Jekaterynburg straszy

Do pożaru na atomowym okręcie podwodnym "Jekaterynburg" doszło 29
grudnia po południu. Według oficjalnych informacji, przyczyną było zapalenie się
drewnianego rusztowania zbudowanego na czas remontu w stoczni Roslakowo pod
Murmańskiem. Nad miasteczkiem unosiła się ogromna czarna chmura dymu, ale
ewakuacji ludności nie zarządzono. Statek pokryty jest specjalną powłoką z
materiału przypominającego gumę, mającą pochłaniać sygnały wysyłane przez
hydrodetektory. To właśnie to poszycie zajęło się błyskawicznie ogniem i pożar
zagroził całej jednostce. Po kilkunastu godzinach udało się go jednak ugasić, a
okręt czeka długotrwała naprawa.

Wkrótce po wybuchu pożaru władze wojskowe zapewniły, że na czas remontu
wygaszono reaktory atomowe i wyniesiono pociski balistyczne z głowicami
jądrowymi. Tygodnik "Kommiersant-Włast" twierdzi, że było inaczej. Uzbrojenie
powinno być usunięte, ale według informatorów gazety wcale tak się nie stało i,
co gorsza, jest to dość częste zaniedbanie środków ostrożności w rosyjskiej
flocie wojennej. Przyczyną są kłopoty organizacyjne. Uzbrojone w głowice jądrowe
rakiety trzeba wyjmować i przenosić zgodnie ze specjalnymi procedurami dla
zapewnienia ich bezpieczeństwa, co trwa nawet dwa tygodnie. "Kommiersant-Włast"
jako jeden z argumentów poza świadectwami znających sprawę źródeł wskazuje na
bardzo szybką ewakuację "Jekaterynburga" już po pożarze, pomimo że miał on
ogromne otwory pozostałe po remoncie i akcji gaśniczej. Gazeta sądzi, że
chodziło o jak najszybsze znalezienie się atomowego ładunku w zamkniętej bazie
Floty Północnej.

Na uzbrojenie okrętów podwodnych klasy "Delfin", do których należy K-84 "Jekaterynburg",
składają się elementy zarówno broni atomowej, jak i konwencjonalnej. Przede
wszystkim 16 międzykontynentalnych rakiet R-29RMU2 "Siniewa" (błękit) z
głowicami nuklearnymi. Mają zasięg do 11,5 tys. kilometrów. Żeby tyle
przelecieć, potrzeba kilkaset kilogramów paliwa rakietowego. Składa się ono z
substancji bardzo łatwopalnych i toksycznych. Do tego standardowo każda takieta
ma cztery (a może być ich nawet dziesięć) głowice z gotowym do wybuchu ładunkiem
jądrowym. Niewiele pomoże informacja, że w wyrzutniach podobno nie było kompletu
rakiet. Do tego dochodzi 12 wyrzutni torped. Nie wiadomo, ile było samych
torped. Część znajdowała się w wyrzutniach (chociaż niekoniecznie wszystkich), a
część w magazynie amunicji. Każda torpeda to 300 kg materiałów wybuchowych, ale
niektóre mogły też mieć głowice jądrowe. Wreszcie dwa reaktory atomowe typu
WM-4SG o mocy po 90 MW – jedna dziesiąta mocy typowego rosyjskiego reaktora w
cywilnej elektrowni atomowej. W każdym znajduje się 350 kg substancji silnie
promieniotwórczych, w tym 70 kg uranu 235U.

W 2011 roku "Jekaterynburg" był podobno bardzo zapracowany. Używano go do
kilku ważnych prób z nowymi konstrukcjami rakiet balistycznych. Jednak pod
koniec lata lub wczesną jesienią miał ulec awarii. Doszło do lekkiego
uszkodzenia w części dziobowej. Postanowiono wykorzystać zimę na naprawę.
Jednostka znalazła się w doku wojennej stoczni remontowej w Roslakowie. To małe
osiedle położone pomiędzy Murmańskiem a główną bazą Floty Północnej w
Siewieromorsku. Ta ostatnia miejscowość jest zamkniętą dla obcych strefą
wojskową, w której mieszka 50 tys. osób. Roslakowo liczy tylko 9 tys.
mieszkańców, ale sąsiedni Murmańsk już 300 tysięcy. Wszystko w odległości
kilkunastu kilometrów od miejsca remontu.

Dokerzy zajęli się okrętem, a załoga miała odpoczywać. I to kulturalnie, bo
nawet sprowadzono dla nich popularną grupę rockową "Czaj-F" z… Jekaterynburga.
Tylko że naprawa wymagała rozcięcia metodą spawalniczą kadłuba w celu dostania
się do głębszych warstw osłony okrętu. Operację rozpoczęto 29 grudnia rano. Na
pokładzie znajdowało się 60 członków załogi z dowódcą kpt. Igorem Stiepanienko.
Ogień powstał o 15.15. Iskra albo kropla stopionego metalu padła na drewno
rusztowania. Wprawdzie powinno ono być metalowe, ale tu także często nagina się
wymogi bezpieczeństwa i stosuje lżejszy, a przez to łatwiejszy w montażu
materiał.

Pożar gaszono kilkanaście godzin z ziemi, wody i powietrza. Problem w tym, że
ogień był i na zewnątrz, i w środku – między warstwami osłony – w trudno
dostępnych miejscach. Poza tym znajdowało się tam mnóstwo urządzeń z rozmaitymi
materiałami palnymi, które należy gasić różnymi metodami, a prowadzący akcję
stracili orientację, co i gdzie właściwie płonie. Wkrótce płomienie znalazły się
obok torped, 40 m od rakiet i 100 m od reaktorów.

Marynarze z narażeniem życia wyciągali torpedy z wyrzutni. Z ogromnym trudem
wykonywali ręcznie operację, którą przez kilka godzin wykonują przeznaczone do
tego systemy elektrohydrauliczne. Te jednak nie działały, bo zasilanie zostało
wyłączone automatycznie przez zabezpieczenia pożarowe. A ogień stawał się coraz
większy i do wieczora osiągnął według świadków wysokość 20 metrów. Rozważano już
nawet zatopienie okrętu, ale byłaby to trudna i ryzykowna operacja, z uwagi
choćby na materiały radioaktywne na pokładzie. Ostatecznie przy pomocy
przybyłych z Moskwy specjalistów pożar dogaszono już 30 grudnia około południa.
Według oficjalnych danych, 7 marynarzy i 2 strażaków zatruło się dymem,
mieszkańcy okolicznych miejscowości mówią jednak o 15 ofiarach, w tym z ciężkimi
oparzeniami oraz odmrożeniami. Dodajmy, że w rejonie Murmańska cały czas trwała
noc polarna z temperaturami poniżej minus 10 st. C.

Władze w tajemnicy wprowadziły na terenie obwodu murmańskiego podwyższony
stopień ochrony radiacyjnej, przerwano też żeglugę w całej Zatoce Kolskiej.
Konsekwencje zapalenia się i wybuchu uzbrojenia na "Jekaterynburgu" są
niewyobrażalne. Gdyby ogień dosięgnął choćby jednej torpedy, wszelka akcja
ratownicza czy gaśnicza nie miałaby już sensu. Wybuch torpedy w wyrzutni
oznaczałby zniszczenie wszystkiego wokół, w tym niemal pewną śmierć kilkuset
ludzi zaangażowanych w gaszenie pożaru. Jeśli zabezpieczenia rakiet
balistycznych i reaktorów nie wytrzymałyby uderzenia, to pożar paliwa
rakietowego i wyciek substancji radioaktywnej spowodowałby gigantyczne skażenie
i konieczność natychmiastowej ewakuacji prawie pół miliona ludzi, co w warunkach
nocy polarnej byłoby zadaniem nadzwyczaj trudnym. Jeśli, czego też nie można
wykluczyć, doszłoby do wybuchu jądrowego, to mielibyśmy do czynienia z tragedią
porównywalną z Czarnobylem. Wprawdzie konstrukcja głowic jądrowych zapobiega
niezamierzonemu zainicjowaniu reakcji łańcuchowej, ale nie jest wcale pewne, że
w sytuacji pożaru w eksplozji paliwa nie wytworzy się masa krytyczna
zgromadzonych w głowicy izotopów uranu i plutonu.

Na szczęście tak się nie stało, chociaż śmiertelne zagrożenie wisiało nad
rosyjską Północą przez prawie dobę. Obecnie jednostka jest remontowana.
Wicepremier Dmitrij Rogozin informował niedawno, że naprawa potrwa aż dwa lata
(wcześniej szacowano ją na pół roku) i będzie kosztować pół miliarda rubli
(ponad 50 mln zł). kommersant.ru

Piotr Falkowski

drukuj