Jakie zarzuty postawią Rosjanie?

Z prof. Genowefą Grabowską, wykładowcą na Wydziale Prawa i Administracji
Uniwersytetu Śląskiego, ekspertem w zakresie prawa międzynarodowego, rozmawia
Paulina Jarosińska

Kilka miesięcy temu Krzysztof Karsznicki, dyrektor Departamentu Współpracy
Międzynarodowej Prokuratury Generalnej, wyłożył, dlaczego nie można było powołać
wspólnego zespołu śledczego w sprawie katastrofy pod Smoleńskiem i zawrzeć umowy
międzynarodowej przez telefon (mowa o rozmowie premiera Tuska z prezydentem
Miedwiediewem). I taka jest oficjalna wykładnia przepisów do dziś. Jaka jest
Pani opinia w tej sprawie.

– Zacznę od drugiej sprawy. Samą rozmowę telefoniczną przywódców państw, w
czasie której pada propozycja wspólnego działania, trudno utożsamiać z umową
międzynarodową. To mogła być, co najwyżej, oferta, zaproszenie do współpracy.
Prawo międzynarodowe zna takie działania, nazywa je "aktami jednostronnymi",
oświadczeniami kierowanymi do innych państw. Nie ma przeszkód, aby telefoniczną
propozycję prezydenta Miedwiediewa rozważać w kategorii przyrzeczenia
publicznego, zatem – jeśli druga strona zechciałaby z niego skorzystać, byłoby
wiążące. Takie sytuacje zdarzają się w praktyce międzynarodowej dość często,
oferty są składane publicznie, choć może niekoniecznie telefonicznie. Jednak sam
nośnik przekazu (telefon, internet, media) ma drugorzędne znaczenie, liczy się
fakt złożenia propozycji i pewność, że dotarła do adresata. Natomiast opinia
publiczna nie ma szerszej wiedzy na temat wspomnianej deklaracji prezydenta
Miedwiediewa, możemy więc spekulować nie tylko na temat jej treści, ale także:
czy i kiedy ją złożył? Warto jednak pamiętać, że oświadczenie-oferta głowy
państwa skierowane do przywódcy innego państwa ma zawsze charakter wiążący. To
nie jest tak, że władze państwowe mogą mówić co chcą, czy to przez telefon,
internet, czy telewizję, i to bez jakichkolwiek skutków.

Czy porozumienie między państwami musi być zawsze zawarte na piśmie?
– Otóż nie! Umowa ustna jest dobrze znana w prawie międzynarodowym, ma swoją
nazwę – gentleman’s agreement, i w stosunkach międzynarodowych niejednokrotnie
odegrała znaczącą rolę. To w ten sposób zapoczątkowano powstanie ONZ (wspólna
deklaracja z 1941 r. prezydenta Roosevelta i premiera Churchilla – "Karta
Atlantycka"). Tylko dzięki ustnemu porozumieniu udało się wygasić konflikt i
obsadzić miejsce niestałego członka Rady Bezpieczeństwa, dzieląc dwuletnią
kadencję (1960-1961) pomiędzy Polskę i Turcję. Wcześniejsze, wielokrotne
głosowania w Zgromadzeniu Ogólnym nie dawały rezultatu. Porozumienia
dżentelmeńskie są nadal praktykowane. Zatem jeśli oferta dotycząca współpracy z
innym państwem w jakiejkolwiek sprawie pada, to powinna być traktowana przez
adresata bardzo poważnie. W przypadku rozmowy telefonicznej potrzebna jest
ponadto pewność, że taka oferta padła. I chociaż z założenia rozmawiają dwaj
dżentelmeni, to problem dowodowy pozostaje… Z prawnego punktu widzenia
porozumienie dżentelmeńskie nie może być w pełni utożsamiane z umową
międzynarodową, nie rządzi nim przecież wiedeńska konwencja o prawie traktatów
(1969). Ale jego skutki, np. w zakresie mocy obowiązującej czy ponoszenia
odpowiedzialności, są identyczne jak w konwencyjnym prawie umów
międzynarodowych.

W tym przypadku celem gentleman´s agreement byłoby powołanie wspólnej komisji
do zbadania okoliczności i przyczyn katastrofy?

– W istocie. Ja bym do tego rodzaju porozumień nie przykładała całej aparatury
umów międzynarodowych. Trywializując: jeśli Berlusconi zaproponuje Kaddafiemu
schronienie, to trudno to już nazwać umową międzynarodową. Natomiast skutki
takiego zaproszenia są jak najbardziej wiążące. Jeśli jedna strona publicznie
się do czegoś zobowiązała, to musi dotrzymać danego słowa. W naszym przypadku
jednakże bądźmy realistami. Nie podzielam przekonania, że wspólna,
polsko-rosyjska komisja śledcza rozwiązałaby gładko wszystkie problemy. Wszyscy
mamy świadomość, że Rosja jest niezwykle trudnym partnerem i niezbyt chętnie
przyznaje się do jakichkolwiek własnych zaniedbań czy błędów. Ale spróbować
byłoby warto!

Karsznicki stwierdził również, że niemożliwe byłoby powołanie wspólnego
zespołu śledczego…

– A dlaczego nie? Według mnie, to było możliwe. Zabrakło obopólnej woli i
odwołania się do prawa międzynarodowego i przewidzianych w nim mechanizmów
rozwiązywania kwestii spornych. Prawo międzynarodowe zna przecież przypadki
powoływania ciał, które działały na zasadzie współpracy w kwestiach spornych
(chociażby wspólne komisje do spraw wyznaczania granic państwowych, itp.).
Zasada jest taka: jeśli dwa państwa chcą załatwić istniejący konflikt, to prawo
międzynarodowe je w tym wspiera. Nie sądzę też, aby istniały jakiekolwiek inne
ograniczenia zewnętrzne dla powstania takiej komisji. Jej byt zależał od dobrej
woli obydwu państw, a tej najwyraźniej zabrakło. Nie ukrywajmy, ta sytuacja –
katastrofa smoleńska – była precedensowa. Ale skoro prezydent Miedwiediew
przesłał sygnał o możliwości prowadzenia wspólnego śledztwa (chodzi oczywiście o
wspólną komisję), takie ciało mogłoby od razu po katastrofie powstać. Polska
strona mogła przecież powiedzieć tak: owszem, to jest wasze terytorium, ale
zginęli nasi obywatele, samolot był nasz i my chcemy partycypować na równych
prawach, we wszystkich działaniach wyjaśniających okoliczności tej katastrofy.
Wówczas, wykorzystując porozumienie z 1993 roku, można byłoby powołać wspólny
zespół śledczy, zdecydować, na jakiej podstawie prawnej i według jakich procedur
prowadzić śledztwo, opierając je np. na znanym już załączniku 13 konwencji
chicagowskiej. Co ciekawe, prototyp powoływania wspólnych komisji został
zdefiniowany już w 1 konwencji haskiej z 1907 roku. Reasumując: prawo
międzynarodowe nie stanowiło żadnej przeszkody do powstania wspólnej komisji
wyjaśniającej okoliczności katastrofy smoleńskiej.

Czy rozróżnianie wspólnego śledztwa od wspólnej komisji – którego dokonał
Krzysztof Karsznicki – jest zasadne, czy to tylko wybieg semantyczny?

– Ale przecież wspólne śledztwo oznacza wspólne badanie okoliczności katastrofy.
A wspólna komisja to zinstytucjonalizowana organizacyjna formuła pozwalająca na
jego wspólne prowadzenie. Faktycznie, nie ma w prawie międzynarodowym określonej
w sposób jasny instytucji wspólnego śledztwa, jest natomiast przewidziana
konwencją o pokojowym załatwianiu sporów możliwość powoływania przez państwa
wspólnych komisji badawczych, zwanych także śledczymi. I w takim przypadku
wspólne śledztwo jest efektem pracy wspólnej komisji. Dlatego na gruncie prawa
międzynarodowego nie ma potrzeby drobiazgowego rozróżniania wspólnych komisji i
wspólnego śledztwa. Takie działanie faktycznie ma znamiona zabiegu semantycznego
i nie bardzo wiem, co nowego mogłoby wnieść do śledztwa. Mogę tylko spekulować,
że punktem odniesienia pana Karsznickiego, z racji jego funkcji w prokuraturze,
jest wyłącznie polska procedura karna. Prezentując ten typ myślenia, nie bierze
on jednak pod uwagę istniejących i możliwych do zastosowania w takich sytuacjach
traktatów i konwencji międzynarodowych. Muszę jednak zaznaczyć, że ja cały czas
mówię o komisji śledczej powołanej, gdy między stronami jest spór co do stanu
faktycznego, jej zadaniem jest tylko i wyłącznie ustalenie stanu faktycznego, w
tym przypadku – okoliczności katastrofy. Nie należy tego łączyć ze śledztwem np.
prokuratorskim, którego celem – oprócz ustalenia stanu faktycznego – jest także
wskazanie winnych i określenie stopnia ich odpowiedzialności. W postępowaniu
prokuratorskim stawia się konkretne zarzuty, a komisja śledcza ustala tylko
fakty, okoliczności zdarzenia. Dopiero na podstawie jej raportu, znając przebieg
zdarzenia, można mówić o dalszych konsekwencjach, w tym – o odpowiedzialności.
Międzynarodowe komisje śledcze nie oskarżają jednostek. Od tego są sądy.
Puentując, o jakiejkolwiek odpowiedzialności za katastrofę smoleńską będziemy
mogli mówić dopiero wówczas, gdy wyjaśnimy wszystkie okoliczności, gdy poznamy
wszystkie fakty. Niestety, do tej pory nie wszystkie są znane.

Wracając do śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej: w jakiej sytuacji
znalazłaby się polska strona, gdyby Rosjanie postawili zarzuty urzędnikom
państwowym odpowiedzialnym za organizację wylotu?

– Myślę, że strona rosyjska nie postawi imiennych zarzutów konkretnym osobom.
Może co najwyżej wskazać na te zaniedbania strony polskiej w przygotowaniu i
organizacji feralnego lotu, które mogły, jej zdaniem, przyczynić się do
katastrofy. Może też, w ramach pomocy prawnej, przesłuchać tych urzędników, ale
zarzutów wprost im nie postawi. Opisze fakty, sformułuje wnioski ogólne,
pozostawiając ustosunkowanie się do nich i wyciągnięcie konsekwencji państwu
polskiemu. Był już taki moment w dotychczasowym śledztwie, gdy w raporcie
Tatiany Anodiny pojawiły się oskarżenia pod adresem polskiego generała. Oparte
zresztą na miałkich przesłankach, słabo udokumentowane. W efekcie reakcja była
bardzo zła, i to nie tylko w Polsce. Podobnie pewnie będzie działała strona
polska. Domyślam się, że w oczekiwanym przez nas raporcie Millera także nie
zobaczymy imiennych zarzutów, oskarżeń wobec konkretnych Rosjan. Ale pewnie
będzie informacja o tych ich zachowaniach, które rzutowały na katastrofę. Na
przykład, jeśli na podstawie zebranego materiału dowodowego komisja uzna, że
kontroler z wieży na lotnisku w Smoleńsku postąpił niezgodnie z obowiązującymi
go przepisami, to polska strona może taki zarzut postawić, ale nie my będziemy
wyciągali konsekwencje prawne i sądowe wobec tej osoby. Musiałaby zrobić to
strona rosyjska. Rosyjscy kontrolerzy są obywatelami Rosji i odpowiadają za
swoje czyny przed rosyjskimi sądami. Podobnie jak przed sądem w Rosji nie staną
polscy urzędnicy odpowiedzialni za organizację lotu. Oni podlegają polskiej
władzy sądowej. Ale to teoria. Obecnie żaden prawnik nie potrafi wiarygodnie
wypowiedzieć się na temat ewentualnej odpowiedzialności konkretnych osób,
których nazwiska przewijają się w smoleńskim śledztwie. Aby móc to uczynić,
należałoby poznać wszystkie fakty dotyczące przygotowania, organizacji i
przebiegu lotu, porównać podjęte działania z obowiązującymi procedurami
wewnętrznymi, ocenić ich zgodność z prawem. Takiego porównania dzisiaj nie
możemy dokonać, ponieważ nie jesteśmy w posiadaniu wszystkich faktów. Natomiast
katastrofa jest faktem i nie może być tak, że nikt za nią nie odpowiada, że nie
ma winnych. I nie chodzi tu tylko o "prawniczy rewanżyzm" czy elementarne
poczucie sprawiedliwości, a przede wszystkim o profilaktykę – o to, aby podobna
tragedia nigdy więcej się nie powtórzyła.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj