Jest wyrok, wątpliwości pozostały

W zakończonym niedawno procesie cywilnym Sąd Apelacyjny w Warszawie
uznał, że w kilku publikacjach „Naszego Dziennika” w 2005 roku naruszone zostały
dobra TVN. Wiązał się z tym nakaz przeprosin, który wykonaliśmy. Jednak proces
ten nie odpowiedział na szereg istotnych pytań i wątpliwości, których rozwianie
miałoby wpływ nie tylko na kształt orzeczenia, lecz także mogłoby stać się
istotnym przyczynkiem do wypracowania reguł zachowania dziennikarzy, wydawców
czy nadawców oraz do dalszej dyskusji publicznej w tym zakresie, chociażby w
środowisku dziennikarskim.

Jednak wątpliwości pozostały. Szkoda, bo był to bardzo dobry moment na
stwierdzenie, czy w świetle obowiązującego w Polsce prawa prowokacja
dziennikarska jest dopuszczalna.
Sprawa sądowa dotyczyła wydarzeń z 2005
roku, gdy TVN zbierała materiały do programu telewizyjnego o Radiu Maryja i jego
dyrektorze o. Tadeuszu Rydzyku CSsR. Sam fakt przygotowywania takiego programu
nikogo specjalnie by nie poruszył, gdyby nie inne wydarzenia z nim związane.
Okazało się bowiem, że dziennikarze TVN próbują zdobyć materiały niekoniecznie w
etyczny i zgodny z prawem sposób. Metody ich pracy można było poznać dzięki
sfilmowanej przez Telewizję Trwam kartce z planem działań, które miały być
podjęte przy realizacji tego programu. Wynikało z niej, że planowano filmowanie
przy pomocy ukrytej kamery, dziennikarz miał się podszyć pod Polaka z Kanady,
aby dostać się na Mszę św. odprawianą przez o. Tadeusza Rydzyka. Zamierzano też
filmować budynek, w którym mieści się Radio Maryja, „kto wchodzi, kto wychodzi,
etc. Samochody drogie”, „czatowanie na budowie (…), co, jak są jakie
obsuwy”.
Dziennikarze mieli też szukać „dowodów” na to, że Radio Maryja miało
jakoby problemy z prawem. Gdyby nie ta kartka z planem działań dziennikarzy TVN,
zapewne sprawa filmu nie wzbudziłaby większych komentarzy. Ot, byłby to kolejny
przykład medialnego zainteresowania osobą dyrektora Radia Maryja, okraszony
przeróżnymi sugestiami, insynuacjami, bezpodstawnymi oskarżeniami, które
wcześniej (i później przecież) w różnych mediach się zdarzały. W tym przypadku
sprawa była jednak poważniejsza, wiedzieliśmy bowiem, w jaki sposób ma powstać
ten program. Nic zatem dziwnego, że wywołało to powszechne oburzenie, czego
wyrazem stały się m.in. teksty publicystyczne na łamach „Naszego Dziennika” i
liczne listy od naszych Czytelników. TVN poczuła się nimi obrażona, a zwłaszcza
sformułowaniami: „medialne ZOMO”, „medialni terroryści”, „goebbelsowska
propaganda”, „metody rodem z epoki stalinizmu” i „bandytyzm medialny”. Sprawa
trafiła do sądu, który przyznał rację powodowi, uznając, że tak ostra krytyka
naruszyła jego dobra osobiste. Orzeczenie jednak wcale nie rozwiało wątpliwości
prawnych i etycznych związanych z działaniami ekipy dziennikarskiej TVN podczas
przygotowywania tego programu.

Gdzie się podziała etyka?
Zdaniem mecenas Krystyny
Kosińskiej, chodzi o to, że oceny zawarte w artykułach publikowanych na naszych
łamach odnosiły się do konkretnych działań dziennikarzy TVN, ale sąd nie widział
potrzeby oceny tych zachowań i metod, którymi posługiwano się przy zbieraniu
materiałów do programu. Czy postępowanie dziennikarzy TVN było zgodne z prawem i
zasadami współżycia społecznego, czy było etyczne i zgodne z ogólnie przyjętymi
standardami pracy dziennikarskiej? – zastanawia się Krystyna Kosińska. – Sąd nie
udzielił na te pytania odpowiedzi, zrobił unik – uważa pani mecenas. Jej
zdaniem, gdyby odniósł się on do tych kwestii, wyrok nie tylko mógłby być inny,
lecz także byłby pomocny w dyskusji o zasadach etycznych zawodu dziennikarza i
sposobach oraz metodach pozyskiwania materiału dziennikarskiego i ich zgodności
z prawem i etyką. Bo choć od 20 lat mamy wolne media, to jednak do tej pory nie
wypracowały one jednolitego kodeksu etycznego, który byłby zbiorem ogólnych
zasad w kwestii tego, co wolno, a czego nie należy stosować w pracy
dziennikarskiej i prawnej oceny zachowań ludzi mediów. Co prawda mamy
Dziennikarski Kodeks Obyczajowy Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczypospolitej
Polskiej i Kartę Etyczną Mediów, ale pomijają one najważniejszą w kontekście tej
sprawy kwestię, nie definiując pojęcia „uczciwych metod gromadzenia materiału
dziennikarskiego”. Tymczasem w większości krajów zachodnich takie kodeksy
obowiązują, a dziennikarze mają zakaz nieuczciwego zbierania informacji, a więc
np. „przebierania się, udawania kogoś, kim się nie jest, i wszelkiego rodzaju
prowokacyjnych zachowań” czy też „selekcji informacji deformujących obraz
rzeczywistości”. A przecież właśnie tych kwestii dotykały nasze artykuły i
zawarte w nich krytyczne oceny działań TVN oraz zastrzeżenia co do możliwości
pozyskania wiarygodnego materiału dziennikarskiego w oparciu o takie metody
działania.

Prowokacja jest zakazana
Stacja telewizyjna,
przygotowując materiały na temat założyciela Radia Maryja, planowała posłużenie
się prowokacją, bo jak inaczej nazwać podszywanie się pod inną osobę (polonusa z
Kanady) czy filmowanie ukrytą kamerą? Tymczasem w świetle polskiego prawa
prowokację mogą stosować tylko organa ścigania (np. Policja, CBA), i to za zgodą
sądu; o dziennikarzach przepisy nie mówią ani słowa. Zresztą, organa te mogą
posłużyć się prowokacją tylko w sprawach dotyczących najcięższych przestępstw,
np. terroryzmu, handlu bronią, narkotykami czy szeroko pojętej działalności
zorganizowanych grup przestępczych, mafii. Nasze przepisy w tej kwestii są
podobne jak w innych krajach Unii Europejskiej. Polscy dziennikarze, stosując
prowokację, naruszają przepisy i narażają się na konsekwencje prawne. Jakiż to
interes społeczny przemawiał w tej sprawie za wykorzystaniem prowokacji
dziennikarskiej przy zbieraniu informacji na temat o. Tadeusza Rydzyka? Jaką to
aferę z jego udziałem wykryła TVN? Żadnej. W ciągu 18 lat istnienia Radia Maryja
w mediach pojawiły się setki oskarżeń o łamanie prawa przez dyrektora tejże
rozgłośni, jednak żadne nie okazało się prawdą. Zresztą, nie chodziło tam
zapewne o pokazanie prawdy, a raczej o „pokazanie wątpliwości”, „stawianie pytań
o działalność o. Tadeusza Rydzyka” i o oskarżenia wobec niego. W tym kontekście
warto też podać inny przykład. W 2007 roku dziennikarka stacji TVN, udając osobę
ze skłonnościami lesbijskimi, nagrała ukrytą kamerą rozmowę z terapeutką z
katolickiego ośrodka „Odwaga” w Lublinie, który zajmuje się leczeniem
homoseksualistów. Na TVN posypały się wtedy słuszne słowa dezaprobaty
zarzucające dziennikarce prymitywne, wręcz haniebne zachowanie, skrytykowała je
także Rada Etyki Mediów. Nie ma różnicy między metodami stosowanymi przy
zbieraniu materiału do programu o ośrodku „Odwaga” a tymi, których użyto wobec
o. Tadeusza Rydzyka. W obu przypadkach zastosowano prowokację, rejestrowano
osoby ukrytą kamerą. Pomimo że prezentowanie ludzi zarejestrowanych ukrytą
kamerą oraz utrwalanie ich wizerunków i wypowiedzi stanowi także naruszenie ich
dóbr osobistych. Jednak ponieważ sprawa z 2005 roku dotyczyła nielubianego przez
„salon” zakonnika, żadne „autorytety” nie zganiły wtedy TVN. Wracając do
aspektów prawnych prowokacji dziennikarskiej, warto przypomnieć stanowisko
Rzecznika Praw Obywatelskich z 2006 roku. Otóż Janusz Kochanowski oceniał, iż
„prowokacja dziennikarska jest metodą dochodzenia do prawdy, ale niedopuszczalna
jest prowokacja polegająca na kreowaniu rzeczywistości”. Zdaniem RPO,
niedopuszczalna jest także prowokacja „dotycząca prywatności niezwiązanej ze
sferą publiczną”, a z tym mieliśmy do czynienia wobec o. Tadeusza Rydzyka.
Krytyka Janusza Kochanowskiego dotyczyła słynnego nagrania rozmowy ówczesnej
poseł Samoobrony Renaty Beger z posłami PiS: Wojciechem Mojzesowiczem i Adamem
Lipińskim. Nagrania, którego w tajemnicy przed posłami PiS, ale za wiedzą Renaty
Beger, dokonała właśnie TVN. Rzecznikowi chodziło o to, że gdyby poseł Beger nie
umawiała się z TVN w sprawie nagrania, to rozmowa mogłaby wyglądać zupełnie
inaczej. A tak istniało domniemanie, że Beger prowadziła konwersację w taki
sposób, aby złożono „korupcyjną propozycję”. Niedopuszczalna jest więc
prowokacja – zdaniem RPO – polegająca na kreowaniu rzeczywistości, która
prawdopodobnie wyglądałaby inaczej, gdyby nie udział zaangażowanych w nią
dziennikarzy. Kreowanie faktów czy zachowań należy odróżnić od ich wywoływania,
które nie powinno zniekształcać tej rzeczywistości – uznał wtedy rzecznik. A
przecież mieliśmy tu do czynienia ze sferą polityczną, która powinna podlegać
szczególnej kontroli społecznej przez media. Dyrektor Radia Maryja jednak
politykiem nie jest, tym bardziej więc prowokacja dziennikarska nie powinna być
wobec niego stosowana.
Warto też przywołać inne stwierdzenie Janusza
Kochanowskiego, że „angażując się w prowokacje, dziennikarz nie tylko
sprzeniewierza się misji swego zawodu, lecz także łatwo stać się może
instrumentem służącym do realizacji działań politycznych, a nawet takich, które
mogą być wymierzone przeciwko państwu lub jego obywatelom”. Nic dziwnego, że tak
pryncypialne stanowisko RPO przeczące zasadzie, że cel uświęca środki, zostało z
dezaprobatą przyjęte nie tylko przez TVN, ale i inne liberalne media broniące
prawa dziennikarzy do prowokacji. Ale rzecznik przecież im tego prawa nie
odmawiał, chciał natomiast pokazać, gdzie jest ich granica.
Komentując
stanowisko RPO, Jerzy Kłosiński, redaktor naczelny „Tygodnika Solidarność”,
przyznał, że granica prowokacji jest w naszym kraju zbyt łatwo przez
dziennikarzy przekraczana. Co więcej, stwierdził on, że stosując surową
wykładnię stanowiska rzecznika, można dojść do wniosku, że z powodu niemożności
ustanowienia granicy między niedozwoloną a dozwoloną prowokacją, wykorzystywanie
takich metod w pracy dziennikarza jest naganne. Także zdaniem mec. Krystyny
Kosińskiej, akceptacja metod dziennikarskich sprzecznych zarówno z polskim
prawem, jak i z przyjętą przez społeczeństwo moralnością nie powinna być
dopuszczana przez sądy, tym bardziej w sytuacji, gdy żaden ważny interes
społeczny nie przemawiał za ich stosowaniem. Dochodzenie do prawdy przy
zastosowaniu tych metod pozostawmy właściwym organom państwa. Metody te zawsze
niosą za sobą niebezpieczeństwo nadużycia zaufania społecznego i kreowania
rzeczywistości przez dziennikarzy. Sąd jednak, uchylając się w sprawie o
naruszenie dóbr osobistych TVN od jakiejkolwiek oceny tych metod, zarówno na
gruncie prawa polskiego, jak i etyki zawodowej dziennikarzy, de facto zamknął
dyskusję publiczną w tej kwestii i zwolnił dziennikarzy z obowiązku
wypracowywania własnych ocen swego postępowania jako zgodnego z prawem i etyką
zawodową.

Sąd zamiast debaty
Odmienny problem stanowi ocena tekstów
z „Naszego Dziennika” pod kątem naruszenia dóbr osobistych TVN. Sąd uznał, że
ostre, krytyczne słowa zawarte w naszych publikacjach naruszają dobre imię
stacji telewizyjnej. Jednak mecenas Krystyna Kosińska wyraziła żal, iż sąd
najpierw nie ocenił, czy działania podjęte przez dziennikarza TVN były naganne
prawnie i moralnie czy też nie. – Przecież ocena dotyczyła właśnie tych
zachowań. Sąd nie ocenił zaś zachowania dziennikarzy TVN i metod ich działania.
Nadal nie wiemy zatem, czy wedle sądu postępowanie i działania zapisane w planie
pracy dziennikarzy były naganne – wyjaśnia mecenas. Oczywiście, zawsze można
podnieść argument, że krytyka wobec TVN była zbyt ostra, że mogła zostać
odebrana jako obraźliwa. Jednak Krystyna Kosińska argumentuje, że surowe oceny
odnosiły się do konkretnych faktów, zdarzeń, których przed sądem TVN nie
kwestionowała. Jak wynika choćby z orzecznictwa Europejskiego Trybunału Praw
Człowieka, jeśli ocena odnosi się do faktów, to jej autor ma prawo do wyrażania
swoich krytycznych opinii, także w sposób zdecydowany.
Warto przypomnieć, że
pewną wskazówką dla sądu mógł być choćby wieloletni spór Jerzego Urbana z prof.
Ryszardem Benderem, który nazwał rzecznika komunistycznego rządu „Goebbelsem
stanu wojennego”. Sąd ostatecznie uznał, że Bender miał prawo do użycia takiego
sformułowania i mieściło się ono w granicach dozwolonej krytyki. Bo pod uwagę
brano właśnie metody, jakimi posługiwał się Urban w swojej propagandzie.
Ale
ten proces to także kolejny przykład zastępowania dysputy publicznej przez sąd.
Ramy takich działań wytyczył Adam Michnik, który swoich krytyków pozywa do sądu,
choć mógłby odpowiedzieć na ich zarzuty na łamach własnej gazety czy udzielając
wywiadu telewizyjnego. W tym przypadku jest podobnie. Przecież TVN ma dość czasu
antenowego na swoich wszystkich kanałach, aby odnieść się do ocen, jakie
pojawiły się w „Naszym Dzienniku”. Tam mogły zostać w pełni zaprezentowane jej
racje. My także zachowalibyśmy prawo do krytyki, aby i widzowie, i czytelnicy
wyrobili sobie opinię na ten temat. Tak to wygląda w „krajach cywilizowanych”,
do których przecież należymy. Tam media toczą spory między sobą na swoich
łamach, przyznając sobie wzajemnie prawo do krytyki.

Krzysztof Losz

drukuj