także państwo
nigeryjskie. Jest tworem jakby zewnętrznym, obcym. Lecz antychrześcijańska
nienawiść zdaje się trafiać na podatny grunt. Nic dziwnego, że chrześcijanie nie
chcą pozwolić na to, aby ich bezkarnie mordowano, i zaczynają się bronić. Do
aktów samoobrony dochodzi zwłaszcza tam, gdzie jest ich wielu. Jak w Josie i
Kadunie. Giną również niewinni muzułmanie. Do tego na Płaskowyżu oraz w rejonie
Bauczi dochodzą konflikty o ziemię między koczowniczymi, muzułmańskimi Fulanami
a chrześcijańskimi, autochtonicznymi rolnikami. Spory takie zdarzały się i
dawniej, lecz teraz ich zasięg i nasilenie osiągają niespotykane wcześniej
rozmiary. I w tych konfliktach zginęły już setki ludzi.

Zatrzymać przemoc
Jeśli na chrześcijańskim Południu zaczną płonąć meczety, dojść może do zbrojnego
konfliktu na potworną, jak w czasie wojny biafrańskiej, skalę. Nie sposób się
oprzeć wrażeniu, iż coś niedobrego dzieje się z wyznawcami islamu w Afryce.
Ludobójcze prześladowania czarnej, chrześcijańskiej ludności Sudanu,
represjonowanie chrześcijańskiej ludności Erytrei przez zarazem komunistyczne i
muzułmańskie władze, zamachy terrorystyczne na kościoły w Kenii. Ta zbrodnicza
fala przemocy zdaje się być odpowiedzią na masowe przechodzenie milionów
Afrykańczyków na chrześcijaństwo. Zwłaszcza na katolicyzm. Zaczął tę
ewangelizację Jan Paweł II, znakomicie rozumiejący mentalność Czarnej Afryki. A
kontynuuje jego wysiłki Benedykt XVI. Kościół staje się jedyną nadzieją duchową
i oparciem materialnym dla wielu narodów kontynentu. Nic na to nie mogą
poradzić, mimo wydawanych na propagandę islamu setek milionów dolarów, arabscy
fundamentaliści. Nienawiść nie chce się pogodzić z tryumfem miłości i dobra.

W piątkowy ranek w Zarii budziły mnie dochodzące z pobliskiego meczetu śpiewy
"Allahu Akbar, Allahu Akbar!" i setki głów pochylały się w stronę dalekiej
Mekki. W niedzielę chrześcijanie modlili się do Pana naszego Jezusa Chrystusa. A
wieczorami, gdy robiło się chłodniej, graliśmy wszyscy w piłkę na laterytowych,
powstających wszędzie bez programu "Orlik", boiskach. Nie tylko sport zdawał się
nas wówczas łączyć… Chcę z nadzieją spoglądać w przyszłość kraju, gdzie
spędziłem wiele lat. Nigeria może być nadal wspólną ojczyzną dla wyznawców
chrześcijaństwa i islamu. Trzeba tylko, by językiem miłości zaczęli mówić także
wyznawcy religii muzułmańskiej.


Janusz Kotański historyk, poeta

drukuj