Jeden polityczny klan

Cała intryga zbliżających się na wiosnę 2012 roku wyborów prezydenckich w
Rosji polega nie na tym, kogo wybiorą wyborcy, ale na tym, kto z głównych graczy
zdecyduje się startować na prezydenta – Władimir Putin czy Dmitrij Miedwiediew?
Społeczeństwo rosyjskie, jeżeli nie pogodziło się ostatecznie z takim stanem
rzeczy, to przynajmniej rozumie już, że od niego w wyborach nic nie zależy.
Dzięki wysiłkom Putina, a następnie i Miedwiediewa system wyborczy został
zdegradowany w takim stopniu, że wybory przekształciły się w farsę, a opinia
wyborców nie ma praktycznie żadnego znaczenia. Skala fałszerstw jest niezwykle
wysoka, zaś wynik głosowania określa wyłącznie Centralny Komitet Wyborczy,
całkowicie kontrolowany przez rząd. System sądowniczy w takich przypadkach jest
bezradny.

Niemniej jednak wybory, podobnie jak każde show, znajdują swoich widzów,
uczestników i komentatorów. Znudzeni widzowie z wątpliwym zainteresowaniem
oglądają przedstawienie pod nazwą "Kto będzie naszym następnym prezydentem?".
Obserwatorzy robią zakłady, próbując ocenić szanse tego czy innego kandydata.
Nieliczni uczestnicy show – wysoko postawieni urzędnicy, politycy i powiązani z
władzą biznesmeni – wykazują zmieszanie i rozdrażnienie, gdyż nie wiedzą, na
kogo mają postawić. Tandem milczy, nie ujawniając swoich planów. Jeden nadworny
politolog, doprowadzony do rozpaczy z powodu dręczącej go niewiedzy, napisał w
gazecie, że milczenie tandemu stawia Rosjan w poniżającym położeniu. I nie o
Rosjan tu oczywiście chodzi. Politologa tego można jednak zrozumieć: liźniesz
przez pomyłkę rękę nie temu, co trzeba gospodarzowi – to zostaniesz potem bez
pracy.

Zobaczcie, jacy jesteśmy różni!
Na zewnątrz wszystko wygląda tak, że Putin i Miedwiediew, każdy z nich z osobna,
niby prowadzą swoją kampanię wyborczą. Prawdopodobnie rozumieją, że przy całej
obojętności rosyjskiego społeczeństwa na politykę, brak jakiegokolwiek wyboru
może wywołać rozdrażnienie. Dlatego starają się stworzyć wrażenie pewnego wyboru
i zapobiec jednocześnie społecznemu rozdrażnieniu: zobaczcie, jacy my jesteśmy
różni, jacy z nas konkurenci!
Putin na przykład jak prawdziwy jastrząb deklaruje możliwość przyłączenia Osetii
Południowej do Rosji, a Miedwiediew jak gołąb pokoju udziela wywiadu, można
powiedzieć, wrogiemu gruzińskiemu kanałowi telewizyjnemu PIK.
Putin staje na czele zjazdu szalonych chłopaków na motocyklach, a Miedwiediew
spotyka się na Kremlu z elitą intelektualną – pisarzami, artystami,
dziennikarzami. Każdy z nich stara się przypodobać swojemu ewentualnemu
elektoratowi.
Co się tyczy pozycji kandydatów – to wszystko jasne: Putin – zły policjant, a
Miedwiediew – dobry. Zagadka polega na czym innym – w jakim stopniu umówili się
oni na temat tego podziału ról, a w jakim stopniu odgrywają samodzielne partie.
I tu poglądy obserwatorów różnią się, i to mocno. Niektóre publiczne
sprzeczności pomiędzy Putinem i Miedwiediewem, wydawałoby się, zmuszają do
myślenia, że to już nie jest gra. Na przykład, ich stanowiska w sprawie Libii.
Miedwiediew – umiarkowany zwolennik Rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ nr 1973,
Putin – jej zaciekły przeciwnik.
W marcu, występując w pewnych rosyjskich zakładach wojskowych, Władimir Putin
oświadczył: "Ta rezolucja Rady Bezpieczeństwa, niewątpliwie, jest
niepełnowartościowa i wadliwa. Jeżeli przyjrzeć się, co tam napisano, to od razu
stanie się jasne, że pozwala ona wszystkim na podejmowanie wszelkich,
jakichkolwiek działań dotyczących suwerennego państwa. I, w ogóle, to przypomina
mi średniowieczne wezwanie do wyprawy krzyżowej, kiedy ktoś wzywał kogoś, by iść
w określone miejsce i coś wyzwalać".
Po kilku godzinach Dmitrij Miedwiediew wygłosił w telewizji specjalne
oświadczenie dotyczące wydarzeń w Libii, w którym powiedział: "Uważam, że
wszyscy musimy być maksymalnie ostrożni w ocenach. Jest absolutnie
niedopuszczalne używanie określeń, które w istocie rzeczy prowadzą do zderzenia
cywilizacji – takich, jak wyprawy krzyżowe itd. Jest to niedopuszczalne. Inaczej
wszystko może zakończyć się znacznie gorzej, aniżeli nawet to dzieje się
obecnie. I o tym powinni pamiętać wszyscy".
Ton prezydenta był taki, że spiskowa teoria gry mogłaby zostać od razu wyśmiana.
"Niedopuszczalne" i "nie do przyjęcia" – to te słowa, z powodu których dekret o
dymisji premiera może okazać się całkiem realny. Stęsknieni za realnym życiem
politycznym komentatorzy ożywili się – wreszcie coś się dzieje! Ale oczekiwania
okazały się daremne – nic się nie wydarzyło. Jak zwykle, wszystkie rozbieżności
pozostały tylko w wypowiadanych słowach.

Jednakowi w polityce
Obserwowanie imitacji rozbieżności jest zabawne. Niektórzy uważają, że być może
mimo wszystko są to prawdziwe, a nie sztucznie wyreżyserowane rozbieżności. Inni
mają nadzieję, że być może gracze w takim stopniu wejdą w swoje role, że zaczną
działać całkiem na serio. Teoretycznie jest to niewykluczone. W historii można
znaleźć, ile dusza zapragnie takich przykładów, kiedy gracze polityczni
wychodzili poza granice ustalonych przez siebie reguł, zwłaszcza jeżeli popycha
ich ku temu najbliższe otoczenie, liczące na skorzystanie z owoców zwycięstwa
swojego szefa.
Różnica między Putinem i Miedwiediewem oczywiście istnieje. Tak jak pomiędzy
dwoma różnymi ludźmi. Ale Putin i Miedwiediew jako politycy mało się różnią.
Stanowią jeden polityczny klan, obydwaj wyznają te same idee polityczne,
deklarują te same cele, wykorzystują te same metody. Tak samo pogardliwie
odnoszą się do praw człowieka, do swobód obywatelskich i do prawa w ogóle. Widzą
sens pomyślnego rozwoju gospodarki tylko w osobistym wzbogacaniu się członków
swego klanu. Obydwaj sumiennie służą jednej korporacji, dla której wybory i
procedury demokratyczne to przykra przeszkoda w ich codziennej działalności.
W kluczowych kwestiach występują oni zupełnie synchronicznie. Miedwiediew z taką
samą łatwością rozpętał wojnę przeciw Gruzji, z jaką Putin – przeciw Czeczenii.
Putin, dając nauczkę wielkiemu biznesowi, wsadził Michaiła Chodorkowskiego za
kratki; Miedwiediew dotychczas nie skorzystał z możliwości zwolnienia go. Putin
powiedział: "nie" parlamentaryzmowi w Rosji i zniósł wybory gubernatorów;
Miedwiediew zwalnia lub powołuje gubernatorów i wtrąca się w sprawy władzy
ustawodawczej nie gorzej od swego poprzednika. Putin wzywał do "moczenia w
kiblu" terrorystów; Miedwiediew wtóruje mu: "Nasze działania będą prowadzone jak
dawniej: będziemy przeprowadzać operacje i będziemy likwidować ich tam, gdzie
oni się znajdują, bez jakiegokolwiek wahania". Putin poddał pod twardą rządową
kontrolę prawie wszystkie mass media w Rosji; Miedwiediew święcie chroni ten
system, zadowalając się wolnością słowa na Twitterze.
Obaj stoją na różnych pozycjach i w różny sposób zachowują się przed
publicznością, ale za to jednakowo w polityce. Niedoświadczona publiczność jest
skłonna sądzić o politykach nie na podstawie tego, co oni robią, ale na
podstawie tego, jak się zachowują przed kamerami telewizyjnymi i co mówią.
Zwłaszcza przed wyborami. Rosyjscy specjaliści ds. technik marketingu
politycznego i firmy PR-owskie już dawno to wszystko poznali i z powodzeniem
stosują w praktyce.

Pozorny wybór
Gra "Putin czy Miedwiediew?" rozwiązuje jeszcze jedno ważne kremlowskie zadanie.
Starając się przyciągnąć wzmożoną uwagę społeczeństwa właśnie do tych dwóch
postaci, obecna władza rosyjska próbuje przedstawić sprawę w ten sposób, że niby
innych kandydatów na stanowisko prezydenta w Rosji nie ma i być nie może. Cała
przestrzeń informacyjna, przeznaczona na przyszłe wybory prezydenckie, została
poświęcona dwóm kluczowym postaciom. Według zamysłu Kremla, rosyjski wyborca
powinien przyzwyczaić się do myśli, że jedyny wybór, który istnieje, to wybór
pomiędzy Miedwiediewem a Putinem. Wszyscy pozostali ewentualni kandydaci – ze
strony opozycji i pojedynczy – to margines, niegodny ani uwagi prasy, ani głosów
wyborców. W celu podtrzymania tej strategii rozgrywane są charakterystyczne
rozbieżności pomiędzy Putinem i Miedwiediewem. W rezultacie wyborca nie powinien
nudzić się, ale mieć poczucie, że dokonuje wyboru, choć jest to wybór pozorny.

Ktoś trzeci?
Różnica pomiędzy Putinem i Miedwiediewem oczywiście istnieje, ale milimetrowa,
podczas gdy Rosja, która bardzo mocno odstaje od innych krajów europejskich,
musi do demokracji zbliżać się kilometrowymi krokami. Przy takiej znikomej
różnicy kandydatów zmianę gorszego prezydenta na lepszego można byłoby nawet
przywitać z radością, o ile wybory odbywałyby się nie rzadziej niż raz na
miesiąc. Wtedy, po czterech latach, do końca normalnej kadencji prezydenckiej
Rosja być może zyskałaby całkiem przyzwoitego prezydenta.
Gra w dobrego i złego policjanta trwa. Tymczasem wcale nie jest wykluczone, że
gra grą, a kandydatem partii władzy w wyborach prezydenckich zostanie ktoś
trzeci, np. minister finansów Aleksiej Kudrin. To stworzy na Zachodzie wrażenie
liberalności zamiarów władzy rosyjskiej, a w Rosji – poczucie pewnej nowości.
Ale faktycznie, to chyba niczego nie zmieni. Zastąpienie podniszczonych figur
kartami z tej samej talii nie odnowi rosyjskiej polityki i nie da bodźca do
demokratycznego rozwoju. Z tego punktu widzenia to już wszystko jedno, czy
prezydentem Rosji zostanie Putin, Miedwiediew czy ktoś inny z ich grona.

Aleksandr Podrabinek
dziennikarz, działacz opozycji antykomunistycznej w Rosji
 

drukuj